Rozdział szósty

Ludzie, których przeznaczeniem jest czynne i pracowite życie, muszą od samej młodości sami wszystko badać i wszystkim się interesować. Muszą do wszystkiego sami przyłożyć ręki, przeżyć różne rzeczy i zdarzenia, zahartować niejako swą duszę na wrażenia, jakie daje coraz to nowe zgrupowanie się warunków, uchronić ją od rozpraszania się na różne przedmioty, przyzwyczaić, by nawet w wirze wielkich i ważnych wypadków nie zapomniała o swym głównym celu i przeprowadzić ją umiejętnie poprzez rozliczne, krzyżujące się drogi. Nie mogą owi ludzie dać się skusić ponętom cichej zadumy. Duszy ich nie wolno być zapatrzoną w siebie wielbicielką zjaw wnętrznych182, zwrócona jest ona ustawicznie na zewnątrz i jest pilną, pracowitą, szybko decydującą się służebnicą rozumu. To bohaterowie, dokoła których cisną się wydarzenia, zagadnienia, problematy żądne rozwiązania. Każdy wypadek pod ich ręką zamienić się może w historię, a życie ich jest nieprzerwanym łańcuchem dziwnych, wspaniałych, zawikłanych i tajemniczych zjawisk.

Inaczej kształtuje się los owych spokojnych, bezimiennych ludzi, których światem dusza własna, których czynem zaduma, których życie to ciche formułowanie się i rozwój sił wnętrznych. Żaden niepokój nie prze ich na zewnątrz. Ciche posiadanie wystarcza im, nie wabi ich przedziwne widowisko poza nimi się rozgrywające, nie pragną odegrać w nim roli, ale pobudza ich ono jedynie do poświęcenia mu godzin rozmyślań, gdy czują, że znamienne jest i tajemnicze. Zostają na uboczu, gdyż pragną poznać istotną treść, ideę spraw ludzkich, i właśnie duch historii skazał ludzi kontemplacyjnych na cichą rolę w sprawach tego świata. Są oni ich umysłem, podczas gdy inni, biorący udział bezpośredni, są to czynniki zewnętrzne, członki, zmysły, którymi posługują się moce wnętrzne.

Wielkie i różnorakie zdarzenia przeszkadzałyby im... Przeznaczeniem ich życie ciche i jedynie z opowiadań i książek dowiadują się o bogatym w treść świecie zjawisk zewnętrznych. Bardzo tylko rzadko w jednostajny tok życia wciska się przypadek jakiś i porwie duszę na moment w swój zawrotny wir. Dzieje się to w tym celu, by z własnego doświadczenia poznała dokładniej stosunki i charaktery działających na świecie ludzi. Wrażliwy umysł ludzi oddanych zadumie reaguje na najdrobniejsze zjawiska, widzą oni w nich światy całe niejako w skrócie. Nie stąpią183 niemal, by nie dostrzec rzeczy najbardziej zadziwiających i w głębi własnej duszy nie poczynić zadziwiających odkryć odnośnie do ich znaczenia. Ludzie to bezdomni, pielgrzymujący poprzez osiedla nasze i odświeżający w sercach wszystkich dawny, prastary kult ludzkości i jej bożyszcz pierwotnych, gwiazd, wiosny, miłości, szczęścia, płodności, zdrowia i wesela. To poeci. Napełnieni, już tu, za życia, niebiańskim spokojem, nie więzieni żadną namiętnością, oddychają tylko wonią owoców tej ziemi, nie spożywając ich wcale, by potem nie być na wieczność niewolnikami podziemi. To goście-tułacze stąpający cicho, niesłyszalnie złotymi stopy184, a od ich obecności wszystkim stworom rozwijają się skrzydła. Poeta, jak król, miłuje jasne, wesołe oblicza wokół siebie i on to zaprawdę jedynie godzien jest nosić miano prawdziwego mędrca. Jeśli go porównamy z wojownikiem, to spostrzeżemy, że pieśni poety niejedno serce młodzieńcze zapaliły odwagą bohaterską, ale natomiast żaden czyn bohaterski nie wyzwolił z żadnej piersi ducha poezji.

