Piętnasty list do Wielebnych OO. Jezuitów

(Iż jezuici wyłączają potwarz z rzędu zbrodni i że nie wahają się nią posługiwać, aby zohydzić swoich wrogów)

25 listopada 1656

Wielebni Ojcowie!

Wasze łgarstwa rosną tak z każdym dniem i posługujecie się nimi tak śmiało, aby znieważać wszystkie świątobliwe osoby, które są przeciwne waszym błędom, iż czuję się zniewolony, zarówno w ich interesie, jak w interesie Kościoła, odsłonić tajemnicę waszej taktyki, jak to przyrzekłem już od dawna, aby można było poznać z waszych własnych maksym, ile wiary można dawać waszym oskarżeniom i waszym zniewagom.

Wiem, że ci, którzy was dostatecznie nie znają, z trudnością mogą sobie tu wyrobić zdanie, ponieważ trzeba by im albo uwierzyć w niewiarygodne zbrodnie, o które oskarżacie przeciwników, albo was uważać za szalbierzy, co im się również wydaje niewiarygodne. Jak to, mówią, gdyby to nie była prawda, czyż zakonnicy ogłaszaliby to? Czyżby się chcieli zapierać swego sumienia, gubić duszę oszczerstwem? Oto ich rozumowanie; gdy więc widoczne dowody, jakimi obalam wasze fałsze, ścierają się z opinią o waszej szczerości, umysł wielu osób pozostaje w zawieszeniu między oczywistością prawdy, której nie mogą zaprzeczyć, a obowiązkiem miłości bliźniego, którego boją się naruszyć. Tak więc, szacunek, jakiego zażywacie, jest jedyną rzeczą, która broni światu odrzucić wasze potwarze. Pokażmy tedy, iż wy macie o oszczerstwie inne pojęcia, niżby kto przypuszczał; że sądzicie, iż można osiągnąć zbawienie, spotwarzając swoich nieprzyjaciół: wówczas nie ulega wątpliwości, iż wobec oczywistości prawdy świat odwróci się bezzwłocznie od waszych szalbierstw. To właśnie, moi ojcowie, będzie przedmiotem tego Listu.

Nie tylko ukażę że wasze pisma pełne są oszczerstw, ale pójdę dalej. Można zapewne mówić rzeczy fałszywe, uważając je za prawdę; ale cechą kłamcy jest to, że kłamie z intencją. Ukażę tedy, moi ojcowie, że waszą intencją jest kłamać i spotwarzać; że świadomie i z zamiarem wmawiacie przeciwnikom urojone zbrodnie, ponieważ sądzicie, iż możecie to uczynić, nie wypadając ze stanu łaski. I mimo iż znacie równie dobrze jak ja ten punkt waszych zasad moralnych, wyłożę go wam, moi ojcowie, iżby nikt nie mógł wątpić o tym, widząc, iż mówię to wam w żywe oczy, a wy nie możecie zaprzeczyć, lub też, przecząc, potwierdzilibyście właśnie zarzut, jaki wam czynię. Jest to bowiem nauka tak pospolita w waszych szkołach, iż głosiliście ją nie tylko w książkach, ale także i w tezach publicznych, co już jest szczyt zuchwalstwa; między innymi w waszych tezach z Louvain r. 1645, w tych słowach, iż „spotwarzać i przypisywać urojone zbrodnie, aby podkopać wiarę tych, którzy o nas źle mówią, jest to grzech tylko powszedni: Quidni nonnisi veniale sit, detrahentis auctoritatem magnam, tibi noxiam, falso crimine elidere?” I ta nauka przechowuje się u was tak stale, iż ktokolwiek ośmieli się ją zaczepić, mienicie go nieukiem i zuchwalcem.

