Klasztor albo przedsionek

ASTRALIS

Raz wstałem młody, zatęskniły we mnie

Moce wszechwładne, a miłość się skryła

Kędyś aż na dno, wiem, że cuda śniła

I snopy iskier rzucała na ciemnie...

Sen pierzchał, opar ustępował z duszy;

Poczułem żądzę z kimś się w jedność stopić,

Drogi wstawania rozkoszy wytropić

I iść, gdzie wierchy raju i katuszy...

Osią się czułem świata, zdrojem świętym,

Z którego tęsknic tryskają potoki...

Kędy ścichnione303 potem, z sercem ściętem

Wracają... rosną, rosną pod obłoki

I czuję teraz, że jestem odmętem!...

Wy mnie nie znacie, ale mnie poznacie!

W waszych jam oczach codziennie się stawał...

Pamiętam, kiedym w lunatyka szacie

Ze ziemskich tęsknot niewybłysły304 jeszcze

Z jawnego bytu Bogu sprawę zdawał...

Wtedy tajemnic przebiegły was dreszcze!...

Leżałem wonczas pośród płatków kwiatu,

Woniałem305, cichym kołysan306 podmuchem,

I byłem ciszą ranną, świtu duchem,

Słonecznym wzlotem fali aromatu...

Bojem tajemnych zjawisk o istnienie...

Ruchem po linii przemian, co bez końca...

Wtem dziwne, dziwne przebiegło mnie drżenie!...

To pyłek złoty niby atom słońca

Padł na me listki...

........................................

Stało się... teraz mogłem w łożu cichem

Ruszać pręciki i bujać kielichem.

Wytrysły nagle, gdym się poczuł w mocy,

Myśli me ziemskie. Oczy w czarnej nocy

Miałem utkwione, byłem ślepy, ale

Błyskały gwiazdy przez mej duszy dale...

Sięgam... lecz próżnia, jeszczem jest w przestrzeni,

Kędy w harmonii akordy się mieni

Przeszłość i przyszłość. Wstają z trójjedności

Tęsknoty za dniem, smutku i miłości...

Lecz cóż to, czy wzlot myśli był

Ziszczeniem jeno mych miłosnych sił?

Płomień rozkoszy żarem mnie owionął,

Uczułem boleść, to duch we mnie spłonął!

Tak, świat pode mną jak senne mamidła!

Słowa proroków stały się jak skrzydła,

Dusze się zwarły, Matylda z Henrykiem

Razem się stali jednym wielkim krzykiem,

Co leciał w niebo, urodzony ze mnie...

Los mój zakreślon307 już tedy tajemnie

W tej jasnej, wielkiej chwili... reszta ciemnie308!

Reszta jest życiem, co trwać nie ma prawa,

Co wzięło ongi, to Bogu oddawa309...

Świat wstaje młody, piękny, jasny, wieczny,

I ćmi blaskami stary blask słoneczny.

Na ruin zrębach zapadniętych w lasy,

W pozłocie świetlnej widne310 przyszłe czasy.

I co codziennym niegdyś było,

Przedziwną, tajną wzbiera siłą,

Chramu miłości rozwarte podwoje,

Bajka, śpiewając, przędzie nici zwoje.

W naturze wre duch boży,

Słów gromy każdy tworzy...

Znicz życia, tląc w iskierce,

Zapalił świata serce...

Łańcuch wszechistnienia zwity311,

Łączą się zjawami byty...

Każda wszechistnieniem żyje,

Światłość z ciemni moc błyskania pije...

Krew swą z drugiej pije każda zjawa,

Myśli — czynów legion święty stawa312...

Sen się w cudny zmienia świat,

Świat marzeniom sennym jako brat...

To co przeszło, cośmy już przetrwali,

Niby przyszłość płynie z mgieł oddali...

Wyobraźnia na tron świata siędzie313

Prząść losy — sny...

Zwikła314, zmota dziejów sploty,

Tu przygasi błysk ponury,

Tam rozciągnie pomrok chmury,

W jęk przemieni krzyk ochoty,

Lub roztopi wszystko w mgły...

Ból się z rozkoszą, życie z śmiercią splecie

I na tym nowym, dziwnych przemian świecie,

Jeśli kto w miłość włożył duszę swoją,

Rany się jego nigdy nie zagoją...

Wszystko, co wnętrzny315 duszy wzrok opęta,

Spadnie i będzie wszelka ciemń odjęta...

Choćby w proch stlało serce jak grób wierne,

Jeszcze nim rzuci niegościnne życie,

Przeżyje zjawisk wielkie rozpowicie...

Świat w cmentarzysko się zmieni niezmierne...

We łzy wszechciało...

A w grób otwarty, tęsknicą szalone

Gdy legnie trupem to, co rankiem wstało,

Spadnie ostatnie serce spopielone.

Krajobraz stawał się coraz bardziej górzysty i urozmaicony. Pasma gór grzbiecistych biegły w różnych kierunkach. Rozdzierały je przepaści coraz to głębsze. Poprzez urodzajną warstwę ziemi przedzierały się skały nagie, ponad ciemny pas lasu strzelały ku niebu turnie, z rzadka tylko obsiadłe jałowcami. Brzegiem przepaści biegła droga, wznosząc się nieznacznie, ale ciągle w górę. Zieleń jasna równi pociemniała tu, zasępiając się niejako w tym odludziu, natomiast wytrysnęły z jałowej ziemi kwiaty górskie pięknych kształtów, o odurzającym zapachu. Pusto tu było i samotnie, z oddali tylko dobiegało z wiatrem turlikanie dzwonków trzody, kędyś po uboczach się pasącej. Po roztokach szumiały potoki. Plamy lasu to ciemne, to jaśniejsze, rozłożone po górach wabiły do wnętrz chłodnych, pod sklepiska316 zielone. Górą pławiły się w odmęcie powietrznym rabusie-ptaki, niosąc się wysoko ponad najwyższe sośnie317.