Henryk urodził się na poetę. Rozliczne przypadki składały się pomyślnie na jego rozwój i dotąd nic nie zmąciło jego wnętrznego życia. Wszystko, co słyszał i widział, zdawało się niejako odsuwać coraz to inne zapory i otwierać nowe okna na nieskończoność. Widział przed sobą świat w wielkich ruchliwych konturach. Ale dotąd świat ten milczał, dusza jego, mowa jego nie zbudziła się. Ale już zbliżało się przeznaczenie, szedł ku niemu poeta, wiodąc za rękę cudną dziewczynę, a piękne dźwięki ojczystej mowy i dotknięcie przecudnych ust dziewiczych miały otworzyć milczące wargi świata i prosty akord rozstrzelić w nieskończoną gamę melodii.

Podróż się skończyła. Około wieczora przybyli nasi podróżni szczęśliwie i wesoło do słynnego na cały świat Augsburga. Niecierpliwie zdążali ulicami ku pięknemu domowi starego Schwaninga.

Henrykowi bardzo się od pierwszego wejrzenia spodobało miasto. Ruch i zgiełk na ulicach, wysokie, murowane domy dziwiły go, ale ciekawiły zarazem.

Cieszył się w duszy, że tutaj będzie przebywał czas jakiś. Matka także czuła się szczęśliwa, że wreszcie po długiej, uciążliwej podróży znalazła się tutaj, w ulubionym, rodzinnym mieście, że niebawem uściśnie ukochanego ojca i starych przyjaciół, przedstawi wszystkim swego syna i zapomni na dłuższy czas o troskach domowych w cichym rozpamiętywaniu wspomnień swej młodości. Kupcy na koniec mieli nadzieję powetować sobie na uciechach miejskich niewygody podróży i porobić korzystne interesy.

Dom starego Schwaninga zastali oświecony, a muzyka wesoła dolatywała aż na ulicę. Oho, coś się przydarzyć musiało, ojciec wasz daje ucztę. Przybywamy w sam czas. Jakże zdziwi się niezaproszonymi gośćmi. Pewnie mu się ani nie marzy, że prawdziwa feta dopiero teraz się rozpocznie. Henryk był zmieszany, a matka troszczyła się tylko strojem ich, bardzo zniszczonym w podróży. Zsiedli, kupcy zostali przy koniach, a matka i Henryk weszli do okazałego domu. Na dole nie spotkali nikogo ze służby, musieli przeto wejść szerokimi schodami na piętro. Przebiegło kilku służących. Prosili ich, by staremu Schwaningowi oznajmili, że przybyło kilka osób i chciałyby się z nim zobaczyć. Służący robili zrazu pewne trudności, gdyż podróżni nie najlepiej się prezentowali, ale w końcu donieśli panu. Stary Schwaning ukazał się. Nie poznał ich od razu i spytał o nazwiska i czego sobie życzą. Matka Henryka rozpłakała się, padła mu na szyję.

— Czyż nie poznajesz ojcze swej córki? — zawołała. — Przywożę ci też wnuka.

Stary wzruszył się bardzo. Długo tulił ją do piersi. Henryk przykląkł na jedno kolano i ucałował ze czcią jego rękę. Podniósł go z ziemi i otoczył oboje ramionami. Chodźcież prędko do pokoju. Mam w domu pełno przyjaciół i znajomych, ucieszą się wszyscy serdecznie. Matka zawahała się nieco, ale stary nie dał jej się namyślać. Dziadek Henryka wprowadził oboje do jasno oświeconej sali.

– Oto przedstawiam wam moją córkę i mego wnuka, przyjechali właśnie z Eisenach — zawołał w tłum wykwintnie ubranych gości.

Oczy wszystkich skierowały się ku drzwiom, przybiegło wiele osób, muzyka umilkła, a podróżni znaleźli się w swych zakurzonych sukniach pośród tłumu witających ich znajomych. Wesołe okrzyki zabrzmiały. Starzy znajomi cisnęli się do matki. Zarzucono ją pytaniami. Każdy chciał pierwszy się przypomnieć i przywitać. Podczas gdy starsza część towarzystwa zwróciła się ku matce, oczy młodzieży spoczęły na nieznanym młodzieńcu. Stał on ze spuszczonymi oczyma, nie śmiejąc spojrzeć na nieznane sobie twarze. Dziadek zapoznał go z towarzystwem i spytał go o ojca i przygody w podróży.

