Rozdział dziewiąty

Wieczór przybyło216 kilku gości, dziadek podniósł kielich za zdrowie młodej pary narzeczonych i przyrzekł wnet wyprawić wesele.

— Na cóż zda się długie zwlekanie — mówił stary. — Wczesne wesele, długa miłość. Zauważyłem, że ci, co się wcześnie pobrali, byli w małżeństwie najszczęśliwsi. W latach późniejszych nie ma już tego zapału w małżeństwie, co czasu młodości. Wspólnie przeżyta młodość to nić nierozerwalna. Wspomnienia to najtrwalsza podstawa miłości.

Po kolacji przyszło jeszcze kilku znajomych. Henryk poprosił swego nowego ojca, by dopełnił obietnicy. Klingsohr odezwał się do zgromadzonych:

— Przyrzekłem dziś Henrykowi opowiedzieć bajkę, jeśli państwo chcecie, jestem gotów.

— To bardzo dobry pomysł ze strony Henryka — rzekł Schwaning. — Już dawno nic twojego nie słyszeliśmy.

Usiedli przy kominie, na którym płonęły drwa, Henryk zajął miejsce przy Matyldzie i otoczył ją ramieniem.

Klingsohr opowiadał:

Noc właśnie zapadła. Stary bohater217 uderzył w swą tarczę, aż zagrzmiała donośnie po pustych ulicach miasta. Powtórzył hasło trzykrotnie. Rozjaśniać się zaraz poczęły wysokie, różnobarwne okna pałacu, a postacie w nich różne poczęły się ukazywać i poruszać. Biegały coraz szybciej, w miarę jak czerwonawe światło wzrastało. Poczęło już oświetlać ulice. Równocześnie rozjaśniać się poczęły olbrzymie słupy218 pałacu, a nawet mury. Wreszcie rozbłysły czystym, niebieskomlecznym219 światłem, mieniąc się najcudniejszymi barwami. Można było już teraz widzieć całe miasto, postacie rzucały cienie, krzyżowały się i migały ich włócznie, miecze, hełmy pochylały się w stronę zjawiających się tu i ówdzie koron. Wreszcie, gdy korony znikły, by zrobić miejsce prostemu, zielonemu wieńcowi, wszystkie postacie otoczyły wianek zwartym kołem. Wszystko to odbijało się w zmartwiałym, jakby zaśnionym morzu otaczającym górę, na której leżało miasto, a nawet poza morzem, w dali ciągnący się dokoła pas gór wysokich różowił się odblaskiem światła. Wyraźnie nie było można tam niczego dostrzec, słychać natomiast było dochodzący z oddali dziwny łoskot, jakby z olbrzymiej płynący kuźni. Miasto za to jasno oświecone było. Gładkie, przejrzyste mury domów odbijały pięknie promienie, a wykwintny styl budynków, ich szlachetne proporcje i zgrupowanie występowały wyraziście. W każdym oknie stały piękne naczynia gliniane pełne najprzeróżniejszych kwiatów ze śniegu i lodu, które połyskiwały przecudnie.

Najczarowniej wyglądał ogród położony na wielkim placu, przed pałacem. Rosły tam metalowe drzewa, rośliny z kryształu obwieszone kwiatami i owocami z klejnotów, a przeróżne ich kształty i jasny blask różnokolorowych kamieni zachwycały oczy. Pośrodku ogrodu wznosił się w górę słup wody, zamarzłego w lód wodotrysku. Stary bohater wolnym krokiem zbliżył się do bram pałacu. Jakiś głos zawołał go po imieniu. Oparł się o bramę, która otworzyła się zaraz, dźwięknąwszy cicho. Wszedł do sali, zasłaniając tarczą oczy.

„Czyś nie znalazł niczego?” — spytała ze skargą w głosie220 piękna córka Arktura. Leżała na jedwabnych poduszkach tronu wyrzeźbionego sztucznie221 z jednego olbrzymiego kryształu siarki. Służebnice gorliwie krzątały się dokoła niej. Nacierały piękne jej członki, które wydawały się z mleka i purpury. Spod ich rąk tryskało światło. Biło z pięknej dziewczyny i oświecało wspaniały pałac. Wiatr pachnący wiał po sali. Bohater milczał.

„Pozwól mi dotknąć twej tarczy” — rzekła słodko. Zbliżył się do tronu i wstąpił na kosztowny dywan. Królewna pochwyciła jego dłoń, przycisnęła do cudnego łona, a potem dotknęła tarczy. Zbroja bohatera szczękła222 przecudnym akordem, a ciało jego przeniknęła moc ogromna. Oczy jego rozbłysły, a serce donośnie bić poczęło, aż pancerz jęczał. Piękna Freja223 poweselała, a światło z niej płynące stało się jeszcze żywsze.

„Król idzie!” — zawołał prześliczny ptaszek siedzący na oparciu tronu. Służebnice przykryły królewnę błękitną kołdrą aż po szyję, bohater opuścił w dół tarczę i spojrzał ku kopule, na którą wiodło dwoje schodów kręconych, z obu końców sali. Cicha muzyka poprzedzała króla. Ukazał się niebawem w kopule, otoczony licznym orszakiem i począł zstępować na dół.

Piękny ptaszek rozpostarł lśniące skrzydła i zaśpiewał królowi:

Nieznany oblubieniec u wrót już pieśnią dzwoni,

Topnieje twardy lód, wiosenne wiatry wieją,

Królewna welon snów z przecudnej zdejmie skroni,

A morze się i ląd miłośnie w jedność zleją.

I pierzchnie czarna noc, a jutrznie zajaśnieją

I bajki wielka moc jak prawda się wyłoni,

I z Frei ust pieśń weźmie wieszczbę złotą,

Że już zapadły mgły, za wszelkich serc tęsknotą.

Król uściskał córkę serdecznie. Duchy gwiazd otoczyły tron, a bohater zajął wśród nich przynależne mu miejsce. Nieprzeliczony tłum gwiazd wypełnił salę, tworząc grupy. Służebne przyniosły stolik i szkatułkę zawierającą mnóstwo kartek. Na kartach tych widniały tajemnicze symbole gwiazd, ułożone w przeróżne kształty. Król ze czcią ucałował te kartki, starannie je wymieszał i podał kilka córce. Inne zatrzymał sam w ręku. Królewna wyłożyła je po kolei na stolik, król zaś pilnie patrzył w swoje i po namyśle głębokim wyciągał po jednej, przykładając je do leżących. Czasem zdawało się, że jakaś wewnętrzna224 siła zmusza go do wyboru tej, a nie innej kartki. Często też promieniała mu twarz radością, gdy udało mu się przez dobór stosowny ułożyć piękną, harmonijną figurę.

Gdy gra się rozpoczęła, wszystkich obecnych ogarnął ruch jakiś. Wyrażali oni swój współudział i zainteresowanie najróżniejszymi minami i ruchami. Wydawało się, że każdy z nich ma w ręku narzędzie jakieś niewidzialne, którym włada. Równocześnie w powietrzu zabrzmiała cicha, ale głęboko wzruszająca muzyka. Zdawało się, że przyczyną jej jest ruch gwiazd na sali, przewijających się bezustannie, i ich dziwne gesty i miny. Gwiazdy toczyły się to pomału, to prędko, ciągle zmieniając linie swego ruchu i w takt muzyki tworzyły te same figury, które widniały na kartkach. Muzyka zmieniała się bezustannie, podobnie jak kartki na stoliku królewny, a mimo dziwacznych i nieraz nagłych przejść, wydawało się, że cała symfonia rozwija tylko jeden, prosty temat. Z niesłychaną szybkością krążyły i przelatały gwiazdy wraz ze zmianą obrazów. To wszystkie zwijały się w jeden ogromny snop, to dzieliły na mnóstwo grup, to znów rozbijały w smugę niezliczonych iskier lub wreszcie z rozlicznych kół budowały dziwną, harmonijną całość. Różnobarwne figury w oknach zachowywały się pod ten czas225 spokojnie, ptak zaś trzepotał bez przerwy skrzydełkami i roztaczał ogon mieniący się barw tysiącem.