Wąskim chodnikiem pnącym się uboczą318 szedł wędrowiec zadumany. Minęło już południe i śmigał wiatr zimny. Niósł pogłosy różne, tajemne, ale ginęły kędyś w dali, pędem porwane. Czyżby wiał ponad ziemię rodzinną dziecinnych złud człowieczych albo szybował innymi jakimiś krajami, kędy mówią wszystkie stworzenia? Samo echo tętniło gdzieś głęboko w duszy, budząc wspomnienia. Pielgrzym nie słuchał, nie znał pewnie tej mowy. Darł się w górę uparcie, kędy kresu podróży nadzieja. Nadzieja? Nie miał już nadziei. Strach jedynie i mrożąca myśl cicha, bezsłowa319 rozpacz pędziły go w świat i ostępy górskie. Trud podróży, zmęczenie tłumiły one moce wnętrzne — niszczycielki, co się rwały w sercu. Zmęczonym i osłabłym się czując, miał chwilę spokoju. Siadł na kamieniu i wzrok posłał wokół. Nie widział dotąd gór, co się piętrzyły koło niego z wolna, w miarę gdy szedł i teraz leżały w całej grozie dumnie wszędy na horyzoncie. Wydało mu się, że śni teraz lub śnił to, co niedawno się działo. Przed nim roztaczała się cudna, nieprzejrzana dal i niezgłębione piękno. Niedługo łzy trysły320 z jego oczu i płynęły długo. Wydało mu się, że chce wypłakać duszę, życie, by nie zostało nic, zgoła nic... by zmarł w tym płaczu.

Ale równocześnie łkając, poczynał przychodzić do siebie, przeniknęło go pogodne, łagodne tchnienie jakby wiatru ożywczego, świat zjaw zamajaczył na nowo przed jego oczami, podniosły głowę dawne myśli — przyjaciółki i poczęły przemawiać słowami pociechy.

Tam, w szafirowej oddali leżał Augsburg najeżony wieżycami, na skraju nieboskłonu łyskało białą plamą zwierciadło tajemnicze ogromnej rzeki. Las czarny, leżący na uboczy, wyciągający do pielgrzyma ramiona i skały, którymi jeżyły się grzbiety gór, zdawały się mówić: „Płyń rzeko, płyń, nie ucieczesz nam, nie ucieczesz! Na twój nurt spadnie tysiąc okrętów o białych żaglach, ujarzmione zostaną twe fale złamane w rozpędzie, pochłonie je wola nasza. Zawierz nam, pielgrzymie, zawierz, bo to wróg nasz wspólny, któregośmy z łona własnego wydali. Niech ucieka z łupem i tak się przed nami nie skryje!”.

Biedny pielgrzym cofnął się myślą w dawne czasy, pełne zachwytów, ale drogie wspomnienia blado zarysowały się w duszy. Szerokoskrzydlny kapelusz ocieniał młodą twarz jego, bladą jak kwiat, co pośród nocy zakwita. Upojny szał życia wrący w łonie spłynął łzami, pierś chwytającą w siebie wszystkie wichry znużyły łkania. Barwy cudne zlały się w szarą, jednolitą, niezmierzoną toń.

Tam nad wiszarem321 dojrzał coś podobnego do mnicha klęczącego pod dębem. „Czy to kapelan zamkowy?” — pomyślał bez zbytniego zdziwienia. Wydawał mu się tylko większy jakiś i w miarę jak się zbliżał, coraz bardziej nieforemny. Spostrzegł wreszcie pomyłkę; była to samotna skała, ponad którą zwieszało się drzewo. Wzruszony, otoczył ją ramieniem, przycisnął do piersi i zapłakał. „O — myślał — gdybyż to teraz spełniły się twe słowa drogi starcze i Matka Boża cud uczynić zechciała. Jakiżem smutny, nędzny i samotny! Nie masz w tym odludziu świętego pustelnika, który by modły zaniósł do Boga. Drogi ojcze, módl się ty w tej chwili, proś Boga za mnie”.

W tejże chwili poczęło drzewo drżeć, skała zadudniła i nagle, jakby kędyś z bezdni322 podniosły się głosy słodko śpiewające:

Radością wielką biło

Przeczyste serce matczyne...

O szczęściu promiennym śniło,

Kiedy tuliła dziecinę.

Wciąż całowała oczęta

I główkę z jasnymi sploty

I była wniebowzięta

Od wielkiej, wnętrznej ochoty...

Głosy śpiewały z wielką lubością. Powtórzyły wiersz kilkakrotnie. Cisza potem nastała, ale niebawem wydało się pielgrzymowi, że coś mówi z wnętrza drzewa:

— Gdy zagrasz na lutni pieśń ku mojej chwale, zjawi się zaraz uboga dziewczyna. Weź ją do siebie i nie opuść nigdy. Wspominaj o mnie, gdy znajdziesz się na dworze cesarskim. Miejsce owo obrałam sobie i chcę tu wraz z dzieciątkiem moim mieszkać. Każ mi tu zbudować duży, ciepły dom. Synaczek mój nad śmiercią odniósł zwycięstwo, nie dręcz się, bo zawsze będę przy tobie. Przeznaczono ci jeszcze czas krótki chodzić po ziemi, dziewczyna cię będzie pocieszać aż do śmierci, aż do chwili, gdy wstąpisz w dziedzinę323 wiecznego spokoju i radości.

— Głos Matyldy! — wykrzyknął pielgrzym, padł na kolana i począł się modlić. Wtem, poprzez gałęzie trysnęła ku niemu światłość. Co dojrzał w promieniu, jaki cud mu został objawiony, tego opisać ani odmalować człowiek nie potrafi. Postaci zamajaczyły delikatne, powiały ku znużonemu spokój i radość, szczęśliwość niebiańska szła od tej zjawy. Jakiś gmach lśnił, a martwe w nim przedmioty, naczynia, kolumnady, kobierce i ozdoby, słowem wszystko, co tu na ziemi zrobione bywa sztucznie324, roślinie soczystej podobne było, a więc wyrosło wytworzone z cząstek, co się zbiegły dobrowolnie na wyższy rozkaz. Postaci tam były ludzkie, piękności ogromnej. Poruszały się w światłości, ponad wyraz wszelki wylane wzajem dla siebie325 i zbratane z sobą. Na pierwszym planie ukazała się kochanka326 pielgrzyma. Wydawało się, że pragnie doń przemówić, do niego jednak nie dobiegł żaden dźwięk. Pielgrzym spoglądał na ukochaną z nieopisaną tęsknotą. Uśmiechała się doń, kładąc dłoń na lewą pierś. Pociecha i ukojenie płynęły od jej postaci. Wędrowiec leżał długo jeszcze na ziemi, upojony widzeniem niebiańskim, choć zjawisko dawno znikło. Promień święty uleczył wszystkie rany, zabrał kędyś wszelkie troski, serce stało się znowu czyste i lekkie, duch zatrzepotał skrzydłami i poczuł się swobodny i lotny jak niegdyś. Nie pozostało nic prócz cichej, tajemnej tęsknoty, prócz smętnego akordu, gdzieś w świętym świętych serca327. Ustąpiły dzikie męki samotności, próżnia po stracie, co tak boli, zasłana mgłami nieświadomości i niepokoju nicość, i śmiertelne znużenie ciała, co krzyża udźwignąć nie może. Otoczyło go znowu życie, wszedł w gęstwę ciekawego, pełnego tajnych znaczeń święta zjawisk. Głosy ożyły, słowom powróciło znaczenie, wszystko stało mu się teraz zrozumialsze jak dawniej, pełne proroczych znaków, a śmierć wydała mu się wyższym objawieniem nowych kategorii życia. Spoglądał na swe własne, znikome istnienie z dziecięcym, beztroskim wzruszeniem. Przyszłość i przeszłość zetknęły się skrzydłami w jednym punkcie — w świątyni jego serca i zawarły wieczyste z sobą przymierze. Uniósł się kędyś daleko, poza chwilę obecną, a świat stracony stał mu się teraz właśnie nieskończenie drogi. Był pośród świata obcym, gościem, któremu chwilę jeszcze krótką danym było przechadzać się po jego barwistych328 komnatach.