Przekonał się o tym niedawno o. Quiroga, niemiecki kapucyn, kiedy chciał się temu sprzeciwić. Natychmiast wziął się do niego wasz o. Dicastillus; i powiada o tej dyspucie w następujących słowach: de Just. l. II, tr. 2, disp. 12, n. 404. „Pewien wielce poważny mnich, bosy i w kapturze, CUCULLATUS, GYMNOPODA, którego nie nazwę, ośmielił się zohydzać to mniemanie wśród kobiet i nieuków, powiadając, że ono jest szkodliwe i gorszące, sprzeczne z dobrymi obyczajami, ze spokojem państwa i społeczeństwa, wreszcie sprzeczne nie tylko ze wszystkimi Doktorami katolickimi, ale wszystkimi roszczącymi sobie pretensje do tego miana. Ale ja mu oświadczyłem i oświadczam jeszcze, że potwarz, kiedy się jej używa wobec potwarcy, choćby była kłamstwem, nie jest wszelako grzechem śmiertelnym, ani przeciw sprawiedliwości, ani przeciw miłości bliźniego; i aby tego dowieść, przytoczyłem mu mnogość naszych ojców i całe uniwersytety, które z nich są złożone, a których się wszystkich radziłem, między innymi w. o. Jana Gansa, spowiednika cesarza Ferdynanda III; w. o. Daniela Bastela, spowiednika arcyksięcia Leopolda, brata cesarskiego; o. Henryka, który był nauczycielem tych dwóch książąt; wszystkich publicznych i zwyczajnych profesorów uniwersytetu wiedeńskiego” (całego złożonego z jezuitów); „wszystkich profesorów uniwersytetu w Grazu” (sami jezuici); „wszystkich profesorów uniwersytetu w Pradze” (gdzie zwierzchnikami są też jezuici), „od których mam w ręku potwierdzenie mego mniemania, pisane i podpisane ich ręką: prócz tego mam jeszcze za sobą o. Penalossę, jezuitę, kaznodzieję cesarza i króla Hiszpanii; o. Pelliceroli, jezuitę, i wielu innych, którzy przed naszym sporem uznali to mniemanie za prawdopodobne”. Widzicie tedy, moi ojcowie, iż mało które mniemanie staraliście się uzasadnić równie gruntownie i mało które też było wam tak potrzebne. I dlatego uprawniliście je tak powszechnie, iż kazuiści posługują się nim jako niewzruszoną zasadą. „Bez żadnego wątpienia”, powiada Caramuel, n. 1161, „prawdopodobnym jest mniemanie, że nie jest grzechem śmiertelnym oczerniać fałszywie dla zachowania swojej czci: broni bowiem tego mniemania więcej niż dwudziestu poważnych autorów, jezuici Gaspar Hurtado i Dicastillus etc., tak iż gdyby ta nauka nie była prawdopodobna, nie byłaby nią chyba żadna w całej teologii”.

O niecna teologio, tak skażona u samych podstaw, iż gdyby wedle jej maksym nie było prawdopodobne i pewne w sumieniu, że można bezpiecznie spotwarzać, aby ratować swą cześć, żadne inne z jej orzeczeń nie byłoby pewne! Jakże prawdopodobnym jest, moi ojcowie, iż ci, którzy wyznają tę zasadę, wprowadzają ją niekiedy w życie! Znieprawione skłonności ludzi prą do niej tak silnie, iż nie do wiary jest, aby z usunięciem zapory sumienia nie rozlała się z całą swą przyrodzoną gwałtownością. Chcecie przykładu? Caramuel dostarczy go wam w tym samym miejscu: „Zasadę tę”, mówi, „ojca Dicastilla, tyczącą potwarzy wszczepiła pewna hrabina niemiecka córkom cesarzowej; otóż przeświadczenie, iż oszczerstwo jest jedynie grzechem powszednim spłodziło w krótkim czasie tyle potwarzy i obmowy i fałszywych doniesień, iż cały dwór zatrząsł się od plotek; łatwo bowiem sobie wyobrazić, jaki z tego umiały zrobić użytek. Tak iż dla uśmierzenia tego niepokoju trzeba było wezwać zacnego kapucyna, człeka przykładnego życia, imieniem o. Quiroga” (i o to właśnie o. Dicastillus, jezuita, tak napadł na niego), „który je pouczył, że ta maksyma jest bardzo zgubna, zwłaszcza wśród kobiet, i bardzo pilnie nastawał na to, aby cesarzowa zupełnie wytępiła jej praktykę”. Nie ma się co i dziwić złym skutkom, jakie sprowadziła ta nauka. Trzeba by, przeciwnie, podziwiać, gdyby nie sprowadziła tej swowoli. Miłość własna szepce nam zawsze, że jeżeli kto nas zaczepi, to niesprawiedliwie; was zwłaszcza, moi ojcowie, próżność zaślepia do tego stopnia, iż we wszystkich swoich pismach chcecie wmówić światu, że obrażać cześć waszego Towarzystwa znaczy obrażać cześć Kościoła. Tak więc, moi ojcowie, wielki byłby dziw, zaiste, gdybyście nie wprowadzili tej zasady w praktykę.

Nie trzeba tedy mówić o was, jak ci, którzy was nie znają: „Czyżby ci dobrzy ojcowie chcieli spotwarzać swoich wrogów i narażać się w ten sposób na utratę zbawienia?” Przeciwnie, należy mówić: „Dlaczego ci dobrzy ojcowie mieliby się wyrzec korzyści zohydzenia swoich wrogów, skoro mogą to uczynić, nie narażając zbawienia?”. Niechże się tedy nikt już nie dziwi, widząc jezuitę potwarcą! Są potwarcami z czystym sumieniem; i nic nie może ich od tego powściągnąć, skoro dzięki wpływom, jakie mają w świecie, mogą spotwarzać bez obawy sprawiedliwości ludzkiej, mocą zaś wpływu, jaki sobie nadali w sprawach sumienia, ustanowili maksymy pozwalające im to czynić bez obawy sprawiedliwości bożej.