Stary bohater oddawał się też wraz z innymi tajemniczemu zajęciu. Wtem wykrzyknął radośnie król:

„Wszystko spełni się ku dobru i radości. Żelazo, rzuć swój miecz w świat, by oni dowiedzieli się, gdzie źródło wesela”. Bohater porwał za miecz, podniósł go sztychem do góry, a potem, zamierzywszy się potężnie, cisnął przez okno. Przeleciał ponad miastem, ponad morzem, jak kometa zaiskrzył się w locie, sypnął iskrami i roztrzaskał się kędyś pośród pasma gór dalekich.

Właśnie w tej chwili leżał Eros, piękny chłopiec, w kolebce i spał. Mamka jego, Ginnistan226 siedziała obok i kołysała go, dając równocześnie piersi siostrze mlecznej Erosa, Bajce. Rozpostarła na kołysce swoją pstrą chustkę, by blask jasno płonącej lampy, przy której pracował Pisarz227, nie niepokoił dziecka. Pisarz pracował bez wytchnienia, obracał się tylko czasem ku dzieciom i wykrzywiał się brzydko mamce228. Ale ona uśmiechała się tylko dobrodusznie w odpowiedzi i milczała.

Ojciec dzieci229 wchodził i wychodził ciągle, rzucając na nie za każdym razem spojrzenie i uprzejmie pozdrawiając Ginnistan. Ustawicznie coś mówił Pisarzowi. Pisarz słuchał go uważnie, a zapisawszy kartę, podawał ją pięknej, dostojnej kobiecie opartej o ołtarz, na którym stała czara z czystą wodą230. Przeglądała się ona z uśmiechem w przezroczystej wodzie i każdą podaną przez Pisarza kartkę w niej zanurzała. Jeśli spostrzegła, wyjąwszy, że pozostało na niej kilka słów i że stały się one połyskujące, oddawała kartkę Pisarzowi, a ten wprawiał ją do wielkiej księgi. Nieraz objawiał Pisarz swe niezadowolenie, gdy trud jego okazał się daremny. Kobieta chwilami zwracała się ku mamce i dzieciom, zanurzała palce w wodzie i pryskała na nie, a krople, gdy tylko dotknęły kołyski, zamieniały się natychmiast w błękitną parę. Wśród obłoczków ukazywały się wtedy różne obrazy, poruszały się i unosiły ponad dziećmi. Gdy który z nich dotknął Pisarza, spadał w tej chwili na ziemię w postaci kilku cyfr, lub figur geometrycznych, a uszczęśliwiony Pisarz nawlekał je zaraz na nitkę i zawieszał sobie na szyi jako ozdobę. Często wchodziła też matka chłopca231. Była tak piękna, jak samo piękno232. Wydawała się ciągle zajęta i ustawicznie też wynosiła różne sprzęty domowe. Ilekroć to dostrzegł podejrzliwy i rzucający dokoła oczyma Pisarz, rozpoczynał zaraz długie oskarżenie, ale nikt na nie uwagi nie zwracał. Wydawało się, że wszyscy przywykli już do jego bezpożytecznego233 oporu. Matka na chwilę pokarmiła też piersią małą Bajkę, ale zaraz ją odwoływano, a Ginnistan odbierała dziecko, które, jak się wydawało, wolało jej pokarm.

Naraz ojciec przyniósł cienką, żelazną sztabkę znalezioną na polu. Pisarz obejrzał ją na wszystkie strony i wnet wybadał, że zawieszona pośrodku swej długości na nitce zwraca się jednym końcem zawsze ku północy. Ginnistan wzięła ją także do ręki, zgięła, pocisnęła, chuchnęła na nią i nadała jej niebawem kształt węża, który się gryzie w ogon. Pisarzowi wnet sprzykrzyło się przypatrywać, siadł więc i opisał wszystko szczegółowo. Rozpisał się ogromnie o pożytku, który przynieść może ten wynalazek, gdy jednak podał zapisany papier kobiecie, a ta go zanurzyła w czarze, okazało się, po wyjęciu z wody, że nie zostało na nim ani litery.

Mamka nie wypuszczała sztabki z ręki. Przypadkiem dotknęła nią kołyski. Chłopiec obudził się, odsunął chustkę, przysłonił jedną ręką oczy od światła, a drugą sięgnął po węża żelaznego. Gdy go dostał, zerwał się tak szybko i wyskoczył z kołyski, że Ginnistan się przeraziła, a Pisarz od zdziwienia mało nie spadł ze stołka. Stanął pośrodku izby, a włosy długie, złote okryły go królewskim płaszczem. Stał i spoglądał z niewysłowioną radością na trzymanego w ręku czarodziejskiego węża, który rozwinął się i zwrócił jednym końcem ku północy. Równocześnie, widocznie pod wpływem tajemniczym żelaza, Eros począł róść234 w oczach.

„Zofio — rzekł głosem głębokim do kobiety — daj mi się napić z czary”. Podała mu ją bez wahania. Pił i pił bez końca, a w czarze wody nie ubywało wcale. Wreszcie oddał naczynie i objął kobietę ramionami, dziękując za napój. Popieścił także Ginnistan235, poprosił o pstrą chustkę, a dostawszy ją, osłonił sobie biodra. Wziął potem Bajkę na ręce. Tuliła się doń i poczęła szczebiotać. Ginnistan krzątała się koło obojga. Wyglądała ponętnie, naraz przytuliła się do Erosa miłośnie i poczęła go tajemnymi słowami wabić, by poszedł z nią do komory, ale Zofia skinęła surowo ręką i wskazała węża. Weszła teraz matka, a Eros podbiegł ku niej i powitał gorącymi łzami. Pisarz pogniewał się, rzucił pióro i wyszedł, a równocześnie wszedł ojciec. Ujrzawszy matkę w cichej rozmowie236 z synem, poza ich plecami zbliżył się do pięknej Ginnistan i począł ją pieścić237, a Bajka wzięła pióro Pisarza i coś pisała. Matka i syn zatopili się całkiem w rozmowie, co widząc, ojciec wymknął się wraz z Ginnistan do komory, by w jej objęciach zapomnieć o trudach dziennych. Pisarz238 powrócił, ojciec po chwili także wyszedł z komory i poszedł pracować dalej, zostawiając Ginnistan u progu. Policzki jej płonęły. Pisarz odpędził od stolika Bajkę, klął i ze złością porządkował swe papiery. Podał Zofii zapisane przez Bajkę kartki, by mu je zwróciła oczyszczone z pisma, ale ku wielkiemu zdziwieniu i złości ujrzał, że wyszły one z czary nietknięte i cudnie połyskujące. Bajka przytuliła się do swej matki. Wzięła ją ona na ręce239 i poczęła sprzątać izbę, otwierać okna, przewietrzać oraz czynić przygotowania do wieczerzy. Przez okna widać było prześliczną okolicę i rozpięte nad nią pogodne niebo. Na polu pracował ojciec gorliwie. Gdy się znużył, podnosił oczy do góry, ku oknu, w którym stała Ginnistan i rzucała mu różne łakocie. Matka i syn wyszli, by mu pomagać i przygotować wszystko do wykonania powziętego zamysłu. Pisarz siedział i pisał. Wykrzywiał się brzydko, ilekroć zmuszony był o coś zapytać Ginnistan, która miała doskonałą pamięć i wszystko wiedziała, co się tylko wydarzyło. Eros wnet powrócił w pięknej zbroi. Przepasany był niby szarfą pstrą chustką mamki. Zapytał Zofii o radę240, kiedy ma rozpocząć podróż i w które się udać strony.

Pisarz począł głośno mówić241 i chciał zaraz ułożyć szczegółowy plan, ale jego radami nikt sobie nie chciał zaprzątać głowy. „Możesz wyjechać zaraz — rzekła Zofia — Ginnistan pojedzie z tobą, zna drogi i wszędzie da sobie radę. Przyjmie na się postać twej matki, by cię nie przywodzić na pokuszenie. Gdy odnajdziesz króla, wspomnij o mnie, a pośpieszę ci z pomocą”.