Wieczór nadszedł, ziemia leżała u jego stóp jak stara, znana dobrze izba, do której wkraczał po długim oddaleniu.

Wspomnienia płynęły długim korowodem. Zapragnął odzobaczyć329 każdy kamień, każde drzewo, każde wzgórze, bo wszystkie zjawy dokoła stały się znakami, pomnikami długiej historii.

Chwycił za lutnię i zaśpiewał:

Stopcie się sny gorejące

W jedno słońce...

Gdzie mnie losy dziś zawiodły,

Nad te szczyty, nad to morze,

Gdzie objawień zeszły zorze,

Nieście w niebo hołd i modły...

Bóg modlitwę na swe łono

Utęsknioną

Przyjmie i przed burzą schroni...

I posadzi na swej grzędzie...

Rosę z jego boskiej dłoni

I zbawienie piła będzie.

Padł na twarde, ostre skały

Półomdlały...

Do stóp Rodzicielki bożej,

Której modlą się330 kamienie,

Morza, lądy, światła, cienie...

Życie, jej w ofierze złoży.

Tutaj uciśnionych rzesza

Niech pośpiesza...

Duch i ciało się posili

I ustaną wszelkie skargi

I wyrzekną wszystkie wargi:

Dawno już, jak smutnim byli331.

Wzniosą się na skałach mury,

Kędyś w chmury...

A w dolinie głos usłyszą,

Gdy nadejdą czasy klęski,

Pierś zatarga płacz niemęski:

Idźcie do niej, ona ciszą...

Tyś jest biednym, Matko boża

Niby zorza!

Tyś światłością w nocnej głuszy,

Tyś Matylda wniebowzięta!

Miłość jesteś, Matko święta

I pragnienie mojej duszy!

Niech zarzekną332 niepokoje

Usta twoje!

Powiedz, jako iść do ciebie?

Czy słowami natchnionemi

Wielbić Cię przez cuda ziemi,

Aż mnie tam utulisz w niebie?

Dawne czasy, dawne wiary...

Baśnie, czary...

Niech się w sercu wiecznie palą,

Wiecznie czczą to źródło święte,

Gdzie z mej duszy więzy zdjęte...

Spłynął sen o smutku z falą.

Zatopił się tak w śpiewie, że nie widział, co się działo dokoła niego. Obejrzał się wreszcie. Blisko pod skałą stała młoda dziewczyna. Pozdrowiła go uprzejmie, jak dobrego znajomego i zachęciła, by udał się z nią do domu, gdzie się wieczerzą pokrzepi. Zdała mu się znajoma333. Nim odeszli, podeszła ku drzewu, spojrzała z niewysłowionym uśmiechem w górę i wysypała mnóstwo róż z fartuszka na trawę. Uklękła na chwilę, podniosła się jednak szybko i poszli oboje.

— Kto ci mówił o mnie? — spytał pielgrzym.

— Matka nasza.

— Kto jest twą matką?

— Najświętsza Panna.

— Od dawna tu mieszkasz?

— Od chwili zmartwychpowstania.

— Czyś umarła już?

— Naturalnie, jakżebym inaczej żyć mogła?

— Czyś sama w lesie?

— Pewien starzec mieszka razem ze mną, ale znam prócz niego wielu, którzy dawniej żyli.

— Czy masz ochotę pozostać na zawsze ze mną?

— Kocham cię przecież.

— Skądże mnie znasz?

— Znam cię od dawna, opowiadała mi o tobie moja była matka.

— Czy masz jeszcze matkę?

— Mam, ale właściwie jest to ta sama matka.

— Jak się nazywa?

— Maria!

— Kto był twym ojcem?

— Hrabia Hohenzollern.

— Znam go.

— Musisz go znać, gdyż i on był twym ojcem.

— Mój ojciec pochodzi z Eisenach.

— Masz nie jednych rodziców.

— Dokądże idziemy?

— Przez całe życie do domu.

Wyszli na obszerną polanę leśną. Pośród rowów i rozpadlin sterczało tam kilka starych wieżyc. Krzewy porastały mury, wieńczyły je, jak wieńczy splot pączków różanych skroń starca. Otwierały się tutaj horyzonty na bezmiar wieków i widziałeś prastare dzieje skrysztalone334 w znikome chwile, spoglądając na szare kamienie pokryte szczerbami niby strzałkami piorunowymi. Sterczały dumne i groźne niby stare postaci wojowników.

Podobnie ukazują nam się na szafirze niebios w dali niewymiernej, co niby błękitna toń jak świetlista śreżoga335, niby odblask świtu na licach dziecka, nieprzeliczone szyki ogromnych globów.

Stąpali ścieżką, dawną drogą wiodącą ku bramie, a pielgrzym zdumiewał się co krok, spostrzegając wszędzie rzadkie rośliny w cudnym, troskliwie pielęgnowanym ogrodzie ukrytym wśród ruin. Mały domek z kamienia zbudowany, o wyglądzie nowoczesnym, o dużych oknach, widniał w głębi. Opodal, wpół zakryty szerokolistnymi łodygami roślin stał starzec siwowłosy i wiązał gibkie pręcie336 do podpór wystruganych starannie z drzewa.

Dziewczyna podprowadziła doń pielgrzyma i rzekła:

— Oto Henryk, o któregoś pytał tyle razy.

Starzec zwrócił się ku nim, a Henrykowi wydało się, że widzi przed sobą starego górnika.

— Oto lekarz, Sylwester — rzekła dziewczyna.