Matka przypomniała sobie o kupcach, którzy pozostali z grzeczności na dole przy koniach. Powiedziała o tym swemu ojcu, a ten zaraz posłał na dół i kazał prosić, by zechcieli przyjść na górę. Konie wzięto do stajni, a kupcy zjawili się na sali.

Schwaning podziękował im za opiekę, jaką otoczyli w podróży jego córkę. Zapoznał ich z zebranymi, a ci ich serdecznie powitali. Matka poprosiła, by ojciec pozwolił jej zmienić ubranie i poszła wraz z Henrykiem i ojcem do innego pokoju.

Pośród zgromadzonych Henryk zauważył zaraz człowieka, którego w owej czarodziejskiej księdze widział tak często u swego boku. Piękną postacią wyróżniał się od innych185. Twarz jego poważną cechowała pogoda, wysokie, pięknie sklepione czoło, wielkie, czarne, przenikliwe oczy i zarys ust dobrotliwy i wesoły czyniły ją pociągającą i znamienną. Był wysokiego wzrostu, silnie zbudowany, ruchy miał spokojne i pełne godności. Gdzie stanął, wydawało się, że stać chce na wieki.

— Bardzo się cieszę — rzekł stary — żeś na niego od pierwszej chwili zwrócił uwagę. Jest to mój najserdeczniejszy przyjaciel, poeta Klingsohr. Z jego przyjaźni i znajomości możesz być dumniejszy niż z przyjaźni cesarza. Ale jakże tam stoją sprawy twego serca? Ma piękną córkę i może ona wypędzi z twego serca ojca. Dziwi mnie, żeś jej nie dostrzegł.

Henryk zarumienił się.

— Byłem zmieszany, drogi dziadziu186 — odrzekł — towarzystwo tak liczne, patrzyłem tylko na twego przyjaciela.

— Zaraz widać — odparł dziadek — że przybywasz z Północy. No, no, już my cię tu rozśmielimy187. Nauczysz się niezadługo zaglądać kobietom w piękne oczka.

Tymczasem ukończyli się przebierać i powrócili do sali. Przygotowano właśnie ucztę. Stary Schwaning powiódł Henryka do Klingsohra i opowiedział mu, jak Henryk zaraz go spostrzegł i wyraził gorące pragnienie znów go ujrzeć i poznać bliżej. Chłopak zmieszał się. Klingsohr jednak począł zaraz z nim rozmawiać uprzejmie o kraju ojczystym i podróży. Słowa jego brzmiały tak życzliwie, że Henryk przyszedł wnet do siebie i począł rozmawiać swobodnie. Po niejakim czasie powrócił Schwaning, wiodąc za rękę piękną Matyldę.

— Bądź łaskawa — rzekł do niej — dla mego wnuka i daruj mu, że pierwej zwrócił uwagę na twego ojca niż na ciebie. Twoje oczęta błyszczące dobiorą się już do jego serca, jestem tego pewny. W ojczyźnie jego wiosna nastaje późno.

Henryk i Matylda zarumienili się. Spoglądali na siebie z podziwem. Spytała go cicho, ledwie dosłyszalnie, czy lubi tańczyć. Właśnie gdy odpowiadał potakująco, zabrzmiała skoczna muzyka. Podał jej w milczeniu rękę, wyciągnęła doń swoją i wmieszali się w tłum walcujących. Schwaning i Klingsohr przyglądali się. Matka i kupcy radowali się zręcznością Henryka i widokiem ślicznej jego tancerki. Matka zwłaszcza nie mogła dosyć nagadać się z przyjaciółkami, które jej winszowały tak dobrze wychowanego i obiecującego syna. Klingsohr rzekł do Schwaninga:

— Wnuk wasz ma wyraz twarzy pociągający. Czuję, że dusza jego jest czysta, a umysł gibki, słowa jego idą wprost z serca.

— Mam nadzieję — odparł Schwaning — że będziecie mieli w nim pojętnego ucznia. Mnie się zdaje, że ma zdolności poetyckie. Kierujcie nim. Podobny zresztą zupełnie do swego ojca, tylko wydaje mi się nie tak gwałtowny i uparty. I ojciec jego w młodych latach miał wielkie zdolności. Jeno brakło mu wolnomyślności, mógłby był też zostać czymś więcej jak188 zdolnym majstrem.