Ginnistan zamieniła postać z matką, z czego, jak się zdawało, ojciec bardzo był zadowolony. Z odjazdu obojga cieszył się nadzwyczajnie Pisarz, zwłaszcza że mu Ginnistan zostawiła swoją chustkę do nosa242, na której szczegółowo opisana była historia całej rodziny. Jedno go tylko złościło, to że Bajka zostaje w domu. Ze względu na swój spokój i zadowolenie rad by był bardzo, gdyby Bajka także pojechała i to na czas jak najdłuższy. Zofia pobłogosławiła odjeżdżających, którzy przed nią przyklękli i dała im naczynie z wodą zaczerpniętą z czary. Matka martwiła się bardzo odjazdem syna. Bajka miała też ochotę jechać i smuciła się, natomiast ojciec zbyt był zajęty poza domem, by miał brać w tym, co zaszło, żywszy udział.

Już noc była, gdy odjeżdżali, a księżyc świecił na niebie.

„Drogi Erosie — rzekła Ginnistan — musimy się spieszyć, by dostać się do mego ojca243. Nie widział mnie już dawno i stęsknił się bardzo. Szuka mnie po całej ziemi od wielu lat. Patrz, jaka jego twarz chuda i blada ze zmartwienia. Musisz zaświadczyć, żem jest Ginnistan, gdyż nie poznałby mnie w tej obcej postaci”.

Szła Miłość, kędy gwiazdek rój,

Ujrzał ją księżyc z chmur...

Wziął piękny, ku jej cześci strój

Królewski cieniów dwór.

Jej szatę świetlną z lekkiej mgły

Przewiała kwiatów woń...

I z Wyobraźnią obie szły

Przez czarną nieba toń.

A jej aż gdzieś na serca dno

Nieznany spłynął czar...

I śniła, że obejmie ją

Miłośnych splotów żar.

Tęsknota nie wiedziała nic,

Że Miłość blisko już...

Bladość nie zeszła z cudnych lic,

Nietknięta stała kruż.

Lecz nie odmienił serca wąż,

W północny patrzył świat...

Wiódł wędrowników, kędy wciąż

Na niebie mleczny ślad.

Przebrnęła Miłość państwo chmur,

Dziwaczne kraje snu...

I przyszła na księżyca dwór,

Przywodząc córkę mu.

Troska zbieliła jego włos,

Rył w twarzy zmarszczki ból...

Wtem poznał swego dziecka głos

I załkał stary król.

Eros patrzył wzruszony na powitanie. W końcu zapanował nad sobą starzec i powitał gościa. Chwycił swój wielki róg i zadął weń. Grzmiący dźwięk wstrząsnął prastarym grodyszczem244. Kończyste wieżyce245 uwieńczone połyskliwymi gałkami i spuściste246, czarne dachy zadrżały. Ze247 wszech stron nadbiegła służba. Dziwne ich postacie i stroje spodobały się Ginnistan, nie zatrwożyły też dzielnego Erosa. Ginnistan witała się ze starymi znajomymi. Ujrzała wszystkich w rozkwicie sił i przecudnej pełni różnomiennych natur248. Dziki duch przypływu ustąpił łagodnej odpływu mocy. Stare, zdyszane huragany złożyły drgającą pierś na ziemię, targaną namiętnymi wstrząśnieniami. Dżdże rzęsiste opadły, a poza nimi wytoczył się na niebo różnobarwny łuk. Wisiał blady, daleki, bo słońce go ciągnie ku sobie nieprzepartą mocą. Grzmot gromki łajał błyskawice, psotnice skryte za nieprzeliczonymi chmurami, co tysiącem ponęt wabią do się ognistych młodzieńców. Siostry, ranek i wieczór, cieszyły się najbardziej z przybycia gości. Płakały słodkie łzy wesela, pieszcząc ich. Opisać się nie da uroku tego dziwnego dworu. Stary król nie mógł się dosyć nacieszyć córką. Ona też czuła się nieskończenie szczęśliwa w grodyszczu ojcowskim i z rozmiłowaniem oglądała bez końca znane sobie z dawna cuda i rzadkie zbiory. Radość jej doszła do zenitu, gdy jej ojciec wręczył klucz od skarbca i upoważnił urządzić tam dla Erosa wspaniałe widowisko, które by go zajęło aż do chwili, kiedy dany będzie sygnał odjazdu.

Skarbiec był to wielki ogród, a przepych jego i różnorodne bogactwa przewyższały wszelki opis. Pośród olbrzymich drzew przebłyskiwały niezliczone pałace napowietrzne dziwnej konstrukcji, a jeden był piękniejszy od drugiego. Wielkie trzody jagniąt o runie srebrnobiałym, złotym i różowym pasły się, różne zaś inne zwierzęta zamieszkiwały gaje. Dziwne posągi stały tu i ówdzie, a uroczyste pochody249 i pojazdy przepiękne, ukazujące się i znikające wśród gęstwy drzew, więziły uwagę widza. Na grzędach rosły cudne kwiaty, w jałowcach250 zaś mnóstwo było różnorakiej broni, pięknych dywanów, obić, firanek, pucharów, naczyń i przyborów kosztownych. Na wzgórzu Ginnistan i Eros ujrzeli romantyczny kraj, zasiany miastami i grodyszczami, świątyniami i cmentarzyskami. Łączył on powaby zamieszkałych równi z ponurą wspaniałością pustyni i urwistych skalisk grozą.

Przepyszne barwy spływały się i rozpływały w niepojętej piękności półtonach. Iglice wierchów połyskiwały jak ogień bielą swych szat śnieżnych, równie251 i ubocze zaścielała zieleń soczysta. Dal jawiła się w cudnej, szafirowej, ciągle zmieniającej się szacie, a na ciemni morza leżały liczne plamy białych żagli. Na drugim planie, w głębi, tonął okręt, bliżej wieśniacy spożywali w pokoju dary ziemi, tam cudnym i strasznym ział ogniem wulkan i ziemia wstrząsana siłami wnętrznymi drżała i pękała, tu para zakochanych, siedząc pod drzewem, oddawała się słodkiej rozmowie i pieszczotom. W dali wrzała krwawa bitwa, a bliżej patrzących widniał teatr pełen śmiesznych masek. W innej stronie widziałeś zmarłą dziewicę w otwartej trumnie, a obok zrozpaczonego kochanka i rodziców, w głębi zaś młodą matkę z dziecięciem przy piersi, u nóg jej aniołka. Inne aniołki ponad jej głową spoglądały poprzez gałęzie drzewa.

Sceny zmieniały się bezustannie i wreszcie spłynęły się w jedno, tajemnicze, ogromne widowisko. Niebo i ziemia się rozpętały. Wszystkie straszydła zerwały się z uwięzi. Ogromny głos jakiś wołał: „Do broni!”. Wielkie wojsko szkieletów z czarnymi sztandarami jako burza spadło z gór ciemnych i rzuciło się na żywych, którzy nie przeczuwając napaści, pląsali po jasnych równiach, święcąc dni młodości i wesela. Porwał się huragan ogromny, ziemia drżała, ryczał wicher, a w ciemni nocnej poczęły padać wielkie, czerwono świecące meteory. Z okrutną mocą wojsko duchów rozdarło żywych na strzępy. Stos ogromny się wzniósł szybko i pośród ogłuszającego wrzasku skazanych płomienie pożarły synów życia. Nagle z ciemnego kopca popiołów wytrysnęła szafirowo-mleczna kaskada, na wszystkie strony siejąc kroplami. Duchy rzuciły się do ucieczki, ale fala wzbierała w oczach i pochłonęła wreszcie czarne potomstwo nocy. Niebawem wyginęły straszydła, a niebo i ziemia spłynęły jedno w drugie dźwiękami cudnej muzyki. Na łagodne, rozkołysane fale spłynął cudny kwiat. Łuk połyskliwy zawisł nad polami, a na jego mieniącej łusce zamajaczyły postacie bogów siedzące na tronach wspaniałych. Zofia siedziała najwyżej, pośrodku, z wagą w ręku, a obok niej cudnej urody mężczyzna z wiankiem dębowym na skroni i palmą pokoju miast252 berła w ręku.