Sylwester powitał go uprzejmie i rzekł:

— Dawno już temu, bardzo dawno, miałem u siebie twego ojca. Był on podówczas młodzieńcem, jak ty. Miałem wtedy sposobność zapoznać go ze skarbami wieków minionych, ze spuścizną drogocenną, zbyt wcześnie niestety zaginionego świata. Dostrzegłem w nim zadatki wielkiego talentu malarskiego. Już oczy jego budziły się, poczynając spostrzegać prawdę, poczęły stawać się narzędziami twórczymi, twarz wyrażać poczynała wnętrzną moc i pilną wytrwałość... ale zbyt silnie zakorzeniły się w jego duszy ponęty tego świata, przestał zważać na głos swej właściwej istoty, przy tym mglisty, surowy klimat ziemi ojczystej zwarzył pędy delikatnej rośliny kiełkującej w jego wnętrzu, został zręcznym rzemieślnikiem, a natchnienie zmieniło się w upór.

— Ileż to razy — odparł Henryk — patrzyłem z bólem na głęboki smutek, jaki go nurtuje. Pracuje ustawicznie z przyzwyczajenia, a nie z wnętrznej ochoty. Brakuje mu czegoś widocznie, czego nie zastąpić ciszą i pogodą życia, dostatkiem i wygodami, radością płynącą z szacunku i miłości współobywateli lub zaszczytnym uznaniem, z jakim zasięgają jego rady w wielu sprawach miasta. Znajomi uważają go za bardzo szczęśliwego, nie wiedzą, jak bardzo jest on przeżarty życiem, jaka u stóp jego nieraz rozwiera się pustka i jak tęskni, by się to wszystko już raz skończyło. Nie wiedzą, że sama pilność nawet to nie zapał i chęć zarobku, ale żądza przygłuszenia tej świadomości, że życie poszło na marne.

— Najwięcej — odrzekł Sylwester — dziwi mnie to, że twe wychowanie zdał ojciec w zupełności na matkę, starannie się strzegł jakiegokolwiek wpływu na twój rozwój i nie zachęcał cię nigdy do wyboru pewnego, określonego zawodu. Możesz to uważać za wielkie szczęście, że dane ci było wzrastać, nie doznawszy ze strony rodziców żadnych ograniczeń, gdyż większość ludzi to tylko resztki wspaniałej uczty, którą raczyli się przeróżni biesiadnicy, o rozmaitych upodobaniach i większym lub mniejszym apetycie.

— Doprawdy — odparł Henryk — nie wiem, co znaczy „wychowanie”, znam tylko poglądy mych rodziców i nauki kapelana zamkowego. Zdaje mi się, że ojciec mój, mimo swego chłodnego i na wskroś logicznego sposobu myślenia, mimo że na wszystko patrzy jak na kawał metalu czekającego na dłuto cyzelera, nie uświadamiając sobie tego nawet często, ma cichą cześć dla wszystkiego, co tajemnicze i wyższe i dlatego może spoglądał z pokornym zaparciem się siebie na rozkwit duszy dziecięcia.

Duch tutaj bowiem włada, duch świeżo wynurzony z praźródeł bytu. Ojciec mój czuł, że dziecko stoi nieskończenie bliżej spraw najwyższych, narzucała mu się przemożnie myśl, że niewinną istotę, zamierzającą tę dziwną podróż ewolucji, wiedzie za rękę moc świadoma. Widział na jego czole stygmat świata cudów, niezmyty jeszcze żadną ziemską falą i zbudziło się w jego duszy wspomnienie — sympatia. Przecież i on, ongi, w czasach bajecznych, kiedy to „słonko jaśniej świeciło”, świat „dziwny” był, a duchy jasnowidzeń pół realne, pół zaziemskie szły tropem małych stóp dziecięcia — wszak i on wtedy... To wszystko, zdaje mi się, skłoniło mego ojca do postępowania ostrożnego, wyrozumiałego i skromnego.

— Usiądźmy tu, pośród kwiatów na ławeczce darniowej — przerwał starzec. — Cyana zawoła nas, gdy wieczerza będzie gotowa. Jeśliś łaskaw, to opowiadaj mi dalej o życiu minionym. My starzy radzi słuchamy dziejów dzieciństwa. Wydaje mi się wówczas, że napawam się zapachem kwiatu od dawna niewidzianego. Powiedz mi jednak przedtem, czy spodobała ci się moja pustelnia i ogród pełen kwiatów-przyjaciół, pośród których rade przebywa me serce. Wszystko tu dookoła kocha mnie i jest przeze mnie kochane. Znajduję się tu jakby pośród własnych dzieci i czasem marzę, iż jestem starym dębem, z którego odziomków wyrosła ta szczęsna młódź.

— Dobry ojcze — rzekł Henryk — ogród wasz to świat cały. Ruiny to matka onych kwiatów. Wieczyście bujne, różnolite w swych zjawach337, życie ciągnie soki ze zwalisk czasów, co minęły. Czy jednak koniecznie musiała zemrzeć matka, by dzieci wyrosnąć mogły bujnie? Czyż wiecznie będzie samotny ojciec siedział na jej grobie, łzy lejąc niewypłakane?

Sylwester podał rozełkanemu młodzieńcowi rękę i powstał, by zerwać dlań właśnie rozkwitłą niezabudź338. Przydał do kwiatu gałązkę cyprysową, związał je razem i podał gościowi. Szczyty jedli rosnących za ruinami gięły się cudnie w wieczornym powiewie. Dochodził tu ich poszept głuchy. Henryk ukrył twarz spłakaną na piersiach dobrego Sylwestra. Gdy podniósł głowę, lśniła wysoko ponad lasem biała Wenus.

Po małej chwili Sylwester tak ciągnął dalej:

— Rad bym był widzieć cię w Eisenach, pośród towarzyszy zabawy. Jakże piękna grupa ludzi: rodzice, dobra księżna, poczciwi sąsiedzi ojca, stary kapelan... Rozmowy z nimi musiały wcześnie oddziałać na ciebie, zwłaszcza że byłeś w domu jedynakiem. Zdaje mi się, że widzę okolicę miasta... wyobrażam sobie, że ciekawa być musi i piękna.

— Dopiero od czasu, gdym poszedł w świat i wiele innych widziałem krajów, odczuwać począłem mój kąt rodzinny.