Oto, moi ojcowie, źródło, z którego rodzi się tyle niecnych oszczerstw. Oto przyczyna, dla której wasz o. Brisacier rozszerzał ich tyle, iż w końcu ściągnął na się cenzurę nieboszczyka arcybiskupa paryskiego. Oto co ośmieliło waszego o. d’Anjou, iż wprost z kazalnicy, w kościele św. Benedykta w Paryżu, 8 marca 1655, spotwarzał dostojne osoby zbierające jałmużnę na biednych z Pikardii i Szampanii (do których tak hojnie przyczyniały się same!) i głosił ohydne kłamstwo zdolne zatamować napływ tych jałmużn, w razie gdyby świat uwierzył waszym oszczerstwom: iż „wie niezawodnie, jako owe osoby przywłaszczyły sobie te pieniądze, aby ich użyć przeciw Kościołowi i przeciw państwu”. Co skłoniło proboszcza parafii, zarazem doktora Sorbony, iż nazajutrz wstąpił na kazalnicę, aby zaprzeczyć tym potwarzom. Na mocy tej samej zasady, wasz o. Crasset siał w Orleanie z ambony tyle oszczerstw, iż trzeba było, aby jego dostojność biskup orleański zawiesił go w funkcjach jako oszczercę, orędziem swoim z 9 września ubiegłego roku, gdzie powiada, iż „zabrania bratu Janowi Crasset, T. J. kazać w całej diecezji, a ludowi słuchać go, pod grozą śmiertelnego grzechu nieposłuszeństwa, a to iż dowiedział się, że ów Crasset wygłosił z ambony mowę pełną fałszu i potwarzy przeciw miejscowym księżom, podsuwając im oszczerczo i złośliwie te heretyckie i bezbożne twierdzenia, iż przykazania boskie są niemożliwe; iż nigdy człowiek nie opiera się łasce wewnętrznej; iż Chrystus nie umarł za wszystkich ludzi; i inne tym podobne twierdzenia, potępione przez Innocentego X”. To bowiem, moi ojcowie, jest wasze zwyczajne oszczerstwo, pierwsze, które rzucacie na wszystkich, na których zohydzeniu wam zależy. I mimo że równie wam jest niepodobna dowieść tego o kimkolwiek, jak waszemu o. Crasset o księżach orleańskich, mimo to sumienie wasze pozostaje czyste: uważacie ten sposób spotwarzania przeciwników za tak niewinny i dozwolony, iż nie lękacie się wręcz głosić tego publicznie, na oczach całego miasta.

Wymowne tego świadectwo daje ów spór, jaki wiedliście z ks. Puys, proboszczem parafii Saint-Nizier w Lyonie; że zaś historia ta doskonale ujawnia waszego ducha, przytoczę z niej główne okoliczności. Wiecie, moi ojcowie, iż ks. Puys przełożył na francuskie wyborną książkę innego ojca kapucyna, tyczącą obowiązków chrześcijan w ich parafii. Książka przemawiała przeciw tym, którzy odwracają ich od tych obowiązków, ale nie zawierała żadnej osobistej napaści, ani też nie wskazywała w szczególności żadnego księdza i żadnego zakonu. Mimo to, wasi ojcowie wzięli to do siebie; bez żadnego względu na starego czcigodnego proboszcza, sędziego prymatu francuskiego, szanowanego w całym mieście, wasz o. Alby napisał nań jadowitą książkę, którą sami sprzedawaliście we własnym kościele w dzień Wniebowzięcia i w której oskarżał go o rozmaite rzeczy, między innymi, iż „osławił się swoją rozpustą; iż podejrzany jest o bezbożność, herezję, wyklęty i godzien spalenia żywcem”.

Na to ks. Puys odpowiedział; o. Alby zaś podtrzymał w drugiej książce swoje oskarżenia. Nieprawdaż tedy, moi ojcowie, iż albo byliście potwarcami, albo też sądziliście istotnie to wszystko o tym zacnym księdzu i tym samym musiałby się oczyścić ze swych błędów, aby się stać godnym waszej przyjaźni? Słuchajcież tedy, jaki przebieg miało pojednanie, które odbyło się w obecności licznych dygnitarzy miejskich, a imiona ich zaznaczone są w odnośnym akcie z d. 25 września r. 1650. Wobec wszystkich tych osób, ks. Puys oświadczył jeno: „iż to, co napisał nie odnosi się do ojców jezuitów; iż mówił w ogólności przeciw tym, którzy odciągają wiernych od parafii, ale nie miał na myśli Towarzystwa Jezusowego; że, przeciwnie, czci je i miłuje”. Te proste słowa obmyły go z apostazji, zgorszenia, ekskomuniki, bez odwołania i bez rozgrzeszenia; po czym o. Alby rzekł doń dosłownie, co następuje: „Wielebny ojcze, w mniemaniu, iż zaczepiłeś Towarzystwo, którego mam zaszczyt być członkiem, ująłem pióro, aby ci odpowiedzieć w sposobie, który uważałem za dozwolony. Ale poznawszy lepiej twoje intencje, oświadczam, iż nic nie stoi już na przeszkodzie, abym cię miał za człowieka wysoce światłego, głębokiej i prawowiernej nauki, nieskazitelnych obyczajów, jednym słowem za godnego pasterza Kościoła. Które to oświadczenie składam z przyjemnością i proszę obecnych, aby je zapamiętali”.

Zapamiętali je, moi ojcowie, i pojednanie to sprawiło więcej zgorszenia niż kłótnia. Czyż nie jest godną podziwienia owa przemowa o. Alby? Nie powiada, iż cofa oskarżenie, ponieważ dowiedział się o zmianie obyczajów i nauki ks. Puys; powiada tylko, iż „skoro nie było jego intencją zaczepiać wasze Towarzystwo, nic nie stoi na przeszkodzie, aby go uznać za dobrego katolika”. Nie uważał go tedy w istocie za heretyka? A mimo to, oskarżywszy go o to wbrew sumieniu, nie oświadcza, iż pobłądził, ale, przeciwnie, ośmiela się mówić, iż użył „sposobu, który uważał za dozwolony”.

Jakże wy możecie, moi ojcowie, wyznawać tak publicznie, iż wiarę i cnotę każdego człowieka mierzycie jedynie uczuciami, jakie żywi dla waszego Towarzystwa? Jakim cudem nie ulękliście się podać siebie samych, własnym swoim wyznaniem, za szalbierzy i potwarców? Jak to, moi ojcowie, ten sam człowiek, w niczym nieodmieniony, wedle tego czy szanuje albo zaczepia wasze Towarzystwo, będzie „pobożnym” albo „bezbożnikiem”; „nieskazitelnym” albo „wyklętym”; „godnym pasterzem Kościoła” albo „godnym stosu”; wreszcie „katolikiem” albo „heretykiem”? Zatem w waszym języku zaczepiać wasze Towarzystwo a być heretykiem, to jedno?

To mi ucieszna herezja, moi ojcowie! Tak więc, kiedy widzimy w waszych pismach, iż tylu katolików mienicie heretykami, to znaczy tylko, że są z wami w niezgodzie. Dobrze jest, moi ojcowie, aby świat zrozumiał ten szczególny język, wedle którego nie ulega wątpliwości, że jestem wielkim heretykiem. W tym też znaczeniu dajecie mi tak często to miano. Wykluczacie mnie z Kościoła, dlatego iż uważacie, że Listy moje wam szkodzą: tak więc, abym się stał katolikiem, pozostaje mi jedynie — albo pochwalić wyuzdanie waszych nauk moralnych, czego bym nie mógł uczynić bez zdeptania religii, albo przekonać was, iż to, co czynię, czynię jedynie dla waszego dobra. Ale aby to uznać, trzeba by wam zupełnie opamiętać się w waszym zbłąkaniu! Jakże głęboko utkwiłem tedy w herezji, skoro czystość mojej wiary nie zdoła mnie zbawić od tego błędu, a wydobyć się zeń mogę jedynie albo sprzeniewierzając się swemu sumieniu albo przekształcając wasze. Aż do tej chwili będę zawsze niegodziwcem i szalbierzem; i choćbym najwierniej przytoczył ustępy z waszych pism, będziecie krzyczeć wszędzie, iż „trzeba być narzędziem szatana, aby wam wpierać” rzeczy, których ani „najmniejszego śladu” nie ma w waszych pismach. I czyniąc to, będziecie w zupełnej zgodzie z waszą zasadą i waszą zwyczajną praktyką; tak daleko sięga wasz przywilej kłamania! Pozwólcie, że wam dam tego przykład, który wybieram umyślnie, ponieważ odpowiada on równocześnie na wasze dziewiąte szalbierstwo; nie zasługują też, aby je odpierać inaczej niż mimochodem!

Przed dziesięciu czy dwunastu laty uczyniono wam zarzut z tej zasady o. Bauny, iż „wolno jest szukać wprost i bezpośrednio, PRIMO ET PER SE, najbliższej sposobności do grzechu, gdy chodzi o dobro duchowe lub doczesne nasze lub naszego bliźniego” (tr. 4. q. 14). Na co podaje taki przykład, iż „wolno jest każdemu iść do domu rozpusty, aby nawracać upadłe kobiety, chociażby było prawdopodobne, że tam zgrzeszy, jako iż zdarzało się często, że pokusy tych kobiet skłoniły niejednego do grzechu”. Cóż odpowiada na to wasz o. Caussin, w r. 1644, w swojej Apologii Towarzystwa Jezusowego, str. 128: „Niech kto chce zbada ten ustęp pism o. Bauny; niech odczyta stronicę, margines, ustęp, przypisy, wszystko, nawet całą książkę, a nie znajdzie ani śladu tego zdania, które mogło się wylęgnąć jedynie w duszy człowieka bez sumienia i urodzić się z podszeptu złego ducha”. A wasz o. Pintereau, tym samym stylem, cz. I, str. 24.: „Trzeba być zgoła bez sumienia, aby głosić tak haniebną naukę; ale trzeba być gorszym od czarta, aby ją podsuwać ojcu Bauny. Wierzaj, czytelniku, iż nie ma ani śladu, ani znaku czegoś podobnego w całej jego książce”. Któż by nie uwierzył, że ludzie przemawiający tym tonem mają prawo do oburzenia i że w istocie oczerniono niesłusznie o. Bauny? Czyście kiedy powstali przeciw mnie w silniejszych wyrazach? I w jaki sposób ośmieliłby się ktoś mniemać, iż ustęp ten znajduje się dosłownie w miejscu, które przytoczono, wówczas gdy wy powiadacie, iż nie ma ani śladu czegoś podobnego w całej książce?

W istocie, moi ojcowie, oto sposób zyskania wiary, dotąd póki wam ktoś nie odpowie, ale też sposób stracenia tej wiary na zawsze po tej odpowiedzi. Tak oczywistym bowiem jest, żeście kłamali wówczas, iż dziś bez najmniejszej trudności uznajecie w swoich odpowiedziach, że ta maksyma znajduje się u o. Bauny w przytoczonym miejscu; a najcudowniejsze jest to, iż ta nauka tak „ohydna” przed dwunastu laty jest obecnie tak niewinna, iż w waszym dziewiątym szalbierstwie, str. 10, oskarżacie mnie „o nieuctwo i złośliwość, z jaką zaczepiam o. Bauny o mniemanie, którego Szkoła nie potępia”.

Jakież to wygodne, moi ojcowie, mieć sprawę z ludźmi, którzy mówią raz czarno, raz biało! Wystarczy mi waszego świadectwa, aby was pognębić; trzeba mi bowiem wykazać jedynie dwie rzeczy: raz, że ta zasada jest nicwarta; po wtóre, że należy do o. Bauny; a jednego i drugiego dowiodę własnym waszym wyznaniem. W r. 1644 uznaliście że jest „ohydna”; w r. 1656, przyznajecie, że należy „do o. Bauny”. To podwójne uznanie dostatecznie mnie usprawiedliwia, moi ojcowie. Ale czyni ono więcej: odsłania ducha waszej polityki. Powiedzcie mi bowiem, proszę, jaki cel sobie stawiacie w swoich pismach? Czy szczerość? Nie, moi ojcowie, skoro odpowiedzi wasze niweczą się nawzajem. Czy dążenie za prawdą wiary? Również nie, skoro uprawniacie maksymę, która jest „ohydna”, wedle was samych. Ale zważmy, iż, kiedyście nazywali tę maksymę „ohydną”, przeczyliście równocześnie, aby to była maksyma o. Bauny, zatem był on niewinny; kiedy zaś przyznajecie, że ta maksyma jest jego, utrzymujecie równocześnie, że jest dobra: w ten sposób znowu jest niewinny. Tak iż, skoro niewinność tego ojca jest jedyną rzeczą wspólną w waszych odpowiedziach, jasnym też jest, że to jest jedyna rzecz, o którą wam chodziło. Jedynym waszym celem jest bronić swoich ojców; raz powiadając o tej samej zasadzie, że jest w waszych książkach, a raz że jej nie ma; że jest dobra i że jest zła; nie wedle prawdy, która nie zmienia się nigdy, ale wedle waszego interesu, który zmienia się ciągle.

Ileż mógłbym jeszcze mówić w tym przedmiocie! Widzicie bowiem, że to jest argument nie do odparcia. Jest to wszelako u was rzecz najzwyczajniejsza w świecie; pominę też nieskończoną mnogość przykładów i podam tylko jeszcze jeden, którym, jak sądzę, się zadowolicie.

Przyganiano wam w tym samym czasie inne twierdzenie o. Bauny, tr. 4, q. 22, p. 100: „Nie należy odwlekać ani odmawiać rozgrzeszenia tym, którzy trwają nałogowo w zbrodniach przeciw prawu Boga, natury i Kościoła, choćby się nawet nie widziało żadnej nadziei poprawy; etsi emendationis futurae spes nulla appareat”. Proszę was tedy, moi ojcowie, powiedzcie mi, czyja obrona bardziej wypadła po waszej myśli, czy waszego o. Pintereau, czy też waszego o. Brisacier, którzy bronią o. Bauny na dwa wasze sposoby: jeden potępia to twierdzenie, ale przeczy, aby było ojca Bauny; drugi przyznaje że jest ojca Bauny, ale usprawiedliwia je równocześnie? Posłuchajcie tedy ich wywodów. Oto o. Pintereau, str. 18: „Czy to nie jest przekroczeniom ostatecznych granic wszelkiego wstydu, przypisywać o. Bauny tak występną naukę? Osądź, czytelniku, bezeceństwo tej potwarzy; oceń, z kim jezuici mają do czynienia i czy autor tak szpetnego oszczerstwa nie powinien być odtąd uważany za rzecznika samego czarta?” A oto znów wasz o. Brisacier, p. 4, pag. 21. „W istocie, o. Bauny powiedział to, co przytaczacie”. (To znaczy zadać kłam ojcu Pintereau bardzo wyraźnie.) „Ale” — dodaje, aby usprawiedliwić o. Bauny — „wy, którzy to ganicie, czekajcie, kiedy penitent będzie u waszych stóp, aż jego Anioł Stróż odda zań w rękojmię wszystkie prawa, które ma w niebie; czekajcie, aż Bóg Ojciec przysięgnie na swoją głowę, iż Dawid skłamał, kiedy powiedział z natchnienia Ducha Świętego, że wszelki człowiek jest kłamliwy, zwodniczy i ułomny; czekajcie, aż penitent wasz nie będzie kłamliwy, ułomny, zmienny i grzeszny jak inni: wówczas nie użyczycie krwi Jezusa Chrystusa nikomu”.

Co sądzicie, moi ojcowie, o tych niedorzecznych i bluźnierczych wyrażeniach? Zatem, gdyby się miało czekać na jakiś cień nadziei poprawy, aby rozgrzeszyć grzesznika, trzeba by czekać, „aż sam Bóg Ojciec przysięgnie na swoją głowę”, iż ten grzesznik nie upadnie więcej? Jak to, moi ojcowie, więc nie ma różnicy między nadzieją a pewnością? Cóż to za bluźnierstwo przeciw łasce Jezusa Chrystusa, mówić, iż tak dalece niepodobieństwem jest, aby chrześcijanie poniechali kiedy zbrodni przeciw prawu Boga, natury i Kościoła, że nie można się tego spodziewać „o ile Duch Św. nie skłamał”! Zatem, wedle was, gdyby się nie dawało rozgrzeszenia tym, „po których nie można się spodziewać żadnej poprawy”, krew Jezusa Chrystusa byłaby bezużyteczna i „nie można by jej użyczyć nikomu”! Dokądże was przywodzi, moi ojcowie, nieumiarkowane pragnienie ocalenia czci swoich autorów, skoro aby ich usprawiedliwić, znajdujecie tylko dwie drogi: szalbierstwo albo bluźnierstwo; że przeto, najniewinniejszym sposobem waszej obrony jest przeczyć zuchwale najbardziej oczywistym rzeczom!

Stąd pochodzi, iż tak często posługujecie się łgarstwem. Sporządzacie pisma, aby zohydzić swoich nieprzyjaciół, jak np. List pastora kalwińskiego do P. Arnauld, który rozrzucaliście po całym Paryżu, aby wmówić światu, iż książkę O częstej komunii, uznaną przez tylu biskupów i doktorów, ale, w istocie, niezbyt dla was miłą, napisał Arnauld w tajemnym porozumieniu z kalwinami. Innym razem przypisujecie swoim przeciwnikom pisma pełno bezbożności, jak List okrężny Jansenistów; ale bezczelny styl tego Listu czyni szalbierstwo zbyt grubym i zbyt jawnie odsłania niegodziwość waszego o. Meynier, który ośmielił się nim posłużyć, str. 28, aby poprzeć swoje najczarniejsze oszczerstwa. Cytujecie niekiedy książki, które nigdy nie istniały, jak Konstytucje św. Sakramentu; czerpiecie z nich ustępy, sfabrykowane przez was samych, od których włosy powstają na głowie prostaczkom, nie znającym waszej śmiałości w wymyślaniu i ogłaszaniu kłamstw. Nie ma bowiem rodzaju oszczerstwa, którym byście się nie posłużyli. Zaiste, maksyma, która je usprawiedliwia, nie mogła się znaleźć w lepszych rękach.

Ale te szalbierstwa są zbyt łatwe do odparcia; dlatego też macie i subtelniejsze, w których nic nie określacie po szczególe, aby odjąć wszelki chwyt i wszelką możność obrony; jak np. kiedy o. Brisacier powiada, iż „jego wrogowie dopuszczają się ohydnych zbrodni, ale że nie chce ich przytaczać”. Czy nie zdawałoby się, że niepodobna dowieść oszczerstwa wobec tak nieuchwytnego zarzutu? Pewien zdatny człowiek wszelako znalazł na to sposób; a był to znów kapucyn, moi ojcowie; nie macie dziś szczęścia do kapucynów; a boję się, iż kiedyś możecie go nie mieć i do benedyktynów.

Kapucyn ów nazywa się o. Walerian, z domu hrabiów Magni. Dowiecie się z tej opowiastki, w jaki sposób odpowiedział na wasze oszczerstwa. Powiodło mu się szczęśliwie nawrócić landgrafa darmstadzkiego. Wasi ojcowie, jak gdyby ich bolało patrzeć na nawrócenie panującego księcia bez ich pomocy, sporządzili natychmiast książkę przeciw niemu (prześladujecie bowiem zacnych ludzi wszędzie), gdzie, fałszując jego cytaty, pomawiają go o herezję. Puścili też w obieg list przeciw niemu, gdzie powiadają: „Ha, ileż rzeczy moglibyśmy odsłonić” (nie mówiąc co), „które by ci bardzo były dotkliwe! Jeżeli bowiem nie opamiętasz się, będziemy zmuszeni przestrzec o tym papieża i kardynałów”.

To jest wcale zręcznie, moi ojcowie: nie wątpię też, iż w podobny sposób mówicie i o mnie. Ale posłuchajcie, w jaki sposób on na to odpowiada w swojej książce wydrukowanej w Pradze w zeszłym roku, str. 112 i nast: „Cóż pocznę” (mówi) „przeciw tym mglistym i nieokreślonym oszczerstwom? W jaki sposób odeprę zarzuty, których nie określają?? Oto wszelako sposób. Oświadczam mianowicie głośno i publicznie tym, którzy mi grożą, iż o ile nie ogłoszą moich zbrodni całemu światu, uważam ich za zuchwałych szalbierzy, przebiegłych i bezwstydnych kłamców. Wystąpcie tedy, moi oskarżyciele, i okrzyczcie te sprawy na dachach zamiast je szeptać do ucha i kłamać bezpiecznie, szepcąc do ucha. Niektórzy uważają, iż takie spory są gorszące. To prawda, iż jest to straszliwe zgorszenie wmawiać mi zbrodnię taką jak herezja i czynić mnie podejrzanym o wiele innych zbrodni. Ale ja jeno usuwam to zgorszenie, broniąc swej niewinności”.

W istocie, moi ojcowie, srogo się z wami obszedł i nigdy chyba nie widziano pełniejszego usprawiedliwienia. Musiało wam bowiem zbywać najlżejszych dowodów przeciw niemu, skoroście nie odpowiedzieli na takie wyzwanie. Zdarzają się wam niekiedy takie przykre chwile. Ale to wam nie służy za naukę. Albowiem w jakiś czas później napadliście go w podobny sposób w innym przedmiocie; i znowuż obronił się tak samo, pag. 151, w tych słowach: „Ludzie ci, którzy się stają nieznośni całemu chrześcijaństwu, dążą pod pozorem dobrych uczynków do potęgi i panowania, nakręcając do swoich celów prawie wszystkie prawa boskie, ludzkie, pisane i naturalne. Zwabiają, albo swoją nauką, albo lękiem, albo nadzieją, wszystkich możnych tej ziemi i nadużywają ich powagi, aby snuć swoje diabelskie intrygi. I zamachy ich, mimo że tak zbrodnicze, nie znajdują kary ani hamulca, ale przeciwnie, nagrodę: spełniają je też z taką śmiałością, jak gdyby oddawali usługę Bogu. Wszyscy uznają to; wszyscy mówią o tym z obrzydzeniem; ale mało kto zdolny jest stawić czoło tak potężnej tyranii. Ja to uczyniłem wszelako. Poskromiłem ich bezwstyd i powstrzymam go jeszcze raz tym samym środkiem. Oświadczam tedy, iż skłamali najbezwstydniej: MENTIRI IMPUDENTISSIME. Jeżeli to, co mi zarzucili, jest prawdą, niech udowodnią, albo okażą się jawnie kłamcami pełnymi bezwstydu: ich postępowanie w tej mierze ujawni, kto ma słuszność. Proszę wszystkich, aby dawali baczenie i aby zauważyli, jak ci ludzie, którzy nie cierpią najmniejszej obrazy, o ile mogą się obronić, udają, iż znoszą bardzo cierpliwie te, których nie mogą odeprzeć, i okrywają fałszywą cnotą swą istotną bezsilność. Dlatego to chciałem dotkliwiej przypiec ich wstyd, iżby i najtępsi mogli poznać, że jeżeli milczą, milczenie to nie jest skutkiem ich łagodności, ale nieczystego sumienia”.

Oto co powiedział, moi ojcowie, i jeszcze to: „Ci ludzie, których sprawy znane są całemu światu, są tak oczywiście niegodziwi i tak zuchwali w swej bezkarności, iż musiałbym się wyprzeć Chrystusa i jego Kościoła, gdybym nie napiętnował publicznie ich postępowania, zarówno, aby się usprawiedliwić, jak aby nie dozwolić prostaczkom wpaść w ich sidła”.

Tak, wielebni ojcowie, nie ma już sposobu się cofnąć. Trzeba zgodzić się z rolą zdemaskowanych potwarców, i uciec się do waszej maksymy: iż tego rodzaju potwarz nie jest zbrodnią. Ów ojciec znalazł sposób, aby wam zamknąć usta: tak właśnie trzeba czynić za każdym razem, kiedy oskarżacie kogoś bez dowodów. Starczy jeno odpowiedzieć każdemu jak ów o. Kapucyn: mentiris inpudentissime. Cóż bowiem można by odpowiedzieć innego, kiedy wasz o. Brisacier, na przykład, powiada, iż ci, przeciw którym pisze, to są „bramy piekielne, kapłani czarta, ludzie wyzuci z wiary, nadziei i miłości, budujący skarbiec Antychrysta? A nie mówię tego”, dodaje, „w kształcie zniewagi, ale jako najistotniejszą prawdę”. Maż się kto parać dowodzeniem, że nie jest „bramą piekielną i że nie buduje skarbca Antychrysta”?

Cóż odpowiedzieć, tak samo, na wszystkie owe mętne gadaniny i wasze oszczerstwa w przedmiocie moich Listów, jak np: „Są tacy, którzy przywłaszczają sobie restytucje, zostawiając wierzycieli w nędzy; iż ofiarowywali wory pieniędzy uczonym zakonnikom, którzy je odtrącili; iż dają beneficja, aby siać schizmę i herezję; iż posiadają pensjonarzy246 między najznamienitszymi duchownymi i na monarszych dworach; iż ja też pobieram pensję od Port-Royalu i że przed moimi Listami pisywałem romanse”, ja, który nigdy nie czytałem nawet żadnego i nie znam nawet tytułu tych, które spłodził wasz apologista247! Cóż można na to odpowiedzieć, moi ojcowie, jeśli nie: mentiris impudentissime248, o ile nie wymienicie wszystkich tych osób, czasu, miejsca. Trzeba bowiem albo milczeć, albo przytoczyć i udowodnić wszystkie te okoliczności, jak ja czynię kiedy opowiadam historię o. Alby i Jana z Alby: inaczej zaszkodzicie jeno samym sobie.

Wszystkie wasze baśnie mogły może wam być pożyteczne, zanim poznano wasze zasady, ale obecnie wszystko już odkryto; kiedy zechcecie szeptać na ucho, iż „czcigodna osoba, życząca sobie ukryć swoje nazwisko, opowiadała wam okropne rzeczy o tych ludziach”, przypomni się wam bezzwłocznie mentiris impudentissime dobrego ojca kapucyna. Zbyt długo już oszukujecie świat i nadużywacie wiary, jaką pokłada w waszych szalbierstwach. Czas zwrócić dobrą sławę tylu spotwarzonym osobom. Jakaż bowiem niewinność może być tak powszechnie uznana, aby nie poniosła jakiegoś uszczerbku przez tak śmiałe oszczerstwa Towarzystwa rozpowszechnionego po całej ziemi, które pod nabożną suknią kryje dusze tak bezbożne, iż zbrodnie takie jak oszczerstwo popełnia się tam nie wbrew zasadom, ale zgodnie z zasadami?

Tak więc nikt mnie nie potępi, iż zniweczyłem wiarę, jaką mógłby ktoś w was pokładać; toć sprawiedliwsze jest zachować tylu osobom, któreście osławili, reputację pobożności, której nie powinny były utracić, niż wam zostawiać reputację szczerości, której nie warci jesteście posiadać. Że zaś jedno nie było możliwe bez drugiego, jakże ważnym było ukazać światu, kim jesteście! To właśnie zacząłem czynić; ale wiele czasu trzeba, aby dokończyć. Świat ujrzy to wreszcie; i cała wasza polityka, moi ojcowie, nie zdoła was tu ubezpieczyć; wszystkie bowiem wysiłki, aby temu przeszkodzić, ujawniłyby jedynie najmniej przenikliwym, żeście się zlękli i że czując we własnym sumieniu to wszystko, co wam miałem powiedzieć, poruszyliście wszystkie sposoby, aby to odwrócić.