Lilia pochyliła się nad kielich pływającego na falach kwiatu. Wśród białych lilii płatków siedziała Bajka, uderzała w struny harfy i śpiewała przesłodkie pieśni. W kołysanym falą kwiecie, pochylony nad śpiącą dzieweczką cudnej urody, widniał sam Eros. Dziewczynka objęła go rękami. Inny kwiat przychylił się do nich, objął splecionych uściskiem, tak iż zdawali się jakoby jednym kwiatem o dwu twarzach.

Eros podziękował Ginnistan za przecudne widowisko. Objął ją ramieniem. Odwzajemniła pieszczotę. Znużony daleką drogą i różnymi wrażeniami zapragnął Eros spoczynku. Ginnistan, poczuwszy skłonność do pięknego młodzieńca, wystrzegała się wspominku o napoju, który im Zofia dała na drogę. Zaprowadziła Erosa do oddalonej rzeczułki, zdjęła zeń zbroję, a sama ubrała się w strój nocny, w którym ponętnie i pięknie wyglądała. Eros zanurzył się w niebezpiecznej fali i wyszedł z jej nurtów upojony. Ginnistan obtarła jego młodzieńcze członki pełne siły i życia. Przyszła mu na myśl jego ukochana, uczuł wielką za nią tęsknotę i... w słodkiej ułudzie objął piękną Ginnistan w ramiona253. Bez skrupułów dał się unieść namiętności i zasnął w końcu, po spełnieniu kielicha rozkoszy, na cudnych piersiach swej towarzyszki.

Tymczasem w domu zaszły smutne zmiany.

Pisarz uwikłał służbę w niebezpieczny spisek. Wrogi jego umysł z dawna szukał sposobności opanowania rządów domu i zrzucenia swego jarzma. Sposobność się teraz znalazła. Zwolennicy Pisarza pochwycili przede wszystkim matkę i zakuli ją w kajdany. Również i ojca osadzono w ciemnicy na chlebie i wodzie254. Mała Bajka, posłyszawszy zgiełk w pokoju, ukryła się poza ołtarzem, a spostrzegłszy w jego tylnej ścianie drzwi, otwarła je i dojrzała schody prowadzące w głąb. Zamknęła drzwi za sobą i poczęła zstępować na dół. W tej chwili do pokoju wpadł Pisarz z zamiarem pomszczenia się na Bajce i pochwycenia Zofii. Ale nie znalazł ni jednej, ni drugiej, brakło też czary. Rozwścieklony potrzaskał w kawałki ołtarz, nie spostrzegłszy jednak tajnych schodów.

Bajka szła czas długi. Wreszcie wydostała się na wolną przestrzeń. Był to rodzaj groty otoczonej dokoła przepiękną kolumnadą. W tylnej ścianie znajdowała się wielka brama. Była zamknięta. W grocie panował mrok — ale mimo to wyraźnie rysowały się w niej liczne posągi. Powietrze było tam niby olbrzymi cień, na stropie widniała czarna, a jednak połyskująca gwiazda i mimo ciemności wszystkie szczegóły występowały wyraźnie, gdyż wszystko, każda figura była pomalowana innym odcieniem koloru czarnego, a przy tym rzucała poza siebie jasny cień. Jaśń255 i ciemność zamieniły tutaj wzajem widocznie role. Bajka ucieszyła się, że widzi inny, nowy świat i oglądała wszystko z dziecięcą ciekawością. Wreszcie podeszła ku bramie, przed którą na ciężkim, kutym postumencie leżał piękny sfinks.

„Czego szukasz?” — spytał. „Mojej własności” — odparła Bajka. „Skąd przybywasz?” — „Ze starych, minionych dni”. — „Jeszcześ jest dzieckiem!” — „Pozostanę dzieckiem na wieczność”. — „Któż ci użyczy pomocy?” — „Sama sobie wystarczę. Ale powiedz mi — spytała — gdzie się podziały siostry?” — „Są wszędy i nigdzie ich nie ma” — odparł. „Czy mnie znasz?” — „Dotąd nie”. — „Gdzie jest miłość?” — „W fantazji”. — „A Zofia?”. Sfinks zamruczał coś niewyraźnie i zaszeleścił skrzydłami. „Zofia i Miłość!” — wykrzyknęła tryumfalnie Bajka i minęła bramę. Weszła do olbrzymiej groty i wesoło zbliżyła się do starych sióstr256, które przy nikłym cieniu palącej się czarno lampy oddawały się swej dziwnej, tajemniczej pracy. Nie zwróciły niby uwagi na wejście małego gościa, który krzątał się dokoła nich wdzięcznymi pląsy. Wreszcie zaskrzeczała jedna, wykrzywiając złośliwie twarz: „Czegóż tutaj szukasz próżniaczko jedna? Kto cię tu wpuścił? Skoki twe kołyszą cichym płomieniem lampy. Olej pali się daremnie. Czy nie możesz usiąść spokojnie i zająć się czym?”. „Piękna kuzynko — odparła Bajka — nie zależy mi na próżnowaniu. Ależ to uśmiałam się z waszego odźwiernego. Byłby mnie chętnie przytulił do piersi, ale podnieść się nie mógł, pewnie za dużo zjadł dzisiaj. Dobrze, siądę przed drzwiami i zajmę się robotą, dajcie mi tylko trochę osnowy. Wyjdę przed drzwi, bo mi tu ciemno, a przy tym gdy przędę, lubię śpiewać i mówić, to by zaś mogło wam przeszkadzać w poważnych rozmyślaniach.

„Nie wychodź przede drzwi, ale udaj się do sąsiedniej izby. Wpada tam pęk promieni ze świata nadziemnego poprzez szczeliny skał. Siądź tam i przędź, jeśli potrafisz, oto ogromna kupa257 starych urywków258, skręć je razem, ale strzeż się niedbalstwa, bo jeśli nitka się zerwie, to wszystkie urywki wstaną, zwiją się259 wkoło siebie i zaduszą”.

Stara roześmiała się złośliwie i poczęła prząść dalej. Bajka chwyciła naręcz osnowy260, przęślicę261 i wrzeciono i pobiegła ze śpiewką na ustach do drugiej izby. Spojrzała w górę przez szczelinę skalną i dojrzała konstelację Feniksa na niebie. Uradowana szczęsnym znakiem, poczęła wesoło prząść. Uchyliła nieco drzwi od izby i przędząc262 śpiewała:

Wstawajcie jeno żywo

Zamierzchłych czasów dzieci!

Zabrałam wam przędziwo,

A słonko wnet zaświeci.

Splątałam wam osnowę

W jedyną, piękną nić,

Nastają czasy nowe...

W jedności trzeba żyć.

Wszechświata niezmiernego

Z nas każdy nikły atom,

A serce znów każdego

Mieszkaniem wszystkim światom.

Lecz jeszcze nie wyrzekła

Wyroku boska moc...

Zstępując na dno piekła,

Gdzie strach i grób, i noc.

Wrzeciono kręciło się z niesłychaną szybkością, palce wiły długą, cienką nić, a na odgłos pieśni pojawiły się niezliczone światełka. Przez uchylone drzwi przeciskały się one i rozbiegały się po ciemnej jaskini, gdzie pracowały wiedźmy. Stare przez ten cały czas przędły w milczeniu i czekały na okrzyk rozpaczy duszonej Bajki. Jakże się jednak przeraziły, gdy nagle poza ich plecami ukazał się straszliwej długości nos. Obejrzały się i ujrzały, że jaskinię napełniły najokropniejsze postacie dokazujące co niemiara. Zerwały się z ław, przytuliły do siebie wzajem i zaskowyczały przeraźliwie. Byłyby niezawodnie skamieniały ze strachu, gdyby nie to, że właśnie do jaskini wszedł Pisarz, który miał przy sobie korzeń wilczej jagody. Światełka pouciekały w szczeliny skalne, a jaskinia rozbłysła światłem, bo w zamęcie przewróciła się czarna lampa i zagasła. Stare poweselały, usłyszawszy kroki Pisarza, zawrzały natomiast wielką złością na Bajkę. Zawołały ją, pochrapały nad nią straszliwie i zakazały prząść. Pisarz uśmiechnął się ironicznie, bo był pewny, że ma w swym ręku Bajkę i rzekł: „Dobrze, że tu jesteś i że można cię zaprząc do roboty. Myślę, że bicia będzie dosyć263. Twój dobry duch cię tutaj przywiódł. Życzę ci długiego życia i wielu przyjemności”.