Każde drzewo, każda roślina, wzgórze i wierch ma swą okolicę339... to co je otacza jest odeń nieodłączne. Budowa wnętrzna każdego przedmiotu żywego da się wyjaśnić otoczeniem. Zwierzę tylko i człowiek może iść w otoczenie inne. Wszelkie środowiska są ich środowiskami. Otoczenia te wszystkie stanowią świat, jeden nieskończony widnokrąg, a wpływ jego na zwierzęta i ludzi jest równie niezaprzeczalnie potężny, jak wpływ ciaśniejszego widnokręgu na roślinę. Dlatego to ludzie, którzy wiele podróżowali, ptaki przelotne i zwierzęta drapieżne wyróżniają się pośród innych rozumem i innymi cennymi przymiotami. Ale i pośród nich są różne osobniki, mniej lub więcej zdolne odczuć różnobarwną treść nasuwającego się horyzontu i z jego przedziwnego ustosunkowania wyciągnąć dla siebie korzyść. Niejednemu też człowiekowi brak uwagi i spokoju, koniecznych dla uchwycenia biegu rzeczy, toku przesuwających się zjaw i ich uszeregowania, wytrwałości w zgłębieniu myślowym rzeczy zaobserwowanych i wreszcie zdolności budowania porównań i wyciągania wniosków. O, czuję teraz, jak kraj ojczysty pierwsze myśli moje niezatartymi nasycił barwami, jak obraz kraju rodzinnego dziwnie określił istotę mej duszy. Czuję to i odgaduję w coraz głębszych formach, im bardziej się przekonywam, że los i dusza to dwie nazwy na jedno pojęcie.

— Na mnie — rzekł Sylwester — oddziaływa zawsze najsilniej natura żywa, owa zmienna, migotliwa zwierzchnia szata danej części świata. Niezmordowanie obserwowałem naturę przeróżnych roślin. Są one najbardziej bezpośrednim wyrazem ziemi, jej mową. Każdy liść nowy, każdy kwiat cudny to tajemnica jakaś, która chce się wypowiedzieć, jakaś potęga, co z miłości i upojenia oniemiała w bezruchu, wcieliła się w milczącą, cichą roślinę. Gdy się patrzy na rosnący w samotni taki kwiat, czyż nie wydaje się, iż wszystko dokoła przybrało jaśniejącą, godową szatę, a ptaki, owe pieśni skrzydlate powietrza, czyż nie wiszą nad nią w zachwyceniu? I łkasz z radości, i chciałbyś gdzieś zapaść się, kędy głos świata nie dobiega i zanurzyć ręce i nogi w ziemi, by puściły korzenie i nigdy odejść ci stąd nie dały. Całą wyschłą ziemię zaściela ten tajemniczy, zielony kobierzec miłości. Każda go odświeża wiosna, a tajne jego runy oczom zakochanego czytelne są jak selam340, mowa kwiatowa ludów wschodnich. Co dnia będzie go odczytywał i co dnia dostrzeże nowe znaczenia, nowe zachwycające objawienia rozkochanej natury. To ciągłe użycie, to właśnie w moich oczach powab niezmierny wędrówki po świecie. Każda okolica rozwiązuje mi inną zagadkę, co krok bliższy jestem odgadnięcia, skąd wiedzie droga naszego życia i dokąd prowadzi.

— Tak — odparł Henryk — jestem pewny, że dlatego rozmawialiśmy cały czas o latach dziecięcych i o wychowaniu, że siedzimy w waszym ogrodzie.

Świat roślinny, to najistotniejsze objawienie dziecięctwa, niepostrzeżenie wywołał w naszej pamięci i wywabił na usta wspomnienie dawnej znajomości.

Ojciec mój także bardzo lubi ogrodnictwo, a najmilsze chwile spędza pośród kwiatów. To także usposobić go musiało do takiego zrozumienia dziecka. Kwiaty to wierne odbicia dzieci. Co później wybuja w niezmierzoną pełnię życia: moce wnętrzne dojrzałości, wspaniałe zadatki przyszłości, wszystko tu splecione razem, choć widoczne już w cudownym skrócie. Miłość wszechmożna już się przejawia w rozwoju, ale jeszcze nie pali, nie jest to pożerający płomień, ale rozlewny zapach i choć dusze już się szukają i splatają w uścisku, to nie towarzyszy tej unii żaden gest gwałtowny, żadna zwierzęca żądza. Tak wygląda dziecięcy wiek przyziemny, ale chmury są innym, wyższym może objawieniem drugiego dziecięctwa, odnalezionego raju, i dlatego to może tak dobroczynną na pierwsze spuszczają rosę.

— W chmurach kryją się doprawdy dziwne, tajemnicze rzeczy — odparł Sylwester. — To pewne, że pewnego rodzaju zachmurzenie często na nas wywiera wpływ niezwykły. Pociągają nas ku sobie, jakby chciały nas w cień swój chłodny wessać i ponieść kędyś. Ich postacie są barwne i cudne jak wyszeptany sen otchłani duszy, jaśń ich i wspaniała światłość ścielące się po ziemi to zwiastuny owej nieznanej, niewysłowionej, zaziemskiej wspaniałości. Ale są inne chmury, ponure, zamyślone, przerażające, z których wyzierają straszydła przedświatowej341 ciemni. Zda się, że niebo nigdy się już nie rozśmieje. Pogodna toń lazurowa przepadła i tylko matowa, miedziana łuna na szaroczarnym tle przepełnia dusze trwogą. Gdy z tej potwornej głębi padną zabójcze błyskawice, wlokąc za sobą całun szyderczego śmiechu-grzmotu, to drży w nas serce i budzący się głos moralnej potęgi złożonej na dnie każdego z nas szepce, że rozpętało się na zgubę ludzką piekło i jego złe moce. To przedźwięki dawnej, gwałtownej, zabobonnej natury. Ale wstają też w nas ostrzegawcze głosy natury wyższej, świadomości niebieskiej. To co śmiertelne drży w posadach, ale nieśmiertelne rozbłyska, rozpala się płomieniem samowiedzy.

— Myślę, że przyjdzie czas, gdy nie będzie potrzeba zgoła ani strachu, ani bólu, ani troski, ani jednego zła we wszechświecie całym.

— Zaiste stanie się to wtedy, gdy zapanuje siła jedna, siła świadomości, gdy natura stanie się obyczajna i skromna. Gdyż przyczyną wszechzła jest ogólna słabość, brak poczucia moralnych praw i mała wrażliwość na rozkosze wolności.

— Wyjaśnij mi, w czym leży istota świadomości!

— Gdybym mógł tego dokazać, byłbym Bogiem, bo w chwili, gdy się poznało istotę świadomości, stwarza się ją. A ty, czy możesz mi powiedzieć, czym jest poezja?

— Rzecz tak bardzo osobistą określić trudno.

