Rozdział siódmy
Klingsohr stał u jego łóżka i witał go serdecznym: „Dzień dobry”. Zerwał się i objął Klingsohra za szyję. To nie pod waszym było adresem, zażartował stary Schwaning. Henryk uśmiechnął się i zarumienioną twarz ukrył na piersiach matki.
— Czy masz ochotę zjeść ze mną śniadanie na przedmieściu, na pięknym wzgórzu? — spytał Klingsohr. — Piękny ranek orzeźwi cię. Ubieraj się. Matylda czeka na nas.
Henryk podziękował uradowany za to pożądane zaproszenie. W jednej chwili był gotów i serdecznie ucałował rękę poety.
Poszli do Matyldy. Wyglądała przecudnie w skromnej sukience i pozdrowiła go przyjaźnie. Zapakowała śniadanie do koszyczka, który niosła na ręku. Drugą rękę podała Henrykowi bez zmieszania. Klingsohr szedł za nimi i tak minęli miasto pełne już ruchu. Przyszli na mały pagórek wznoszący się nad rzeką. Rosło tam kilka wysokich drzew i widok na wszystkie strony był otwarty.
— Ileż to już razy — wykrzyknął Henryk — radowałem się widokiem cudnej, tak bogatej w swych przejawach, tak barwnej przyrody i pokojem tym, w którym współżyją ze sobą różne jej zjawy. Ale takiej głębokiej, takiej twórczej wesołości jak dziś, nie doznawałem jeszcze nigdy może. Te oddale są mi tak bliskie, a ten krajobraz bogaty wydaje mi się moją własną wnętrzną fantazją. Jakże zmienna jest natura, choć na powierzchni wydaje się niewzruszona i trwała. Jakże inną się nam przedstawia, gdy czujemy obok siebie anioła lub silnego ducha, a inaczej w chwili, gdy skarży nam się biedak na swoją niedolę albo gdy chłop nam opowiada, jak niepogoda niszczy jego plony lub jak bardzo potrzebują jego zasiewy deszczu. Tobie, drogi mistrzu zawdzięczam to wesele, tak, to wesele, bo nie ma innego słowa, które by dokładniej malowało nastrój mojej duszy. Radość, ochota, zachwyt to tylko poszczególne członki i części wesela, które z nich buduje cuda.
Przycisnął rękę Matyldy do serca i zatonął gorącym spojrzeniem w jej oczach łagodnych i wrażliwych.
— Natura — odparł Klingsohr — jest tym dla naszej duszy, czym jakiś przedmiot dla światła. Odbija ją, łamie, rozkłada we wstęgę kolorów, zapala się na swej powierzchni lub we wnętrzu płomieniem, który jeśli dorównywa mu ciemnością, czyni je jasnym i przejrzystym, jeśli jest większy, wydziera się, by oświecić lub zapalić inne ciała. Ale najciemniejsze nawet ciało można za pomocą wody, ognia i powietrza uczynić przejrzystym.
— Pojmuję cię, drogi mistrzu. Ludzie są dla umysłu naszego jak kryształy. Oni są ową przejrzystą naturą. Droga Matyldo, was nazwałbym drogocennym, przeczystym szafirem. Jesteś przejrzysta i jasna jak niebo i świecisz łagodnym światłem. Ale powiedz, kochany mistrzu, czy mam słuszność; mnie się wydaje, że właśnie wtedy, gdy się najsilniej i bezpośrednio naturę odczuwa, najmniej umie się o niej mówić i najsłabszą ma się do tego ochotę.
— Zależy od tego, jak się to bierze204. Co innego jest natura205 jako przedmiot naszego użycia i odczucia, a co innego jako przedmiot, który bada nasz umysł, owa siła kosmiczna wcielona w nas. Trzeba się starać nie zapominać o jednym dla drugiego. Jest wielu ludzi, którzy tylko tę jedną stronę cenią, drugą zaś lekceważą. Ale objąć można obie i pogodzić w swej duszy. Szkoda, że tak niewielu myśli o tym, by się nauczyć swobody ruchów we własnym ja i przez należyte rozróżnienie zapewnić sobie najbardziej celowe i najprostsze operowanie siłami własnego serca i umysłu. Zwykle jedno przeszkadza drugiemu i z wolna rodzi się nieporadność i ociężałość, tak że gdy ci ludzie chcą nagle wszystkimi siłami podźwignąć się i stanąć na nogi, powstaje straszne zamieszanie i spór, a wszystko się w ich duszy tłoczy i potyka jedno na drugim206. Nie mogę ci dosyć gorąco zalecić, byś twój rozum, twój pęd wrodzony, chęć poznania, jak się wszystko w przyrodzie splata, w jakim stoi wzajemnym stosunku i podług zasad przyczynowości rozwija, byś tę chęć do wiedzy poparł gorliwością i wytrwałością. Nic nie jest dla poety tak konieczne, jak wejrzenie w istotę każdej sprawy, zapoznanie się ze środkami koniecznymi do osiągnięcia celu i przytomność umysłu, by podług czasu i okoliczności chwycić się najodpowiedniejszych. Zapał bez rozumu jest bezpożyteczny207, a nawet niebezpieczny, a poeta dziwiący się cudom sam będzie zdolny niewiele sprawić cudów. Czyż jednak dla poety nie jest konieczna wiara głęboka w to, że losami wszechrzeczy rządzi świadoma na wzór ludzki pojęta potęga?
Konieczna jest istotnie, a to dlatego, że nikt sobie inaczej tej potęgi wyobrazić nie jest w stanie, jeśli głęboko się nad tym zastanowi. Ale jakże daleka jest owa spokojna i pogodna pewność od trwożnej niepewności, ślepego strachu człowieka zabobonnego. Właśnie w podobnym przeciwieństwie stoi łagodne, ożywcze ciepło duszy poetyckiej do dzikiego, gorączkowego szału chorego serca. Ten ostatni oszałamia, ale przemija, pierwsze przeciwnie, oznacza jasno granice każdej pojedynczej zjawy, sprzyja wytworzeniu się stosunków i zszeregowaniu208 ich obok siebie, a trwa wiekuiście, samo przez się. Młody poeta nie może być nigdy zanadto chłodny, nigdy nadto rozważny. Pierwszym warunkiem melodyjności słowa jest umysł uważny i spokojny. Tworzy się zawikłana paplanina, gdy burza syczy w duszy i rozbija uwagę na drzazgi drgające, co razem daje wrażenie bezmyślności. Jeszcze raz powtarzam, prawdziwie wielki umysł jest jak światło słońca spokojny i wrażliwy, jak ono elastyczny i przenikliwy, podobnie potężny i niepostrzeżenie działający. We wszystkim podobny jest owemu drogocennemu żywiołowi, który rozświeca równomiernie wszystko, a ukazuje przeróżne rzeczy w ich nieskończonej rozmaitości. Poeta jest jak stal czysty, wrażliwy jak najcieńsza nić szkła i twardy jak niepodatny krzemień.
— Czasem sam to odczuwałem — rzekł Henryk — że w chwilach najsilniejszego napięcia uczuciowego i myślowego, mniej się czułem swobodny, jak w czasach innych, gdy mogłem sobie bez celu chodzić i zajmować się wszystkim, do czego209 miałem ochotę. W chwilach tych przenikał mnie surowy duch jakiś i dawał moc, że mogłem używać każdego zmysłu wedle woli, każdą myśl jakby ciało rzeczywiste obracać i oglądać ze wszystkich stron. Stawałem u warsztatu ojca i cieszyłem się, gdym mu zdołał dopomóc lub coś wykonać zręcznie. Zręczność miała zawsze dla mnie niepokonany urok siły, co wzmacnia. I, zaprawdę, daje ona trwalszą i jaśniej w świadomości rysującą się rozkosz, jak210 owo rozpierające piersi uczucie podziwu nad rozrzutną wspaniałością przyrody.
— Ale nie myśl — rzekł Klingsohr — że ja ganię i lekceważę. Tylko musi ono płynąć samo i nie należy szukać go i sprowadzać sztucznie. To, że danym jest nam tak skąpo, jest wielkim dobrodziejstwem. Gdyby pojawiało się częściej, nużyłoby i osłabiało. Nie podobna się wyrwać szybko z tego słodkiego oszołomienia, które po nim następuje i powrócić do regularnego, żmudnego zajęcia. Rzecz to podobna do słodkich snów porannych, z których rozmarzającego wiru trzeba się wyrwać przemocą, jeśli się nie chce popaść w coraz to bardziej gnębiące znużenie i całego dnia przeżyć w stanie chorobliwego wyczerpania.
Poezja żąda — ciągnął Klingsohr dalej — by ją traktowano jako arcydzieło, jako trudną i poważną sztukę. Stając się jedynie rozkoszą, przestaje być poezją. Poecie nie wolno biegać cały dzień po próżnicy i polować na obrazy i uczucia. To jest droga zgoła fałszywa. Czyste, otwarte serce, zdolność i gibkość w myśleniu i obserwowaniu i zręczność w obracaniu wszystkich swych zdolności w pracę, w której one wzajemnie się ożywiają, a wreszcie przymiot wytrwałości w tej pracy oto wymagania poezji prawdziwej. Jeśli chcesz słuchać mych rad, to staraj się, by nie minął ni jeden dzień, w którym byś nie wzbogacił swych wiadomości i nie przyswoił sobie jakiejś umiejętności. Miasto obfituje w mistrzów różnych zawodów. Mamy tu kilku doświadczonych mężów stanu, kilku światłych i zdolnych kupców. Można tutaj bez wielkich trudności zapoznać się z wszystkimi stanami, wszystkimi rękodziełami, wszystkimi niemal stosunkami i wymaganiami społeczeństwa dzisiejszego. Ja, chętnie pouczę cię o stronie technicznej naszej sztuki i najciekawsze utwory z tobą przeczytam. Możesz przychodzić na godziny nauki Matyldy, będzie cię też i ona chętnie uczyć gry na gitarze. Zawsze jedno zajęcie będzie przygotowywać do drugiego, gdy w ten sposób dobrze spędzicie dzień, to potem rozmowa, miła rozrywka wieczorem w towarzystwie lub podziwianie pięknego krajobrazu dadzą wam wiele rozkoszy, nie obciążając przesytem.
— Co za rozkoszne życie otwierasz przede mną, drogi mistrzu — wykrzyknął Henryk. — Pod twoim kierunkiem poznam dopiero, jak szlachetny i wzniosły cel stoi przede mną i pocznę żywić nadzieję, że przy twej pomocy może go kiedyś osiągnę.
Klingsohr ucałował go serdecznie. Matylda przyniosła im śniadanie, a Henryk spytał ją wzruszonym głosem, czy zgodzi się wziąć go za kolegę w nauce i za ucznia swego. „Zdaje mi się, że zostanę twym uczniem na zawsze” — rzekł, gdy Klingsohr oddalił się nieco. Pochyliła się ku niemu nieznacznie. Objął ją ramieniem i ucałował usta zarumienionej dziewczyny. Odsunęła się łagodnie, ale jakby w nagrodę, podała mu z dziecięcą swobodą różę odpiętą od piersi. Potem zajęła się koszykiem. Henryk spojrzał na nią z zachwytem, ucałował różę, przypiął ją do swej piersi, a potem podążył za Klingsohrem. Stał on opodal i spoglądał w stronę miasta.
— Którędyście przyjechali tutaj? — spytał poeta.
— Przez te wzgórza, tam, w dali gubi się nasza droga.
— Zwiedziliście pewnie piękne okolice?
— Jechaliśmy prawie bez przerwy cudną drogą.
— I twoje miasto ojczyste pewnie pięknie położone?
— Okolica jest dosyć urozmaicona, ale dosyć tam dziko i nade wszystko brak rzeki. Woda to oko krajobrazu.
— Opowiadanie twe wczorajsze o podróży — rzekł Klingsohr — zajęło mnie bardzo. Zauważyłem, że towarzyszem twoim była poezja. Współpodróżni twoi i ludzie napotykani nieświadomie byli jej narzędziami. W pobliżu poety wszystko staje się poezją. Ojczyzna poezji, Wschód romantyczny, powitał cię smętnym uśmiechem, przemówiła do ciebie wojna swym dzikim, wspaniałym językiem, a przyroda i historia zjawiły ci się pod postacią górnika i pustelnika.
— Zapominasz drogi mistrzu o najlepszej rzeczy, o niebiańskiej zjawie miłości. Zależy już tylko od ciebie, by owo zjawisko nie odbiegło mnie nigdy.
— Cóż myślisz — rzekł Klingsohr, zwracając się do Matyldy, która właśnie się zbliżała — czy masz wolę zostać dozgonną towarzyszką Henryka?
— Gdzie ty będziesz, będę i ja. — Matylda przeraziła się i padła w objęcia ojca. Henryk drżał z ogromnej radości. — Czy on zechce tylko mi wiecznie towarzyszyć drogi ojcze? — rzekła.
— O to, to już spytaj go sama — odrzekł wzruszony Klingsohr. Spojrzała na Henryka z miłością.
— Wieczność moja to twoje dzieło! — wykrzyknął Henryk, a łzy potoczyły mu się po policzkach. Objęli się, a Klingsohr otoczył oboje ramieniem.
— Dzieci moje — zawołał — dochowajcie sobie wiary aż do grobu! Miłość i wierność uczynią wam całe życie poematem.