„Dziękuję ci za twe dobre chęci — odparła Bajka — widzę po twej powierzchowności, że ci się teraz dobrze powodzi, brak ci już tylko klepsydry i kosy, a byłbyś całkiem podobny do brata tych oto szanownych kuzynek moich. Jeśli chcesz pierza gęsiego, to wydrzej264 im tylko z policzków parę garści miękkiego puchu”.

Pisarz miał minę, jakby się chciał rzucić na Bajkę. Uśmiechnęła się i rzekła:

„Jeśli ci miła twa bujna fryzura i głębokie, myślące oczy, to strzeż się. Wspomnij na265 moje paznokcie. Nie masz tak wiele do stracenia”.

Odwrócił się od niej z tajoną złością ku wiedźmom, które sobie przecierały oczy i omackiem szukały wrzecion266. Nie mogły ich znaleźć, bo lampa zagasła. Klęły Bajkę, co wlazło. „Każcie jej iść — rzekł Pisarz zjadliwie — niech wam nałapie tarantul dla przyrządzenia oleju do waszej lampy. Dla pocieszenia donoszę wam, że Eros bez wytchnienia się uwija i nożycom waszym nie zbraknie roboty. Matka jego, która was niejednokrotnie zmuszała prząść dłuższe niż zazwyczaj nici, jutro stanie się pastwą267 płomieni”.

Połaskotał się po gardle, by wywołać śmiech na widok Bajki268, której na tę wieść łzy trysły z oczu, dał kawałek korzenia wiedźmom i oddalił się, krzywiąc się brzydko. Siostry groźnymi głosami nakazały Bajce iść szukać tarantul, chociaż miały w zapasie olej. Bajka pobiegła szybko, udała, że otwiera bramę, trzasnęła nią i cicho przemknęła w głąb jaskini. Znalazła tam drabinę opartą o ścianę. Szybko wbiegła po szczeblach i znalazła się przed drzwiami prowadzącymi do mieszkania Arktura.

Król właśnie siedział w otoczeniu doradców, gdy Bajka się pojawiła. Na jego głowie połyskiwała korona Północy. W lewej ręce trzymał lilię, w prawej wagę — u nóg jego siedział lew i orzeł.

„Monarcho — rzekła Bajka, pochylając się przed królem — pokłon składam przed twym potężnym tronem! Zranionemu sercu twemu niosę wieść pomyślną! Wnet powróci Mądrość i wieczny zawita pokój. Spocznie wieczyście tęskniąca Miłość, a Serce zapanuje w chwale. Niosą życie przeszłości zamierzchłej i kształt rzeczom przyszłym!”.

Król dotknął lilią jej jasnego czoła i rzekł:

„Niech się spełni, o co prosisz!”.

„Trzykroć prosić będę; gdy zjawię się po raz czwarty, Miłość będzie u bram. Teraz daj mi lutnię269”.

„Eridanie270, przynieś lutnię!” — zawołał król.

Z szumem spadł potok perlisty ze stropu, a Bajka wyjęła narzędzie muzyczne271 z jego połyskliwych fal.

Uderzyła kilka proroczych akordów, a król kazał jej podać puchar. Skosztowała napoju i podziękowawszy stokrotnie, pobiegła dalej.

Przecudnym jaskółczym kręgiem frunęła nad niebo polarne272, przygrywając w locie.

Gdy poczęła stąpać po lodzie, rozbrzmiewał on pięknymi akordami. Skała smutku na dźwięk ten pomyślała, że słyszy głosy swych powracających i szukających jej dzieci. Odgrzmiała przeto tysiąckrotnym echem.

Bajka wnet dosięgła brzegu przeciwległego. Szła chwilę, aż spotkała swą matkę. Była blada, wynędzniała, smukła i poważna. Na szlachetnej jej twarzy widniały ślady beznadziejnego smutku i wzruszającej wierności.

„Cóż się to działo z tobą matko droga? — spytała Bajka. — Jesteś całkiem zmieniona, gdyby nie wewnętrzne przeczucie zgoła bym cię nie była poznała. Stęskniłam się za tobą, pragnęłam nieraz orzeźwić się twym pokarmem”.

Ginnistan przytuliła córkę do piersi i poweselała zaraz.

„Myślałam sobie — rzekła — że cię Pisarz pochwycić nie zdołał. Widok twój mnie orzeźwia. Źle mi się powodziło i jest jeszcze nieszczególnie, ale wnet się z tego otrząsnę. Może teraz znajdę chwilę spoczynku. Eros jest tu w pobliżu, gdy cię zobaczy i wda się z tobą w rozmowę, może zabawi tu czas jakiś. Tymczasem chodź, przysuń się do mej piersi, dam ci co mam”.

Wzięła Bajkę na kolana, podała jej pierś i spoglądając na małą, co ssała z rozkoszą, ciągnęła dalej:

„Sama jestem winna, że Eros stał się tak dziki i niestały. Nie żal mi jednak tego, com zrobiła, gdyż chwile spędzone w jego objęciach uczyniły mnie nieśmiertelną. Myślałam, że rozpłynę się w jego ognistych uściskach. Wydawało mi się, że ten niebiański napastnik chce mnie okrutnie zniszczyć, by dumnie zatryumfować nad drgającymi zwłokami swej ofiary. Zbudziliśmy się późno z upojenia grzesznego, w jakże jednak odmiennym stanie. Długie, srebrzystobiałe skrzydła spływały z jego ramion, osłaniając giętkie i pięknie zaokrąglone członki. Wydawało się, że siła, która go nagle z młodzieńca uczyniła mężem, cofnęła się niby fala i skryła w owych skrzydłach srebrnych... stał się na powrót chłopcem. Cichy i skupiony w sobie żar jego spojrzenia rozprysł się w migot błędnych ogników na łące, święta powaga zmieniła się w szydercze drwinki, a spokój w ruchliwość dziecięcą. Czułam, że namiętność nieprzezwyciężona pcha mnie ku kapryśnemu chłopcu i jego pogardliwy uśmiech i obojętność na najczulsze prośby zadawały mi ból straszny. Zmieniłam się też bardzo. Beztroska wesołość ustąpiła miejsca smutkowi, trosce i tkliwej nieśmiałości. Rada bym była ukryć się wraz z Erosem przed oczyma wszystkich. Nie miałam odwagi spojrzeć w jego oczy, gdzie się czaił obrażający mnie uśmiech szyderczy i czułam się strasznie zawstydzona i poniżona. Wciąż tylko o nim myślałam i byłabym oddała życie, by go wyleczyć z przywar dziwnych273.

Od czasu, gdy mi się w całej swej słodkiej potędze objawił i odleciał, mimo łez gorących i zaklęć, by został ze mną, idę wszędy jego śladem. Zdaje mi się, że uwziął się drażnić mnie. Ilekroć go pochwycę, ulatuje dalej podstępnie. Łuk jego szerzy wokół spustoszenie. Nic nie robię więcej prócz tego, że pocieszam nieszczęśliwych z jego winy, sama tak bardzo potrzebując pociechy. Głosy tych biedaków, wzywające mnie, wskazują mi drogę, kędy przeszedł, a bolesne skargi, gdy ich opuszczam, przeszywają mi serce. Pisarz ściga nas z nieopisaną zaciętością i mści się nad zranionymi. Z tej czarownej, tajemniczej nocy urodziło się mnóstwo dziwnych dzieci. Podobne są one do dziadka i noszą wszystkie jego imię. Uskrzydlone jak ojciec towarzyszą mu wszędzie i dręczą biedaków trafionych jego strzałą. Patrz, oto tam nadciąga wesoły orszak. Muszę odejść, bądź zdrowa, drogie dziecko, gdy on jest w pobliżu, budzi się moja namiętność. Bądź wytrwała i szczęsna w twym przedsięwzięciu”.