— O ileż tedy jeszcze mniej da się powiedzieć o wielkiej tajemnicy najwyższej niepodzielności! Czy pouczyć można głuchego, czym jest muzyka?

— A więc każdy zmysł to udział nowych, przezeń odkrytych zjawisk świata? Pojmuje się tylko to, co się posiadło?

— Wszechistnienie składa się z niewymiernej ilości światów rządzonych znów przez większe światy. Wszystkie zmysły to w gruncie rzeczy jeden zmysł. Ale jeden zmysł, jak świat jeden, daje klucz do innych. Wszystko tylko musi odbyć się w swoim czasie i na swój sposób. Tylko istność wszechświatowa mogłaby określić nasz do niego stosunek. Trudno też powiedzieć, czy w granicach zmysłowych dostrzeżeń naszego organizmu możemy wzbogacać nasz świat zjawisk światami nowymi, nasze zmysły pomnażać innymi zmysłami, czy też jedynie liczyć należy każdy przyrost poznania, każdą świeżo nabytą zdolność za nowe ogniwo rozwojowe obecnego zakresu naszego zmysłowego postrzegania.

— Może dwie te rzeczy są w gruncie rzeczy jednym i tym samym. Obecnie wiem tylko tyle, że dla mnie baśń jest wszechpotężnym narzędziem twórczym mego obecnego świata. Nawet świadomość, owa potęga zmysło- i świato-twórcza, owa zarodź wszelkiej osobowości, wydaje mi się jako wątek poematu wszechistnienia, jako pewien przypadek, zbieg okoliczności w wieczystym, nieskończonym, a ciągle innym życiu światów.

— Drogi pielgrzymie — odparł Sylwester — świadomość przejawia się we wszystkim, co prawdziwe i skończone, w każdej skrysztalonej w formę prawdzie. Każda skłonność przez przemyślenie sformułowana w obraz, każda konkretna zdolność staje się zjawiskiem, staje się wcieleniem świadomości. Całe wykształcenie wiedzie do jednego, do tego, co nazywam wolnością, nie mając atoli na myśli samego pojęcia, ale grunt twórczy tego, co się stawa. Wolność ta to zarazem doskonałość, mistrzostwo. Mistrz działa swobodnie, wedle zamysłu, w pewnym przemyślanym porządku. Przedmioty jego sztuki należą doń i zależą w zupełności od jego woli, nie wiążą go ani też tamują czynów. Właśnie owa ogarniająca wszystko wolność, mistrzostwo, czyli władza, jest cechą, jest istotą świadomości. W niej przejawia się święty przywilej bezpośredniego działania pewnego indywiduum, a każdy czyn mistrza jest równocześnie inkarnacją wielkiego, prostego, niezłożonego świata w sztuce... słowem Bożym!

— A więc i to, co dawniej, o ile wiem, nazywano nauką o cnocie, jest religią-nauką, tak zwaną teologią we właściwym tego słowa znaczeniu? Jest to więc tylko zbiór ustaw stojących do czci Boga w tym stosunku, co natura do Boga. Budowla ze słów i skojarzeń myślowych przedstawiająca konstrukcję świata nadzmysłowego i jego reprezentantka na pewnym stopniu kultury. Religia dostępna poznaniu i wnioskowaniu. Wyrok, prawo rozwikłujące i normujące wszystkie możliwe stosunki danego osobnika?

— Tak — odrzekł Sylwester — świadomość jest pośrednikiem danym człowiekowi wraz z życiem. Zastępuje na ziemi miejsce Boga, dla wielu przeto jest rzeczą najwyższą i najdoskonalszą. Ale jakże daleka była dotychczasowa nauka o cnocie czy obyczajach od formy czystej tej myśli wzniosłej szerokie ogarniającej horyzonty... indywidualnej... Świadomość to jądro istoty ludzkiej, jej idea w glorii najwyższej, niebiański człowiek — pierwowzór. Nie jest ona tym albo owym, nie obraca się w ogólnikach, nie składa się z cnót poszczególnych. Istnieje jedna tylko cnota... czysta, myśląca wola, która w chwili rozstrzygającej sama w sobie się decyduje i obiera drogę. Wiecznie żywa, sama przez się niepodzielna, przemieszkuje w wątłym symbolu swoim, ludzkim ciele i kieruje wszystkimi jego myślami, tymi członkami ducha, w sposób najzgodniejszy z prawdą...

— O, dobry ojcze — przerwał Henryk — z jakąże radością chwytam w serce światłość ze słów twoich tryskającą! A więc prawdziwy i istotny duch baśni to tylko inaczej przystrojony duch cnoty, a duch właściwy innym, niższym rodzajom poezji to samo życie w wiecznym swym ruchu. Niewysłowiona tożsamość łączy pieśń tętniącą prawdą z czynem szlachetnym. Bezrucha342 świadomość ukołysanego w ciszy bezzjawiskowej świata staje się przepiękną opowieścią, mówiącą o wszechrzeczach baśnią. Na niwach i po grotach tego pierwotnego świata żyje poeta, a ziemskim jego bytem, wrażeniami jego i wpływami nań działającymi rządzi duch cnoty. Podobnie jak on, jest baśń bóstwem bezpośrednio działającym pośród ludzkości, odblaskiem przedziwnym świata wyższego. O, z jakąż pogodną pewnością i zaufaniem może iść poeta za sugestią natchnienia, a jeśli obdarzony jest zmysłem wyższym, pozaziemskim, jakże spokojnie oddać się może wództwu343 istot niebiańskich i z jakąż dziecięcą pokorą dopełniać powołania swego może. Przezeń mówi też głos wszechświata i przypowieścią wiedzie w światlejsze, bardziej znane duszy światy. Jak się ma religia do cnoty, tak się ma natchnienie do mitologii. Jak w pismach świętych przechowana żyje historia objawień, tak odbite w mitologii tkwi pojęcie życia wyższych światów, a forma, w jakiej zostało utrwalone, to różne przedziwne poematy. Baśń i historia towarzyszą sobie zawsze, zostają w najściślejszych ze sobą stosunkach, choćby nie wiem jak kręta była ścieżka, kędy idą, i choćby obie przywdziały na się przeróżne maski... Biblia i mitologia to planety jednego systemu kosmicznego.