Henryk pragnął, by taniec nie skończył się nigdy. Z rozkoszą spoczywały jego oczy na różach, w które przybrana była tancerka. Niewinne jej oczy nie unikały go. Wydawała się duszą ojca wcieloną w cudną postać dziewczęcą. Z jej wielkich, spokojnych oczu przezierała wieczysta wiosna serca. Na tle jasnoszafirowym lśnił łagodny blask jej spojrzenia. Czoło i nos były cudnie modelowane. Podobna była do smukłej lilii pochylonej w stronę, kędy wschodzi słońce. Na białej szyi przeświecały szafirowe żyłki, a policzki okryły się lekkim rumieńcem. Głos jej był jakby echo dalekie, a głowa, otoczona zwojami kręcących się włosów, zdawała się falować ponad jej postacią.

Wniesiono półmiski, taniec przerwano. Starsi obsiedli jedną stronę stołu, młodzi drugą.

Henryka posadzono obok Matyldy. Młoda kuzynka siadła po jego drugiej stronie, a Klingsohr umieścił się naprzeciwko. O ile Matylda mówiła niewiele, o tyle gadatliwa była Weronika, druga jej sąsiadka. Poczęła go od razu traktować jak dobrego znajomego i zaznajomiła wnet z całym towarzystwem. Henryk nie dosłyszał wielu rzeczy z tego, co mówiła. Myślą był jeszcze ciągle przy swej tancerce i byłby się chętnie częściej zwracał na prawo. Klingsohr wreszcie położył koniec jej paplaniu. Spytał Henryka, co znaczy wyglądająca mu z kieszeni wstążka z dziwacznymi znakami. Henryk opowiedział o Arabce z wzruszeniem w głosie. Matylda płakała, a on sam ledwie zdołał powstrzymać łzy. Począł z nią o tym rozmawiać. Wszyscy mówili z ożywieniem. Weronika rozgadała się ze znajomymi, często wybuchając śmiechem. Matylda poczęła potem opowiadać Henrykowi o Węgrzech, gdzie jej ojciec bawił często i o życiu w Augsburgu. Wszyscy zabawiali się wesoło. Muzyka grała, płosząc etykietalność i zachęcając do żartów i swobody. Kwiaty rozstawione w koszach pachniały, a pomiędzy nie i półmiski przemykało się wino, wstrząsało złote skrzydła i zasłaniało świat różnobarwnymi tapetami. Henryk poznał teraz, co to jest uczta. Wydało mu się, że tysiące roześmianych duchów otacza stół, sympatyzuje z wesołymi ludźmi, żyje ich radością i upaja się ich rozkoszą. Użycie189 zjawiło się przed jego oczyma, jak rozśpiewane drzewo pełne złotych, brzmiących owoców. Zło znikło i wydało się chłopcu niepodobieństwem, by kiedykolwiek człowiek mógł odwrócić się od tego cudownego drzewa, sięgnąć po zatruty owoc poznania, zwrócić się do wojny i nienawiści. Pojął teraz istotę wina i potraw. Smakowały mu bardzo. Niebiańska przyprawa czyniła je wyśmienitymi, a w kielichu perliło się piękno życia ziemskiego. Kilka dziewcząt przyniosło Schwaningowi wieniec ze świeżych kwiatów. Ucałował je, wieniec włożył na głowę i rzekł:

— Przynieście też wieniec Klingsohrowi, a w podzięce zaśpiewamy wam kilka nowych piosnek. Moją sprezentuję wam niezwłocznie.

Dał znak muzyce i zaśpiewał donośnym głosem:

Nieszczęśliwe my dziewczęta,

Życie nas okropnie nęka...

Nosim190 wciąż przymusu pęta,

Aż nam w piersiach serce pęka...

Beznadziejne płyną lata,

Bo kazali mama, tata.

A wszystkiemu, co kazali

Przeczy serce z całej siły...

Zerwać owoc, chęć nas pali,

Zakazany, przeto miły...

Nie pozwolą, myśl to pusta,

Nawet cmoknąć chłopca w usta.

Ale myśleć, któż zabroni?

Na myśl kłódek nie założą...

Więc w marzeniach każda goni

Postać swego chłopca hożą.

Sny odpędzić się nie dadzą,

Choć i to nam starsi radzą.

Chociaż modły w niebo ślemy,

W nocy jakoś człek się boi...

A więc nieraz, nim zaśniemy,

U wezgłowia sen już stoi...

Sen tak słodki i wspaniały,

Że byśmy zań wszystko dały.

Wdzięki skrywać każe mama,

A surowa, słuchać trzeba...

Lecz chęć nie wystarczy sama,

Czasem inak191 zrządzą nieba...

Gdy tęsknota serce nęka,

Bije tak, że stanik pęka.

Skłonność każą pilnie taić,

Dumną być jak martwy głaz...

Ni rozmowy nie zagaić,

Ni odkłonić się i raz;

Choćby prosił nie wiem jak,

Zawsze dać — odmowny znak...

Któż opiewał nasze łzy,

Któż dostrzegał dziewcząt mękę?

Kiedy się w nas życie skrzy,

Starzec zgłasza się po rękę...

Tyle cierpień, tyle biedy...

Skończy się to wreszcie kiedy?

Starsi i młodzieńcy śmieli się, dziewczęta spuściły oczy, uśmiechając się także. Śród żartów dziewczęta przyniosły drugi wieniec i ustroiły weń Klingsohra. Prosiły tylko bardzo, by nie śpiewał tak żartobliwej i swawolnej piosenki.

— Nie — odparł Klingsohr — nie poważę się tak zbrodniczo odsłaniać waszych tajemnic. Powiedźcie same, jakiej chcecie piosenki.

— Tylko nie o miłości, jeśli łaska, prosimy o piosnkę do nucenia przy winie — zawołały dziewczęta chórem.

Klingsohr tak zaśpiewał:

Gdzie gór zielonych cudny wieniec,

Tam zstąpił z chmur nasz bóg...

Jasnego słońca oblubieniec,

W promieni skąpan192 smug193.

Wiosną w poczęciu się płomieni,

Szumi mu latem las...

Gdy owoc błyśnie na jesieni,

Narodzin przyszedł czas.

Kładą dziecinę do kołyski

Głęboko, w ciemny loch,

Tam śni, że czas wstawania bliski...

Sny marzy mały śpioch.

Choć drgną zawory drzwi, targane,

Niech nikt nie zbliża się,

Bo moce jego rozpętane

I więzy swoje rwie.

Bo, póki marzy swoje losy,

Wciąż czuwa zastęp sług...

I padnie rażon rąk ich ciosy194

Ten, kto przestąpi próg.

Póki u ramion skrzydła rosną

Kapłani rządzą zań...

Zbudzi się może z przyszłą wiosną,

Kiedy mu rzeką195: Wstań!

Wyjdzie z kołyski, w kryształowy,

Słoneczny odzian196 strój...

Powie: Iść za mną kto gotowy,

Ten drogi uczeń mój.

Wielkie się zaraz garną rzesze...

Wołania: Chciej nas wieść!

Śpiewy się wznoszą ku uciesze,

I głoszą jego cześć.

Wkoło złotymi iskry197 bije...

Zdumiewa siłą świat...

Z kruż198 jego często miłość pije,

Jej zawsze bywa rad.

Z dawna użyczał swej opieki

I kochał wieszczów ród,

A oni w pieśniach długie wieki

Śpiewali wina cud.

Za wierność ten przywilej wzięli,

Że gdy im przyjdzie gust199,

Żadne się dziewczę nie ośmieli

Bronić im swoich ust.

— A to piękny prorok! — zawołały dziewczęta.

Schwaning cieszył się bardzo. Dziewczęta starały się jeszcze wymówić, ale nic nie pomogło. Musiały mu dać słodkich swych ust. Henryk byłby się głośno cieszył tym przywilejem poetów, markotno mu było tylko ze względu na zamyśloną sąsiadkę. Weronika należała do wijących wieńce. Wróciła rozweselona i odezwała się:

— Wszak prawda, że pięknie jest być poetą?

Henryk nie śmiał odpowiedzieć na to pytanie. Radość ogromna i powaga nieodłączna od pierwszej miłości walczyły w jego duszy. Weronika poczęła żartować z innymi, przeto zyskał na czasie, by przyjść do siebie. Matylda powiedziała mu, że grywa na gitarze.

— Ach — odparł — od was chętnie bym się uczył grać. Od dawna tego już pragnę.

— Uczył mnie ojciec — rzekła, rumieniąc się — gra znakomicie na tym instrumencie.

— Myślę — odrzekł — że prędzej bym się od was nauczył, jakże cieszę się, że usłyszę wasz śpiew.

— Nie wyobrażajcie sobie znowu zbyt wiele!

— O — powiedział z zapałem — czemuż bym nie miał spodziewać się rzeczy cudnych. Mowa wasza jest już sama śpiewem, a postać wasza cała zwiastuje muzykę niebiańską.

Matylda zamilkła. Ojciec jej rozpoczął z Henrykiem rozmowę. Chłopiec mówił z zapałem. Sąsiedzi dziwili się wymowie jego, bogactwu jego obrazowania. Matylda spoglądała nań z uwagą. Wydawało się, że cieszy ją ta wymowa, której towarzyszył natchniony wyraz twarzy. Oczy mu połyskiwały. Często zwracał się w stronę Matyldy. Dziwiła się, czemu tak spogląda. W zapale rozmowy pochwycił jej rękę niepostrzeżenie. Nie mogła się opanować, by nie ściskać lekko jego dłoni przy niektórych zdaniach. Klingsohr umiał podtrzymać entuzjazm chłopca i niebawem cała dusza wydobyła się na jego wargi. Tymczasem jednak wszyscy powstali od stołu. Uczyniło się zamieszanie. Henryk został u boku Matyldy. Znaleźli się poza innymi gośćmi. Wziął jej rękę, podniósł do ust i ucałował gorąco. Nie broniła mu jej i spoglądała nań z nieopisaną serdecznością. Wtedy nie mógł się opanować, pochylił się ku niej i ucałował jej usta. Zdumiała się, ale bezwiednie oddała mu pocałunek gorący. „Droga Matyldo”, „kochany Henryku” — oto wszystko, co sobie zdołali powiedzieć. Uścisnęła jego rękę i odeszła do innych dziewcząt. Henryk czuł się wniebowzięty. Matka się doń zbliżyła. Zwrócił ku niej całą czułość, jakiej miał pełną duszę. Mówiła:

– I cóż, czyś zadowolony, żeśmy przyjechali do Augsburga, podoba ci się tu?.

— Droga matko, cudnie tu jest, nie mogłem nic podobnego wyobrazić sobie nigdy.

Reszta wieczoru upłynęła równie wesoło. Starsi grali, rozmawiali i przyglądali się tańczącym. Muzyka falowała jak ocean, porywając w swe nurty młodzież...

Henryk czuł pierwsze rozkosze miłości i radości zarazem. Matylda również dała się bez oporu unieść rozkosznym falom i prawie nie ukrywała rodzącej się skłonności do Henryka. Stary Schwaning odgadł, że porozumienie jest bliskie i drażnił200 ich oboje.

Klingsohr polubił też od razu chłopca i uzyskał201 jego sympatię. Inni chłopcy i dziewczęta spostrzegli to od razu. Prześladować poczęli poważną i surową Matyldę młodym Turyngczykiem i nie kryli się z tym, że im bardzo na rękę, iż nie potrzebują się już obawiać admonicji202 dziewczyny odnośnie do swych spraw sercowych.

Późna już była noc, gdy się towarzystwo rozeszło. „To pierwsza i jedyna uczta mego życia!” — pomyślał Henryk, gdy został sam, a matka znużona udała się na spoczynek. Czyż nie jest mi dziś tak, jak onej nocy, kiedym we śnie ujrzał błękitny kwiat? Co za dziwny związek pomiędzy Matyldą a owym kwiatem? Owa twarz, wychylająca się ku mnie z kielicha, miała anielskie jej rysy, a przypominam sobie też wyraźnie, że ją widziałem w tej czarodziejskiej księdze. Czemuż to jednak w sercu moim taka cisza? Tak, ona jest widzialnym duchem pieśni, godną córką swego ojca. Ona duszę moją zmieni w akord muzyczny. Będzie najistotniejszą treścią mej duszy, kapłanką wieczyście płonącego ognia. A jakąż wieczność wierności czuję w swojej duszy! Urodziłem się na to jedynie, by ją czcić i wiecznie jej służyć, by przez nią myśleć i czuć. Czyż nie trzeba poświęcić całego życia, dostojnego życia ku jej czci i ubóstwianiu? I mnie to dane jest szczęście, że będę zwierciadłem jej, echem? Zaprawdę, nie przypadkowo to ujrzałem ją na końcu podróży, by w radości i weselu poczęła się najszczytniejsza chwila mego życia. I nie mogło też stać się inaczej, czyż bo sama jej obecność nie zmienia wszystkiego w szczęście, w upojenie?

Zbliżył się do okna. Tłumy gwiazd zalegały niebo pociemniałe, ze strony wschodniej świeciła jasna łuna, zwiastując poczynający się dzień.

Z zachwytem wykrzyknął Henryk:

— Was, wiekuiste gwiazdy, was, ciche wędrowce biorę za świadków mej świętej przysięgi. Dla Matyldy chcę żyć i wieczna wierność niech złączy me serce z jej sercem. I dla mnie wstaje rano nowego, wieczystego dnia. Noc minęła. Wschodzącemu słońcu na ofiarę składam własną duszę. Niech zapłonie i pali się wiekuiście.

Gorączka go opanowała i zasnął bardzo późno, gdy dzień był już jasny. Wszystkie myśli spłynęły mu się w przedziwny sen. Ciemnoszafirowy strumień płynął po zielonej równi. Po jego gładkiej powierzchni płynęło czółno. Siedziała w nim Matylda, wiosłując. Ustrojona była w wieńce, śpiewała prostą, jednostajną pieśń i spoglądała nań słodkimi, smutnymi oczyma. Lęk go ogarnął. Nie wiedział czemu. Niebo było pogodne, fale spokojne. Nagle czółno poczęło się kręcić w miejscu. Zawołał na nią przerażony. Uśmiechnęła się, złożyła wiosła w czółnie, które obracało się ciągle. Porwał go strach wielki. Rzucił się w wodę, ale płynąć nie mógł, prąd go unosił. Skinęła nań, jakby mu chciała coś powiedzieć, a łódź nabierać poczęła wody. Nie bała się, z radosnym uśmiechem patrzyła w wir. Nagle znikła, poszła na dno. Lekki powiew musnął fale, a powierzchnia potoku wygładziła się na powrót i woda płynęła cicho i równo, jak przedtem. Z trwogi strasznej utracił przytomność. Przyszedł do siebie dopiero, uczuwszy się na suchym gruncie. Nie wiedział, jak długo niósł go prąd. Okolica była obca. Nie wiedział, co się z nim stało, pamięć go odbiegła. Bezmyślnie poszedł w głąb kraju. Czuł się tylko bardzo osłabiony. Ze skały biło małe źródełko, brzmiało jak dzwon. Zanurzył rękę i kilkoma kroplami wody odwilżył203 spieczone wargi. Straszne zdarzenie leżało już poza nim, jak dręczący sen. Szedł ciągle przed siebie, a drzewa i kwiaty, które mijał, mówiły doń. Było mu tak dobrze i swojsko. Wtem usłyszał ową prostą i jednostajną pieśń. Począł biec w stronę, skąd go dochodziły dźwięki. Nagle ktoś go przytrzymał za ubranie. „Kochany Henryku”, zawołał jakiś znany głos. Obejrzał się i Matylda w tej chwili objęła go ramionami. „Czemu uciekasz ode mnie, mój jedyny? — rzekła oddychając głęboko. — Ledwie mogłam cię dogonić”. Henryk zapłakał i przytulił ją do piersi. „Gdzież się podział potok?” — spytał ze łzami w głosie. „Czyż nie widzisz ponad naszymi głowami jego błękitnych fal?”. Spojrzał w górę i rzeczywiście, wysoko ponad nimi płynął cicho jasnolazurowy strumień. „Gdzież więc jesteśmy, droga Matyldo?” — spytał. „U rodziców naszych”. „Prawda, wszak nie rozstaniemy się już?” — rzekł. „Wiecznie będziemy razem” — odparła i przycisnęła usta do jego warg, a ramionami objęła tak, że nie mogła ich już rozpleść. Potem powiedziała mu, nie odejmując ust, jakieś wielkie, tajemne słowo. Przeniknęło go na wskroś i czuł, że brzmieć będzie zawsze, zawsze. Chciał to słowo powtórzyć, ale nagle zawołał nań dziadek. Zbudził się, ale byłby w tej chwili dał życie za to, by móc znać to słowo.