Eros chciał odlecieć dalej, nie obdarowawszy ani jednym spojrzeniem Ginnistan, która ku niemu podbiegła, ale ujrzał Bajkę. Zwrócił się tedy do niej z życzliwością. Jego mali towarzysze poczęli dokoła tańczyć wesoło. Bajka uradowana, że widzi brata mlecznego, pochwyciła lutnię i śpiewała wesołą pieśń. Eros zamyślił się, po chwili odłożył łuk i strzały. Jego mali towarzysze zasnęli na murawie. Ginnistan nadbiegła i pochwyciła go. Musiał przyjąć jej pieszczoty. W końcu sen począł go też morzyć, przytulił się do jej łona i zasnął, zakrywszy Ginnistan rozpostartymi skrzydłami. Znużona biedaczka uczuła się niezmiernie szczęśliwa i nie odwracała oczu od zaśnionego274. Równocześnie wszędzie pojawiły się tarantule. Pokryły trawę połyskliwą, cudną siatką i poczęły się kołysać w takt pieśni na swych nitkach.

Bajka dodała otuchy matce i obiecała jej rychłą pomoc. Skały odbijały echo słodkiej pieśni, co kołysała śpiącego. Ginnistan wydobyła starannie dotąd ukrywane naczynie, rzuciła w powietrze kilka kropel płynu i najcudowniejsze sny spadły na oboje. Bajka zabrała z sobą czarę i udała się w dalszą podróż. Lutnia jej nie umilkła, a tarantule, pełzając po szybko snutych niciach, poszły za nią.

Ujrzała niedługo jasny płomień, co bił wysoko z olbrzymiego stosu wznoszącego się ponad szczyty drzew lasu. Zasmucona podniosła wzrok ku niebu, ale w tej chwili zjawił się jej na pociechę błękitny welon Zofii wysoko nad ziemią rozpostarty, falujący z powiewem wiatru. Kładł się nad przepaściami, by je zakryć na wieki. Słońce rozpłomienione gniewem stało na niebie, potężny płomień wysysał zeń skradzione światło, promień po promieniu i choć, jak się wydawało, broniło się dzielnie, bladło coraz bardziej i okrywać się poczęło plamami ciemnymi. Płomień stawał się coraz bielszy i potężniejszy, w miarę jak gasło słońce. Wsysał w siebie światło coraz chciwiej i wnet gloria otaczająca gwiazdę dnia znikła. Słońce wisiało teraz spełzłe, słabo połyskując, a z każdą uciekającą falą promieni wzbierała w nim wściekłość i zawiść. W końcu został zeń tylko czarny, przepalony żużel, który niebawem spadł i zatonął w morzu.

Płomień natomiast jaśniał ponad wyraz wszelki. Wzniósł się z wolna w górę i popłynął na północ.

Bajka weszła na podwórze domu. Jakże pusto tu było... jakże strasznie wyglądały ruiny. Ciernie rosły w szczelinach gzymsów okien, a robactwo wszelakiego gatunku roiło się na zbutwiałych schodach. Nagle posłyszała w pokoju straszny zgiełk. Pisarz i jego sprzymierzeńcy nasycali się widokiem śmierci na stosie, jakiej ofiarą padła matka, wtem spostrzegli275, że słońce zagasło.

Daremne czynili wysiłki, by zagasić płomień i sami przy tym ponieśli276 rany. Z bólu i strachu miotali straszne przekleństwa i skargi żałośliwe. Przerazili się jeszcze bardziej, spostrzegłszy wchodzącą do pokoju Bajkę i rzucili się z wielkim wrzaskiem, by wreszcie na niej wyładować swą wściekłość. Bajka skryła się za kołyskę, a prześladowcy umotali277 się w pajęczynę tarantul, które obsypały ich tysiącem jadowitych ukąszeń. Poczęli szalenie wić się i tańczyć, a Bajka przygrywała im wesołą piosneczkę. Naśmiawszy się do syta z ich śmiesznych min i podrygów, poszła ku ołtarzowi i uprzątnęła jego szczątki, by znaleźć ukryte schody. Znalazłszy poczęła zstępować w dół, a tarantule szły za nią. Gdy przyszła do pierwszej groty, sfinks spytał: „Co biegnie szybciej jak błyskawica?” — „Zemsta” — odparła Bajka. „Co najszybciej mija?” — „Nieprawe posiadanie”. „Kto poznał świat?” — „Ten, który poznał samego siebie”. — „Co jest wieczystą tajemnicą?” — „Miłość”. — „Gdzie mieszka?” — „U Zofii”.

Sfinks skrzywił się z niezadowoleniem... a Bajka bramę otwarła i weszła do jaskini sióstr.

„Oto macie tarantule!” — zawołała do sióstr, które tymczasem zapaliły swą lampę i dalej pilnie pracowały. Przeraziły się bardzo, a jedna z nich porwała nożyce i poskoczyła ku Bajce, by ją przebić. Przypadkiem jednak nastąpiła na tarantulę, która ją natychmiast w nogę ugryzła. Krzyknęła przeraźliwie. Inne wiedźmy pośpieszyć jej chciały z pomocą, ale także padły ofiarą rozwścieklonych278 owadów. Nie mogły złapać Bajki i skakały, dziko pokrzykując.

„Tkaj nam natychmiast — wołały do małej — lekkie suknie do tańca. Nie możemy się ruszać w tych sztywnych spódnicach i giniemy z gorąca. Ale musisz zwilżyć nić śliną pajęczą, bo inaczej się urwie, i tkając, wrobić w materię kwiaty, które rosły w ogniu, śpiesz się, gdyż inaczej zginiesz”.

„Dostarczę wam trzech tęgich much — rzekła Bajka do pająków-krzyżaków, które wesoło tkały swe siatki u stropu i po ścianach jaskini — ale musicie mi zaraz utkać trzy piękne, lekkie sukienki. Kwiatów, które wrobić trzeba, dostarczę wam w tej chwili”. Pobiegła ku drabinie i dostała się do Arktura.

„Monarcho — rzekła — źli tańczą, dobrzy spoczywają. Czy płomień już przybył?”.

„Już przybył — odparł król — noc przeminęła, lody topnieją. Małżonka moja ukazuje się w dali, nieprzyjaciółka moja zginęła. Wszystko poczyna żyć na nowo. Jeszcze na widownię świata wystąpić mi nie wolno, gdyż jedynym nie jestem królem. Proś o co chcesz”.

„Potrzeba mi — rzekła Bajka — kwiatów wyrastających z ognia. Wiem, masz zdolnego ogrodnika, co umie je hodować”.

„Cynku! — zawołał król — daj nam kwiatów!”.

Ogrodnik wystąpił z szeregu, przyniósł garnek z ogniem i posiał weń błyszczący pył. Niedługo wystrzeliły kwiaty. Bajka pozbierała je do fartuszka i powróciła do jaskini. Pająki przez ten czas pracowały pilnie, suknie były prawie gotowe, należało tylko wrobić w nie kwiaty. Bajka dokonała tego z wielką zręcznością i bardzo prędko. Nie oderwała jednak nitek, których końce tkwiły jeszcze w pająkach.

Zaniosła suknie utrudzonym tancerkom. Zastała je skąpane w pocie, leżące na ziemi, gdzie spoczywały po niezwykłym utrudzeniu. Bardzo zręcznie rozebrała trzy chude, piękne damy, klnące podczas tej operacji na Bajkę co wlazło279. Suknie leżały wybornie i były bardzo piękne. Bajka podczas ubierania wielbić nie przestawała wdzięków i zalet charakteru swych władczyń, a wiedźmy, słuchając pochlebstw i patrząc na piękne suknie, nie posiadały się z radości. Przyszły tymczasem do siebie i ożywione świeżą ochotą poczęły się wesoło kręcić i pląsać, obiecując Bajce obłudnie długie życie i znaczne wynagrodzenie. Bajka powróciła do izby, gdzie były pająki i powiedziała im:

„Wolno wam teraz zjeść muchy, które wpędziłam w wasze sieci”.

Pająki i tak się już niecierpliwiły, bo wiedźmy, tańcząc, szarpały bez ustanku za nitki łączące suknie z ich ciałem, dostawszy tedy pozwolenie, pobiegły i rzuciły się na trzy siostry. Chciały się one bronić nożycami, ale nożyc nie było. Bajka zabrała je cichaczem. Uległy więc pająkom, tym swym kolegom z zawodu. Pająki dawno nie miały podobnej uczty, wyssały z nich też wszystko, nawet szpiku w kościach nie zostawiając.

Bajka spojrzała przez szczelinę w skale i ujrzała Perseusza280 z wielką żelazną tarczą.

Nożyce same wzbiły się ku tarczy, a Bajka go poprosiła, by nimi obciął skrzydła Erosowi, a potem tarczą swą zechciał uwiecznić siostry i w ten sposób dokończyć wielkiego dzieła.

Potem opuściła królestwo podziemi i uniosła się szczęśliwa do pałacu Arktura.

„Len sprzędziony — rzekła. — Nieżywe pozbawione ponownie duszy. Żywe zapanuje, uformuje nieżywe i będzie go używało. Wnętrzne zjawi się, a zewnętrzne zostanie utajone. Zasłona wnet się podniesie i pocznie widowisko. Jeszcze raz poproszę, potem prząść siądę dni wieczności”.

„O, szczęsne dziecię — rzekł monarcha rozczulony — tyś wybawicielką naszą!”.

„Jestem tylko Zofii córką chrzestną. Pozwól, by Turmalin, ogrodnik i Złoto poszli ze mną. Zebrać muszę popioły mej opiekunki, wstać musi stary filar, by ziemia na nim zawisła, a nie leżała na chaosie”.

Król zawołał wszystkich trzech i rozkazał im towarzyszyć Bajce. W mieście ruch panował wielki, morze rozbijało swe sine fale o wysokie skały, a Bajka przejechała na drugi brzeg ze swymi towarzyszami wozem królewskim. Turmalin zbierał rozsypane wszędy popioły. Objechali ziemię dokoła, przybyli do starego olbrzyma i zeszli po nim do środka ziemi. Zdawał się jakby porażony i nie mógł ni palcem ruszyć. Złoto włożyło mu do ust monetę, ogrodnik wsunął misę pod jego lędźwie, Bajka zaś dotknęła jego oczu i wylała mu płyn z naczynia na czoło. Gdy woda ściekła po oczach do ust i po całym ciele się rozlawszy, spłynęła do misy, wydało się, że błyskawica życia przeniknęła jego członki. Otworzył oczy i porwał się na nogi. Bajka wskoczyła na wznoszącą się ziemię, gdzie byli już towarzysze i pozdrowiła olbrzyma uprzejmie.

„Powróciłaś więc znowu, drogie dziecię? — rzekł — to dobrze, śniłem ciągle o tobie. Myślałem ciągle, że przyjdziesz, zanim za ciężka stanie mi się ziemia i powieki na oczy opadną. Pewnie długo spałem”.

„Ziemia znowu stała się lekka, jaka zawsze była dla dobrych — rzekła Bajka. — Dawne powracają czasy. Niedługo ujrzysz się znowu pośród dobrych znajomych. Będę ci przędła szczęsne dni, a nie zbraknie ci też wyręczyciela, byś od czasu do czasu mógł uczestniczyć w naszych radościach, w objęciach przyjaciółki napoić się świeżą siłą i odmłodnieć”.

„Gdzież to nasze przyjaciółki Hesperydy281?”.

„U boku Zofii. Niezadługo zakwitnie ich ogród i pachnąć poczną złote owoce. Chodzą teraz po ziemi i podnoszą omdlałe z pragnienia rośliny”.

Bajka oddaliła się, pośpieszyła do domu. Całkiem się rozpadł w gruzy. Powój zwieszał się z murów, krzaki wysokie słały cień po dawnym podwórzu, a mech miękki zaścielał schody. Weszła do pokoju. Zofia stała u ołtarza odbudowanego świeżo, a u nóg jej leżał Eros. Miał zbroję na sobie, a wyglądał dużo poważniej i szlachetniej jak282 dawniej. Ze stropu zwieszał się wspaniały, wieloramienny świecznik, a podłogę wyścielały różnokolorowe kamienie. Wokoło ołtarza mozaika biegła kręgiem, a na jego obwodzie widniały tajemnicze, pełne piękności znaki. Ginnistan, pochylona nad łożem, na którym leżał ojciec i, o ile się zdawało, spał, płakała rzewnie. Kwitnąca pięknością jak dawniej, pociągała teraz jeszcze urokiem rozmodlenia jakiegoś i rozmarzenia miłosnego. Bajka podała św. Zofii urnę zawierającą popioły. Objęła ją czule.

„Drogie dziecię — rzekła — twój zapał i wierność twa wyjednały ci miejsce pośród gwiazd wiekuistych. Wybrałaś cząstkę, która jest w tobie nieśmiertelna283. Staniesz się przeto duszą naszego istnienia. Idź teraz i zbudź twego męża284. Herold już głosi, że Eros musi powstać i iść na poszukiwanie i rozbudzenie Frei285”.

Bajka uradowała się niezmiernie, słysząc te słowa. Zawołała towarzyszy swych, Złoto i Cynk, i zbliżyła się do łóżka. Ginnistan śledziła każdy ruch Bajki z wielką uwagą i utęsknieniem. Złoto stopiło monetę i napełniło łoże ojca połyskliwą falą, Cynk otoczył piersi Ginnistan łańcuchem. Ciało ojca spłynęło na złotej fali.

„Pochyl się droga matko — rzekła Bajka — i połóż dłoń na sercu ukochanego”.

Ginnistan się pochyliła. Ujrzała tysiąckrotnie odbitą swą postać. Łańcuch dotknął płynnego metalu, dłoń jej spoczęła na sercu leżącego. Ojciec zbudził się i przycisnął uradowaną Ginnistan do łona. Metal zestalił się i zmienił w przejasne zwierciadło. Ojciec podniósł się, oczy jego rozbłysły. Piękny był, ale zdało się, że postać jego cała, całe ciało jest płynem niesłychanie ruchliwym, falującym przy najlżejszym odebranym wrażeniu.

Szczęsna para zbliżyła się do Zofii. Pobłogosławiła ich, wyrzekła słowa wtajemniczenia i zaleciła, by zawsze radzili się zwierciadła, które odbija wszystko w prawdziwej postaci, niszczy wszelaki zwodniczy pozór i raz schwycony obraz na wieki utrwala. Ujęła potem urnę i wsypała popiół w stojącą na ołtarzu czarę. Z cichym szmerem rozpuścił się, a powiew wiatru przemknął po włosach i odzieży obecnych.

Zofia podała czarę Erosowi, a on oddał286 ją innym. Wszyscy skosztowali boskiego napoju i z najwyższą radością we wnętrzu swym odczuli obecność287 matki. Istniała teraz w każdym z osobna, a tajemnicza ta wszechobecność oblekała ich w blask niebiański.

Oczekiwanie i tęsknota się skończyły, ziściło się więcej, niż pragnęły serca. Wszyscy poznali288, czego im dotąd nie dostawało289 i pokój zmienił się w przybytek świętych290. Zofia rzekła:

„Wielka tajemnica została objawiona wszystkim, niemniej pozostanie niezbadana na wieki. Z bólu narodzi się świat nowy, a popioły we łzy zmienione staną się napojem życia wiekuistego. W każdym żywie291 niebiańska matka, by każde dziecię rodzić poprzez wszystkie czasy. Czy czujecie słodką chwilę narodzin w biciu serc waszych?”.

Wylała na ołtarz resztę z czary. Płyn ściekł w głębie. Ziemia zadrżała w podstawach292. Zofia rzekła znowu:

„Powstań Erosie i idź wraz z siostrą do twej ukochanej. Niebawem ujrzycie mnie znowu”.

Bajka i Eros wraz z towarzyszami odeszli. Na ziemi zapanowała wszechpotężna wiosna. Wszystko podnosiło się ku niebu, wszystko rosło. Ziemia uniosła się wyżej pod welonem Zofii. Księżyc i chmury podążyły z radosną wrzawą na północ.

Grodyszcze królewskie jaśniało dziwnym blaskiem, ścieląc po morzu snopy światła, a na blankach zamku stał król ubrany wspaniale, wraz ze świtą. Dookoła wbijały się293 tumany kurzu, z których z wolna tworzyły się znane dobrze postacie. Niebawem tłum młodzieńców i dziewic począł płynąć do zamku. Witano wszystkich serdecznie. Na pagórkach tu i ówdzie siedziały szczęsne, dopiero co zbudzone do życia pary ludzi splecionych uściskiem. Uważali oni nowe życie za sen i długo, długo przekonywali się, że jest rzeczywistością.

Kwiaty i drzewa rosły, zieleniły się i kwitły bujnie. Każdy kształt napełniła dusza. Wszystko mówiło i śpiewało. Bajka witała znajomych. Zwierzęta zbliżały się do rozbudzonych ludzi z powitaniem. Rośliny gościły ich owocami, zapachem i stroiły pięknie. Żadnej piersi ludzkiej nie gniótł ciężar. Wszystkie opadły w dół294 i zrosły się w jednolite podłoże.

Bajka i Eros zaszli nad morze. U brzegu kołysał się statek ze stali. Wsiedli nań i wyciągnęli kotwicę. Zwrócił się dziobem ku północy i począł szybko ślizgać się po rozszemranych falach. Bieg jego zwolniał295, gdy wbiegł na szuwar296 i lekko przybił do brzegu. Weszli po szerokich schodach. Miłość dziwowała się królewskiemu miastu i jego bogactwom. W podwórzu biło źródło zmartwychwstałe, gaj szumiał słodką pieśnią, pnie i liście, kwiaty migocące tysiącem barw i pachnące owoce przenikało bujne życie.

Stary bohater powitał ich u bram pałacu.

„Zacny starcze — odezwała się Bajka — Eros potrzebuje twego miecza. Złoto dało mu łańcuch, którego jeden koniec sięgał dna morskiego, a drugi pierś jego opasuje. Chwyć zań wraz ze mną i wprowadź nas do sali, gdzie śpi królewna”. Eros wziął miecz z rąk starca, przyłożył jego rękojeść do piersi, a ostrze pochylił prosto przed siebie. Drzwi sali się rozwarły i Eros zbliżył się, patrząc w zachwyceniu na śpiącą Freję. Nagle trzask się rozległ donośny. Jasna iskierka przebiegła od księżniczki do miecza, miecz i łańcuch rozbłysły, a starzec chwycił w objęcia Bajkę na pół omdlałą z przerażenia. Pióropusz na hełmie Erosa najeżył się.

„Rzuć miecz! — zawołała Bajka. — Zbudź kochankę!”.

Eros rzucił miecz, pobiegł ku królewnie i ucałował ogniście cudne jej usta. Otworzyła wielkie, ciemne oczy i poznała kochanka. Długi pocałunek połączył ich na wieki

Z kopuły zstąpił król, prowadząc za rękę Zofię. Gwiazdy i duchy natury postępowały za nimi w zwartych szeregach. Radosna, weselna jasność wypełniła salę. Przy jej blasku zakochani uklękli w cichym rozmarzeniu przed królem i królową, którzy ich pobłogosławili uroczyście. Król zdjął z głowy swej diadem i włożył Erosowi na skroń. Stary bohater zdjął zeń zbroję, a król okrył go swoim płaszczem. Potem dał mu do lewej ręki lilię, a Zofia spięła skrzyżowane ręce kochanków prześlicznym naramiennikiem297, równocześnie wieńcząc Freję koroną własną.

„Niech żyją starzy władcy nasi! — zawołał lud. — Byli ciągle pośród nas, a nie znaliśmy ich. Szczęśniśmy! Na wieki rządzić nami będą. I nas pobłogosławcie”.

Zofia rzekła do nowej królowej: „Rzuć w górę naramiennik, symbol waszego związku — niechby i lud, i świat cały był z wami w przymierzu”. Naramiennik rozpłynął się w powietrzu. Wnet pojawiły się nad głową każdego jaśniejące kręgi, a światłe koło objęło miasto, morze i ziemię święcące uroczystość powrotu wiosny.

Wszedł Perseusz, niosąc w ręku wrzeciono i mały koszyczek. Podał koszyczek młodemu królowi.

„Oto — rzekł — szczątki twych wrogów”.

Wewnątrz była kamienna płyta pokryta kwadratami czarnymi i białymi, a obok leżało dużo figurek z alabastru i czarnego marmuru.

„To są szachy — rzekła Zofia. — Odtąd wszelka wojna ograniczy się do tej zabawy. Niech to będzie pamiątką dawnych, smutnych czasów”. Perseusz zwrócił się do Bajki i podał jej wrzeciono.

„Radować się będą nasze serca, gdy ręka twoja prząść pocznie. Z siebie samej wysnujesz nam złotą, nierozerwalną nić”. Melodyjnie szumiąc skrzydłami, nadleciał Feniks, siadł u jej nóg i roztoczył skrzydła. Usiadła na nim, a ptak uniósł się przed tron i zawisł nad nim. Bajka poczęła prząść przy dźwięku niebiańskiej pieśni i wydawało się, że nić snuje się z jej własnej piersi. Lud popadł w zachwyt nieopisany i nikt oczu odwrócić nie był w stanie od cudnej dziewczyny. Nowe kroki rozległy się u drzwi i nowe zabrzmiały wesołe okrzyki. Przyszedł stary księżyc z całym swoim dziwnym dworem. Za nim niesiono na tronie Ginnistan wraz z małżonkiem.

Wszyscy ustrojeni byli w wieńce. Królewska rodzina przyjęła nowo przybyłych jak najserdeczniej, a młodzi królestwo zamianowali ich298 przedstawicielami swymi na ziemi.

„Oddajcie mi — rzekł księżyc — królestwo Parek, którego dziwne budynki wyszły spod ziemi na podwórzu pałacu. Dam wam w nich przedstawienie, które was ubawi, a mała Bajka pomoże mi je urządzić”.

Król zgodził się, Bajka skinęła także głową, a wszyscy ucieszyli się nadzieją nowej rozrywki. Hesperydy przyszły złożyć życzenia młodym królestwu, a równocześnie zaniosły prośbę, by oszczędzono ich ogrodów299. Król je powitał. Zjawiały się teraz jedne po drugich poselstwa, niosąc życzenia i hołd. Tymczasem tron zmienił się niepostrzeżenie we wspaniałe łoże ślubne. Nad jego stropem unosił się Feniks z Bajką. Od tyłu spierał się bogaty baldachim300 łoża na trzech kariatydach z ciemnego porfiru, a z przodu dźwigał go Sfinks bazaltowy. Młody król uścisnął zarumienioną kochankę, a wszyscy poszli za tym przykładem. Poczęto się ściskać i całować. Miłosne wołania i odgłos pocałunków przerywały ciszę. W końcu rzekła Zofia:

„Matka żywie301 pośród nas, a jej obecność zapewni nam szczęście po wiek wieków. Chodźcie ze mną do świątyni, gdzie wiecznie żyć będę, strzegąc tajemnicy bytu”.

A Bajka, pilnie przędząc302, śpiewała dźwięcznym głosem:

Oto ustanowione jest wieczności państwo...

Nie włada już ni przemoc, ucisk, ni poddaństwo,

Nikt nikomu przykrości ni krzywdy nie czyni,

Zofia spełnia obrządki wśród serca świątyni.