— Słowa twe to prawda szczera — odrzekł Sylwester — i teraz pojmujesz zapewne, że cała przyroda istnieje jedynie w duchu cnoty, przez niego i istnieć zawsze będzie, bo musi. Jest on wszechrzeczą zapalającą do życia, wszystko z martwych budzącą światłością, jak daleko sięga ziemski byt. Od wyiskrzonego nieba, tego wzniosłego tumu344 państwa przestrzennych gwiazd, aż do kędzierzawego dywanu różnobarwnej łąki, wszystko przezeń żyje, wszystko przezeń z nami spokrewnione i nam zrozumiałe. On wiedzie wszystkie zjawy po nieznanej drodze rozwoju, w dal jaśniejącą chwałą zaświatów.

— Tak, zaprawdę... jakżeś pięknie przed chwilą złączył w swych myślach cnotę z religią. Wszystko, co obejmuje doświadczenie i ziemską działalność, stanowi zakres świadomości łączącej ten świat ze światem wyższym. Zmysłom wyższym dostępna jest religia i wtedy to, co przedtem wydawało się ciemną, naszą istotą władającą koniecznością, prawem kosmicznym bez określonej treści, przedstawia się jako cudowny, znany, nieskończenie różnorodny i zadowalający serce świat, jako niepojęcie ścisłe obcowanie wszystkich błogosławionych w Bogu, jako zrozumiałą, napełniającą bóstwem obecność istoty najbardziej osobistej, jej woli i jej miłości, we wnętrzu naszego własnego ja.

— Niewinność serca czyni cię prorokiem — odparł Sylwester. — Tobie wszystko stanie się jasne345, a świat i jego dzieje zamienią ci się w Pismo Święte. Właśnie Pismo Święte niech ci tu będzie wielkim, zdumiewającym przykładem, w jak prostych słowach i przypowieściach może być objawiony wszechświat, chociaż niebezpośrednio, to jednak przez zadziałanie na wyższe zmysły. Mnie tam zawiodło zamiłowanie przyrody, gdzie ciebie zamiłowanie i ukochanie języka. Sztuka i historia dały mi poznać naturę. Rodzice moi mieszkali na Sycylii, niedaleko góry Etny. Zajmowali wygodny dom dawnej struktury. Stał on nad brzegiem morza zakryty starymi kasztanami, otoczony ogrodem, gdzie rosły przeróżne rośliny i kwitły kwiaty. W pobliżu były chaty rybaków, pasterzy i żniwiarzy. W komorze naszej i piwnicy były zapasy wszystkiego, co służy do utrzymania i uprzyjemnienia życia, a sprzęt domowy zdobny był i oczy nań spoczywały z lubością. Nie brakło też rozlicznych przedmiotów, których oglądanie podnosi myśl ponad codzienne życie i jego wymogi, przysposabia do wyższego stadium istnienia. Widziałeś tam kamienne posągi, wazy pokryte pięknymi malowidłami przedstawiającymi różne zdarzenia, kamyki małe pokryte rzeźbą i różne przedmioty pochodzące snadź z innych, szczęśliwszych czasów. Na policach346 leżały też zwitki pergaminu, na których widniały długie szeregi liter. Były to różne zapiski odnoszące się do różnych gałęzi wiedzy, historie i poezje czasów dawno przeminionych, wyrażone pięknym, szlachetnym stylem. Ojciec mój słynął szeroko jako zdolny astrolog. Przychodzili też radzić się go ludzie różni. Często z odległych doń przyjeżdżali krajów, a że uważali za rzecz cenną i rzadką umiejętność badania przyszłości, przeto mniemali, że należy też za wiadomości dobrze płacić astrologowi. Ojciec tedy mógł za otrzymane podarunki żyć wygodnie i dostatnio.

*

Na tym urywa się druga część dzieła347. Nazwał ją autor ziszczeniem348, jak pierwszą tęsknotą349, bo tu wszystko miało się spełnić i dokonać wszystkie pragnienia i przeczucia wyrażone w pierwszej części.

Postaram się, na podstawie tego, co dowiedziałem się350 od mego przyjaciela oraz co znalazłem w pozostałych po nim papierach, dać czytelnikowi pojęcie o treści drugiej części tego dzieła.

Poecie, który dotarł do treści najistotniejszej swej sztuki, nic nie wydaje się sprzeczne ani obce. Wszystkie zagadnienia są dlań rozwiązane, magia fantazji łączy wszystkie wieki i światy, cuda znikają, bo wszystko w cud się przemienia. Książka ta tak właśnie jest pisana. Zwłaszcza w bajce, która zamyka część pierwszą, znajdzie czytelnik skojarzenia najśmielsze. Znikły tu wszelkie różnice, jakie pozornie dzielą od siebie różne wieki i przez które jeden świat pojęć staje wobec drugiego w kontraście. Baśń ta służyć miała przede wszystkim za przejście z części pierwszej w drugą, gdzie opowieść bezustannie przewija się ze świata realnego w cudowny, gdzie oba one wzajem się objaśniają. Duch, który wierszem wygłasza prolog, miał po każdym rozdziale powracać, przywracać ten dziwny nastrój i podkreślać szczególny światopogląd poety. W ten sposób świat niewidzialny miał być ciągle trzymany w kontakcie z realnym. Duch ów przemawiający to poezja sama, a równocześnie człowiek syderyczny351, narodzony z uścisków Henryka z Matyldą. W podanym poniżej wierszu, który miał wejść do części drugiej, określił autor najsubtelniej ducha swych książek:

Kiedy przestaną cyfry, znaki

Być maską na poznania braki...

Kiedy przemknie pęk promieni

Za koło, kędy śnią uczeni...

Gdy świat się poda w pełne życie

I stanie państwo dusz w rozkwicie...

Gdy się skojarzą blask i mroki

W światłość, co tryśnie pod obłoki,

A w starych baśniach, gdzie dziś mroczno,

Ludzie swe dzieje widzieć poczną...

Wtedy się przyszłość z jutrem zbrata,

Z słów ciemnych mroczna spadnie szata.

Ogrodnik, z którym Henryk rozmawia, to ów starzec, który gościł u siebie ongiś ojca Henryka. Młoda dziewczyna, zwana Cyaną, nie jest jego córką, ale dzieckiem hrabiego Hohenzollerna. Przybyła tu ze Wschodu w bardzo młodych latach, ale zachowała wspomnienia ziemi, gdzie się narodziła. Wiodła długo w górach, gdzie ją wychowywała zmarła matka, życie tajemnicze. Wcześnie straciła jednego z braci. Sama raz bliska była śmierci, w stary wpadłszy grobowiec, ale wyratował ją pewien stary lekarz w cudowny sposób. Jest wesoła, dobra i obraca się w świecie cudów. Opowiada pielgrzymowi własną jego historię, jak gdyby ją dawniej słyszała od matki. Wysyła go do odległego klasztoru, gdzie mnisi stanowią niejaką kolonię duchów. Wszystko tu jakby w jakiejś magicznej, mistycznej loży. Są to kapłani ognia płonącego w młodzieńczych sercach. Pielgrzym słyszy płynący z oddali śpiew braci. W kościele ma wizję. Ze starym mnichem rozmawia Henryk o śmierci i magii. Ma przeczucia odnośnie do śmierci i kamienia filozoficznego. Zwiedza klasztor i cmentarz. Nad bramą cmentarza znajduje następujący napis:

Chwal przechodniu nasze włoście352,

Dobra pełne izby, skrzynie...

