Rozdział ósmy

Po południu zaprowadził Klingsohr swego nowego syna, w którego szczęściu zarówno matka, jak i dziadek brali udział najżywszy, wielbiąc Matyldę jako ducha opiekuńczego, do swego mieszkania i pokazał mu swoje książki. Potem o poezji rozmawiali.

— Nie wiem — odezwał się Klingsohr — czemu za poezję bierze się zwyczajnie poetyzowanie natury. Wszyscy mówią: „Natura jest poezją”. Nie jest ona nią zawsze. Podobnie w niej, jak w człowieku tkwi rozdwojenie, są dwie istoty, utajona żądza i tępa bezczuciowość, czyli lenistwo, które wiodą nieustanny bój z poezją. Ten bój byłby to piękny temat do poematu. Całe kraje i długie czasokresy, podobnie jak większość ludzi, zostają pod władztwem tej nieprzyjaciółki poezji, przeciwnie w innych krajach lub czasach poezja jest zjawiskiem powszechnym. Dla historyka są nader ciekawe czasokresy tej walki, a ich opis zajęciem ponętnym i ważnym. Przeciwniczce nic nie jest bardziej niemiłe jak to, że sama dla poezji jest poetycznym obiektem, nierzadko w zapale walki zamienia z nią oręż i od własnego jej, zdradzieckiego pocisku odnosi rany. Natomiast rany poezji, zadane własną jej bronią, łatwo się goją, czyniąc ją tylko piękniejszą i potężniejszą.

— Sama walka wydaje mi się — rzekł Henryk — wynikiem poezji. Ludzie myślą, iż biją się o jakieś marne posiadanie czegoś, a nie spostrzegają, że kieruje nimi duch romantyczny, by w ich osobach i przez nich samych wytępić podłoty życiowe i marności jego. Walczą tedy za sprawę poezji, a oba wojska wrogie mają poezji sztandary.

— W walce — odrzekł Klingsohr — widzę poruszenie się wód pierwotnych. Mają powstać nowe lądy, nowe pokolenia wyjść mają z zamętu i zniszczenia. Prawdziwa wojna jest to wojna religijna, dąży do zniszczenia wszystkiego, a szaleństwo ludzkie ukazuje się wtedy w całej swej postaci. Wojny rozliczne, zwłaszcza wynikłe z nienawiści narodowych, należą do tej także klasy i one to są prawdziwymi poematami. Tutaj występują na widownię prawdziwi bohaterowie, najszlachetniejsze odbicia poetów, a nie są oni niczym innym jak siłami kosmicznymi przepojonymi poezją, choć nieświadomymi tego. Poeta, będący zarazem bohaterem, to byłby poseł Boga, ale opiewać go godnie nie ma sił poezja naszych czasów.

— Co pod tym rozumiesz, drogi mistrzu — rzekł Henryk — czyżby dla poezji było jakieś zjawisko za wielkie, zbyt niedosiężne?

— Tak. Tylko nie mówmy: dla poezji, ale: dla naszych, ziemskich środków i narzędzi wypowiadania się. Jak dla każdego poszczególnego poety istnieje tylko pewien, jemu właściwy zakres, w obrębie którego pozostać musi, jeśli nie chce stracić wszelkiej miary i tchu, to podobnie istnieje dla całokształtu usiłowań ludzkich pewna granica stwarzalności, poza którą rzeczy stwarzane, kształtowane tracą konieczną konsystencję, nieuniknioną spoistość cząstek i zmieniają się w puste, złudne Nic. Zwłaszcza uczeń powinien się wystrzegać pilnie wybryków w tym kierunku, bo fantazja aż nazbyt często prze go do zapędzania się tam i wabi do wyrażania rzeczy pozazmysłowych, nieokreślnych. Dopiero doświadczenie poucza, że należy unikać tej nieproporcjonalności pomiędzy obiektem mającym być wysłowionym a środkami poezji i że zgłębienie rzeczy najprostszych i najwyższych należy zostawić filozofii. Poeta starszy, gdy pisze, nie wznosi się nigdy wyżej, jak211 mu potrzeba, by obfity materiał, którym rozporządza, zgrupować w przejrzystą całość i wystrzega się pobieżnego traktowania materiału dającego mu w swej złożoności dosyć pola do artyzmu, dosyć koniecznych punktów do porównań, powiem nawet: chaos powinien w każdym poetyckim utworze przezierać i przebłyskać212 przez regularną tkankę formy. Bogactwo tematu czyni zrozumiałym i pięknym jedynie zgrupowanie jego, ale znowu sama forma, sam schemat ma niemiłą oschłość szeregu liczb. Najlepszą poezję mamy ciągle w pobliżu, a przedmiot zwyczajny, prosty nierzadko bywa jej najpiękniejszym tematem. Poeta widzi, że poezja ograniczona jest i związana znikomością środków, ale właśnie ta niewola czyni ją sztuką. Przede wszystkim język w ogóle ma pewien zakres swój. Jeszcze bardziej ciasny krąg twórczy posiada język danego narodu lub szczepu. Tylko gorliwą pracą i rozmyślaniem może poeta dojść do znajomości swego języka. Wie on dobrze, czego może nim dokazać i nie będzie czynił bezrozumnych wysiłków, by go napiąć ponad miarę. Rzadko tylko rzuci całą jego moc na jeden punkt, gdyż wie, że znużyłby czytelnika i zniszczył sam cenne działanie rozumnie rozmieszczonych przejawów siły. Ale dziwacznych przeskoków poeta nie będzie też używał, pozostawi to szarlatanom. W ogóle najwięcej nauczyć się może poeta od muzyka i malarza. Sztuki te wykazują jasno potrzebę obchodzenia się oszczędnego ze środkami pomocniczymi i w nich przykład, ile wagi kłaść trzeba na proporcje i stosunki. Odwrotnie, mogliby też owi artyści nauczyć się od nas niezależności poetyckiej i przyjąć z wdzięcznością istotnego ducha każdego poematu i treść każdego dzieła sztuki w ogóle. Powinni by oni być poetyczniejsi, a my bardziej muzyczni i malarscy, naturalnie jedno i drugie nie wybiegając poza granice naszej sztuki. Treść dzieła sztuki nie jest jego celem, ale jest nim jego forma. Sam przekonasz się, które pieśni najlepiej ci się udadzą, bez wątpienia te, których tematy są ci najbliższe i najlepiej znane. I dlatego powiedzieć można, że poezja polega na doświadczeniu. Sam to wiem, że w młodych mych latach nie było tak oddalonej i tak nieznanej rzeczy, której bym właśnie opiewać najgoręcej nie chciał. I cóż by z tego wynikło? Pusty, nędzny zgiełk słów, bez iskry prawdziwej poezji. Dlatego to trudnym dziełem jest bajka i rzadko tylko potrafi z zadania takiego dobrze wywiązać się poeta młody.

— Pragnę bardzo poznać którąś z twych bajek — rzekł Henryk. — Wszystkie, które dotąd słyszałem, zachwycały mnie niewypowiedzianie, chociaż wcale mistrzowskie nie były.

— Dziś wieczór zaspokoję twe żądanie. Pamiętam jedną, którą napisałem jeszcze w młodym wieku. Nosi też na sobie ślady tego wyraźne. Mimo to jednak myślę, że cię zajmie i przypomni różne rzeczy, o których ci mówiłem.

— Mowa — rzekł Henryk — to w istocie cały odrębny świat znaków i dźwięków. Człowiek chciałby, tak jak ją posiada, posiąść cały wielki świat i swobodnie się przezeń wypowiedzieć. I w tym radosnym pędzie, w tej żądzy wypowiedzenia rzeczy pozaświatowych przez świat i jego środkami, w dążeniu do ziszczenia tego, co jest przyrodzonym naszego życia źródłem, leży wedle mnie istota i początek poezji.

— To bardzo źle — odrzekł Klingsohr — że poezji nadano osobną nazwę, a poeci tworzą odrębny cech. Nie ma w tym nic odrębnego i wyłącznego. Jest to sposób działania właściwy duchowi ludzkiemu, jego forma wyzwalania się. Czyż nie tęskni i nie poetyzuje każdy człowiek ciągle?

W tej chwili weszła do pokoju Matylda. Klingsohr kończył właśnie:

— Weźmy na przykład miłość. Nigdzie chyba nie występuje wyraźniej fakt, że poezja konieczna jest dla istnienia rodzaju ludzkiego, jak w niej. Miłość jest niema, tylko poezja może w jej imieniu mówić. A może miłość nie jest niczym innym jak najwyższą poezją natury. Ale i na cóż mówię ci o rzeczach, które znasz lepiej ode mnie.

— Tyś przecież ojcem mojej miłości — odparł Henryk, obejmując Matyldę. Oboje ucałowali ręce ojca.

Klingsohr objął ich ramieniem, przytulił do piersi, a potem wyszedł.

— Kochana Matyldo — rzekł Henryk po długim pocałunku — snem mi się zdaje, żeś moja. Ale jeszcze dziwniejsze wydaje mi się, że nie byłaś moja zawsze.

— Wydaje mi się, że znam cię od dawnych, od niepamiętnych czasów.

— Czy chcesz213 mnie kochać?

— Nie wiem, co to miłość, ale to ci tylko powiedzieć mogę, że tak mi jest, jakbym teraz dopiero żyć zaczynała i tak do ciebie jestem przywiązana, że chciałabym zaraz za ciebie umrzeć.

— Droga Matyldo, teraz wiem, co znaczy być nieśmiertelnym.

— Jakżeś dobry nieskończenie i co za cudowny duch mówi przez ciebie. Jam tylko biedna, zwyczajna dziewczyna!

— I czemuż mnie zawstydzasz? Przecież przez ciebie jedynie jestem, czym jestem. Bez ciebie byłbym niczym. Czymże jest duch bez nieba, a tyś jest niebo, w którym żyję i istnieję.

— O, jakżebym szczęśliwa była, gdybyś był tak wierny, jak ojciec mój! Matka zmarła zaraz prawie po moim urodzeniu, a ojciec codziennie ją opłakuje.

— Nie zasługuję na to, ale chciałbym być szczęśliwszy od niego.

— Chciałabym żyć długo, długo u twego boku, kochany Henryku. Stanę się niezawodnie przy tobie dużo lepsza.

— Ach, Matyldo, i śmierć nas nie rozdzieli!

— Nie, Henryku, gdzie ja będę, będziesz i ty!

— Tak, gdzie ty będziesz Matyldo, będę też i ja, wiecznie.

— Nie wiem, co to wieczność, ale myślę, że to musi być wiecznością, co czuję, gdy myślę o tobie.

— Tak, Matyldo, jesteśmy wieczni przez miłość naszą.

— Nie wiesz, drogi mój, jak gorąco modliłam się dziś rano, gdyśmy wrócili do domu, przed obrazem Matki niebieskiej, jak uklęknąwszy, nieskończenie gorąco modliłam się do niej. Myślałam, że się we łzach rozpłynę. I oto wydało mi się, że się do mnie uśmiechnęła. Wiem teraz, co to jest wdzięczność.

— O, droga moja, niebo mi cię dało, bym cię czcił. Uwielbiam cię. Tyś jest świętą, która modły moje zanosi do Boga, przez ciebie On mi się objawia, przez ciebie okazuje mi cały bezmiar swej miłości. Cóż jest religia, jeśli nie wiekuiste pragnienie, złączenie się na wieczność serc kochających. Gdzie dwoje ludzi jest, jest On pośród nich. Oddychał będę tobą bez końca, a piersi me nie znużą się nigdy wchłanianiem ciebie jako życiodajnego powietrza. Tyś jest piękno boskie, życie wieczne w czarowną wcielone postać.

— Drogi mój, znasz los róż, czy zwiędłe usta i pobladłe policzki będziesz także miłośnie tulił do swych warg? Czy ślady lat przeminionych214 nie będą śladami przeminionej miłości?

— O, gdybyś mogła przez oczy moje sięgnąć wzrokiem do serca. Ale nie, kochasz mnie, więc wierzysz. Nie rozumiem zgoła tego, co mówią o przemijaniu wdzięków i powabów. Nie więdną one nigdy, zwiędnąć nie mogą. To, co mnie z taką siłą ku tobie pociąga, co zbudziło we mnie wieczne pożądanie, to nie jest podległe czasowi. Gdybyś widzieć mogła, jaką cię widzę, gdybyś wiedziała, jaka cudowna postać ciebie przenika i oczom mym wiecznie i wszędzie się zjawia, nie obawiałabyś się, że lata mijają. Ziemski twój kształt to cień tylko onej postaci. Siły tej ziemi we mnie zawarte napinają się i walczą, by obraz ten ująć i przytrzymać, ale natura niedojrzała jest jeszcze. Obraz ten to pierwowzór wiekuisty, cząstka nieznanego, świętego świata.

— Pojmuję cię Henryku, gdyż widzę coś podobnego, gdy patrzę na ciebie.

— Tak, Matyldo, świat wyższy jest bliżej nas, niż sądzimy zazwyczaj. Żyjemy w nim, już żyjąc tu, na ziemi i czujemy czasem, że jest on najściślej spojony z zaziemskim istnieniem, przenika je na wskroś.

— Tyle mi jeszcze cudnych objawisz rzeczy, najdroższy!

— O, Matyldo, z ciebie jedynie płynie moja moc objawień. Wszystko przecież co mam, jest twoje, miłość twa wprowadzi mnie w świątnicę215 życia, w miejsce święte świętych dusz, natchniesz mnie do widzeń najpotężniejszych. A może miłość nasza zamieni się w krzak ognisty, a płomień uniesie nas ponad ziemię i zaniesie do wiecznej ojczyzny, nim jeszcze starość i śmierć po nas sięgną.

Czyż samo to, że moją jesteś, nie jest już cudem? Czyż nie jest cudem, że trzymam cię w ramionach, że mnie kochasz i chcesz być wieczyście moją?

— I ja teraz we wszystkie wierzę cuda i czuję wyraźnie, że pali się we mnie cichy płomień; któż wie, czy on nie przeobraża nas i nie rozwiąże i pomału wszystkich więzów ziemi. Powiedz mi Henryku, czy masz już do mnie to bezgraniczne zaufanie, jakie ja mam do ciebie? Nigdy dotąd nie czułam wiary takiej, w ojca mego nawet, którego przecież tak bardzo kocham.

— Droga Matyldo, dręczy mnie niesłychanie to, że nie mogę ci wszystkiego naraz powiedzieć, że nie mogę od razu oddać całego mego serca. Pierwszy to raz w życiu jestem tak otwarty. Nie mogę przed tobą zataić ani jednej myśli, ani jednego uczucia, musisz wiedzieć wszystko. Cała moja istota musi się spłynąć z twoją. Tylko bezgraniczne oddanie się może odpowiedzieć mej miłości. Na tym ona polega przecież. Jest to tajemnicze stopienie się naszych bytów w tym, co stanowi ich istotę.

— Henryku, tak nie kochało się dotąd pewnie dwoje ludzi.

— Tak, zaprawdę nie kochali się. Przecież nie było jeszcze dotąd Matyldy.

— I nie było Henryka.

— Przysięgnij mi jeszcze raz, żeś jest na wieczność całą moja. Miłość to wieczne powtarzanie.

— Tak Henryku, na pamięć mej drogiej matki przysięgam ci, że jestem twoją na wieczność!

— I ja przysięgam wiecznie należeć do ciebie Matyldo, niech mnie słucha miłość, niech słucha Bóg obecny tutaj pośród nas!

Uścisk długi i niezliczone pocałunki przypieczętowały związek wieczysty szczęśliwej pary.