Rozmaity sprzęt domowy

Jeśli możesz, zlicz.

Co dnia idą nowi goście,

Każdy o swojej godzinie,

Na ognisku ciągle nowy

Płonie życia znicz.

Tyle naczyń drogocennych,

Ze śladami łez tęsknoty,

Miecze, tarcze i korony,

Setki złotych czasz...

I klejnotów moc promiennych

Kryją ciemne, tajne groty...

Nawał skarbów niezmierzony

Mieści skarbiec nasz.

Dzieci długich snu wywczasów,

Bohatery353 dawnych czasów,

Gwiezdne, pogaśnięte duchy,

Ludzie innych lat...

Piękne damy, mistrze354 sławni,

Dzieci, ludzie bardzo dawni,

O których zanikły słuchy...

Cichy ludnią355 świat.

Płacz i smutek zapomniany

Przy letejskim356, słodkim winie...

Kto raz z nami siadł u stołu,

Nie chce odejść precz.

Wszystkie pogojone rany,

Cicho czas w klepsydrze płynie...

Zmarszczki już nie szpecą czoła...

Dziwna, dziwna rzecz!

Ogarnione357 łaską bożą,

Zasłuchane w cudne granie,

Zmysły się wieczności korzą,

Niebios w duszach toń...

Poprzez niwy srebrne rosą358

Płynie ciche wiatru wianie...

Szaty ich powiewne niosą

Przez kwiecistą błoń359.

O, uroku cisz północnych...

O, wy kręgi duchów mocnych,

Cudzie tajemniczej chwili...

My was znamy, my!

Gdy w momencie rozpłynienia360

Czerpiem361 z własnych dusz strumienia,

Nim w mgłę jasną się rozpyli...

W rosy spłynie łzy.

Losów ciemnych tu zawiłość

Przejawia się jako miłość...

Elementem istnień fali,

Serc bijących pieśń.

W tysiąc iskier rozpryśnięte

Życie w ciele boskim świata

Duchem myśmy rozpoznali...

Myśli znikła cieśń362.

Szczytnych marzeń poszept głuchy

Pojęliśmy jako duchy,

Ziszczeń zorze nieułudne...

Wszechpołączeń cud!

Wszystko, na czym wzrok spoczywa,

Kwitnie w rajskich tworzyw dziwa...

Jest jak piersi dziewcząt cudne,

Leśnej głębi chłód.

Niestygnący z żądz tęsknoty

Pijem363 żar kochanki złoty,

Duszę jej pragniemy z łona

W własną wcielić jaźń.

Ciało jej, co się nie broni,

Duszę jej, jak kielich woni...

Rozkosz pić, co w ból nie skona...

Stwarzać przeżyć baśń.

W toni czystych oszołomień

Żyjem364 jako w turniach płomień...

Znikła smętna ziemi zjawa,

Wicher rozdarł zrąb...

Gdy zamknęły się mogiły

I pogrzebne stosy stliły,

Wizja z serc wygnana łzawa,

Dreszczów strachu ziąb.

Echo wspomnień niedośnionych,

Tęsknot Bogiem rozpłonionych...

Kędyś duszę fala drąży,

Zadumania cień.

Bo są boskie, ciche rany,

Jęk w bezmiary rozpętany,

Krew przemocna, która krąży,

By wstał nowy dzień.

W tę przestrzenną falę spływa,

W toń, co życiem migotliwa

Naszych rannych serc wołanie,

Boga twórczy wir.

Po przypływie, kędyś w niebie

Wraca ukojone w siebie,

Lecz na rozkaz Jego wstanie

Z jutrem święcić mir.

Zrzuć więc z rąk kajdany złote,

Choć rubinów ogniem płoną

I stalowe, twarde pęta...

Z życia sprawę zdaj.

Idź w otchłannych grót365 ciemnotę,

Spłyń w grobowców zimne łono...

Noc z twych oczu będzie zdjęta,

W cudów wnijdziesz kraj.

Gdybyż oni raz poznali,

Przyszli nasi towarzysze,

Że to, co im życie krasi,

W głębi czujem366 dusz...

Z radością by skon witali,

Śmierć, co skierkę życia gasi,

Szli ochotnie w raj i ciszę...

W wieńcach białych róż.

Chodźcie, zwalczym367 ducha ziemi

Siłami połączonemi,

Znajdziem śmierci treść i życia,

Świateł wiecznych żar...

Świat codziennie bardziej kona,

Blednie jasność pożyczona,

Chwila idzie złud rozbicia,

Półodczutych mar...

Ten wiersz, to może znowu prolog do rozdziału następnego. Tu miał się począć nowy okres dzieła. Życie miało wykwitnąć bujnie z ciszy śmiertelnej. Żył pośród zmarłych i sam z nimi rozmawiał. Książka miała tu zmienić się w dramat, a ustępy opisowe miały łączyć tylko ze sobą poszczególne sceny i w niektórych miejscach je objaśniać.

Henryk nagle zjawia się w targanej wojnami Italii. Jest wodzem stojącym na czele armii. Wszystkie okropności wojny odmalowane barwami poezji. Napada ze swoją watahą na nieprzyjacielskie miasto. Jako epizod pojawia się historia miłosna patrycjusza pizańskiego i dziewczyny florentyńskiej. Pieśni bojowe. „Wielka wojna niby pojedynek, ale na wskroś szlachetna, filozoficzna, humanitarna”. Duch dawnego rycerstwa, turniej, duch tęsknoty bachicznej. Ludzie muszą się wzajem zabijać, to dużo szlachetniej jak padać od ciosów losu. Szukają śmierci. Sława i cześć to rozkosz i życie rycerza. Żyje on pośród śmierci, jak cień. Zamiłowanie śmierci, oto dusza rycerza. Ziemia domostwem wojny. Wojna na ziemi nieunikniona.

W Pizie spotyka Henryk syna cesarza Fryderyka II i zaprzyjaźnia się z nim. Zapędza się aż do Loretto. Pieśni ku czci Madonny: