Szesnasty list do Wielebnych OO. Jezuitów
(Straszliwe potwarze jezuitów na pobożnych księży i święte zakonnice).
4 grudnia 1656
Wielebni Ojcowie!
Oto dalszy ciąg waszych potwarzy; najpierw odpowiem na te, które zostały mi jeszcze z waszych Uwag. Ale ponieważ wszystkie wasze książki są ich jednako pełne, znajdę w nich dość przedmiotu, aby z wami pomówić w tej materii, ile tylko uznam za potrzebne. Powiem wam tedy krótko, w przedmiocie tej bajki, którąście rozpuścili we wszystkich waszych pismach przeciw biskupowi z Ypre249, iż nadużywacie przewrotnie paru dwuznacznych słów z jego listów. Ponieważ te słowa można rozumieć w dobrym znaczeniu, powinno się je, wedle ducha Kościoła, wziąć w ten sposób, a inaczej mogą być wzięte jedynie wedle ducha waszego Towarzystwa. Skoro bowiem mówi do przyjaciela250: „Nie kłopocz się tyle o swego siostrzeńca, dostarczę mu czego potrzeba z pieniędzy, które mam w rękach”, czemu wmawiacie koniecznie, że on tym chciał powiedzieć, iż weźmie te pieniądze, aby ich nie zwrócić, a nie, iż zalicza je sobie, aby je oddać? Ale w istocie jesteście bardzo nieostrożni: dostarczyliście bowiem sami dowodów przeciw sobie w innych listach tegoż biskupa, któreście ogłosili, a które świadczą wyraźnie, że chodziło jedynie o zaliczkę, którą miał zwrócić. Okazuje się to z przytoczonego przez was listu z 30 lipca 1619, mianowicie ze słów: „Nie kłopocz się o ZALICZKI, nie zbraknie mu niczego, póki będzie tutaj”; oraz z 6 stycznia 1620, gdzie mówi: „Zbytnioś nagły; gdyby nawet chodziło o zdanie rachunków, mam tu jeszcze na tyle kredytu, aby znaleźć pieniądze w potrzebie”.
Jesteście tedy prostymi oszczercami, moi ojcowie, zarówno w tym przedmiocie, jak w waszej śmiesznej bajce o skarbonce w Saint-Merry. Jakąż bowiem przewagę możecie wyciągnąć z oskarżenia, które jeden z waszych konfidentów rzucił na znienawidzonego wam kapłana? Czy oskarżenie równoznaczne jest z winą? Nie, moi ojcowie. Ludzie świątobliwi jak on zawsze mogą być oskarżeni, dopóki będą istnieli potwarcy tacy jak wy. Nie z oskarżenia tedy trzeba sądzić, ale z wyroku. Otóż wyrok wydany 23 lutego 1656 uniewinnia go w całej pełni, nie mówiąc, iż tego, kto wszczął lekkomyślnie tę brudną sprawę, wyparli się właśni koledzy i zmusili do odwołania. Co zaś do tego, co powiadacie w tym samym miejscu o „sławnym duszpasterzu, który w mgnieniu oka wzbogacił się o dziewięćset tysięcy franków”, wystarczy was odesłać do ks. ks. proboszczów św. Rocha i św. Pawła, którzy dadzą całemu Paryżowi świadectwo jego bezinteresowności w tej sprawie oraz waszej karygodnej przewrotności w owej potwarzy.
Ale dość już o tak czczych fałszach. To są jedynie ćwiczenia waszych nowicjuszów, a nie wytrawne ciosy waszych mistrzów. Przechodzę tedy do nich, moi ojcowie; przechodzę do tego oszczerstwa, jednego z najczarniejszych, jakie wyszło z waszego ducha. Mówię o tym bezczelnym zuchwalstwie, z jakim ośmieliliście się wpierać świętym zakonnicom i ich nauczycielom, że „nie wierzą w tajemnicę Przemienienia, ani w istotną obecność Jezusa Chrystusa w Eucharystii”. Oto, moi ojcowie, szalbierstwo godne was. Oto zbrodnia, którą tylko sam Bóg zdolny jest ukarać, jak wy tylko sami zdolni jesteście ją popełnić. Trzeba być równie pokornym jak te pokorne spotwarzone istoty, aby to znieść cierpliwie, i trzeba być równie niegodziwym jak ci niegodziwi oszczercy, aby temu uwierzyć. Nie silę się tedy ich oczyszczać: nie ciąży na nich żadne podejrzenie. Gdyby potrzebowały obrońców, znalazłyby lepszych ode mnie. To, co powiem tutaj, nie ma na celu wykazania ich niewinności, ale tylko waszej złej wiary. Chcę jedynie wzbudzić grozę w was samych i ukazać całemu światu, że po tym uczynku nie masz nic, do czego byście nie byli zdolni.
Powiecie oczywiście, że ja należę do Port-Royal: to bowiem pierwsza rzecz, którą rzucacie każdemu, kto zwalcza wasze ohydy; jak gdyby tylko w Port-Royal znajdowali się ludzie dość gorliwi, aby bronić przeciw wam czystości chrześcijaństwa! Znam, moi ojcowie, zacność pobożnych samotników, którzy się tam schronili; wiem, ile Kościół zawdzięcza ich zbożnej i wytrwałej pracy. Znam ich pobożność i wiedzę. Mimo bowiem, iż nie należę do ich grona — jak to chcielibyście wmówić, nie wiedząc, kim jestem — znam niejednego z nich, a szanuję cnotę wszystkich. Ale Bóg nie ograniczył jedynie do owego grona tych, których chce przeciwstawić waszym wyuzdaniom. Mam nadzieję dać wam to uczuć, moi ojcowie, przy jego pomocy; i jeżeli raczy mnie podtrzymać w zamiarze obrócenia dlań wszystkiego, co odeń otrzymałem, przemówię do was w taki sposób, iż może pożałujecie, że nie macie do czynienia z kimś z Port-Royal. I tak, moi ojcowie, podczas gdy ci, których znieważacie tak haniebną potwarzą, zasyłają jeno do Boga modły, aby wam ją odpuścił, ja, którego nie dotyczy ta krzywda, czuję się w obowiązku rzucić wam ją w oczy w obliczu całego Kościoła i przyprawić was o ów zbawczy wstyd, o którym mówi Kościół, będący jedynym niemal lekarstwem w podobnej zatwardziałości: Imple facies eorum ignominia; et quaerent nomen tuum Domine251.
Trzeba poskromić to zuchwalstwo, które nie oszczędza najświętszych miejsc. Któż bowiem będzie bezpieczny po takiej potwarzy? Jak to, moi ojcowie, śmiecie rozszerzać po całym Paryżu tak gorszącą książkę, pod nazwiskiem o. Meynier, jednego z waszych, i pod tym ohydnym tytułem: Port-Royal i Genewa w zmowie przeciw Przenajświętszemu Sakramentowi Ołtarza! Oskarżacie w tej książce o kacerstwo nie tylko ks. de Saint-Cyran i p. Arnauld, ale także siostrę jego, matkę Agnieszkę, i wszystkie zakonnice z tego klasztoru, mówiąc o nich na str. 96, iż „wiara ich w przedmiocie Eucharystii jest równie podejrzana jak wiara p. Arnauld”, o którym twierdzicie na str. 4, że „jest szczerym Kalwinem”.
Pytam całego świata, czy istnieją w Kościele osoby, na które moglibyście miotać podobne zarzuty z mniejszym prawdopodobieństwem? Powiedzcie mi bowiem, moi ojcowie, gdyby te zakonnice i ich duszpasterze byli „w zmowie z Genewą przeciw Przenajświętszemu Sakramentowi Ołtarza” — rzecz straszna do pomyślenia! — czemu obrałyby za główny cel swego nabożeństwa ten Sakrament, tak bardzo im obmierzły? Czemu pomieściłyby w swojej regule kult Przenajświętszego Sakramentu? Czemu przybrałyby strój Przenajświętszego Sakramentu; miano „Panien Przenajświętszego Sakramentu”; czemu nazwałyby swój kościół: „Kościołem Przenajświętszego Sakramentu”? Czemu starałyby się w Rzymie o zatwierdzenie tej instytucji i o prawo święcenia co czwartek nabożeństwa do Przenajświętszego Sakramentu, w którym wiara Kościoła tak pełno się wyraża, gdyby, powiadom, sprzysięgły się z Genewą celem podkopania tej wiary w Kościele? Czemu by się zobowiązały — w osobliwym ślubie zatwierdzonym przez Papieża — iż bez przerwy, dzień i noc, zakonnice będą czuwać w obliczu tej św. Hostii, aby swym nieustającym uwielbieniem tej ofiary odkupić bezbożność herezji, która chciała ją obalić? Powiedzcie mi, moi ojcowie, jeśli zdołacie, czemu ze wszystkich tajemnic naszej wiary poniechałyby tych, w które wierzą, aby wybrać tę, w którą jakoby nie wierzą? I czemu by się poświęciły, tak pełno i całkowicie, tej tajemnicy naszej wiary, gdyby ją uważały, jak heretycy, za tajemnicę nieprawości? Co odpowiecie, moi ojcowie, na tak oczywiste świadectwa? Świadectwa nie tylko słów, ale uczynków, i to nie jakichś pojedynczych uczynków, ale całego ciągu życia wyłącznie poświęconego uwielbieniu Jezusa Chrystusa obecnego na ołtarzu? Co odpowiecie na książki, które, wedle was, pochodzą z Port-Royal, pełne najjaśniejszych określeń, którymi Ojcowie Kościoła i sobory posłużyli się dla wyrażenia istoty tej tajemnicy? Śmieszna to rzecz, ale ohydna zarazem, owa odpowiedź, jaką dajecie na to w swoim piśmidle: Arnauld, powiadacie, mówi wprawdzie o przeistoczeniu; ale rozumie pod tym „przeistoczenie obrazowe”. Głosi wprawdzie, iż wierzy w „obecność rzeczywistą”; ale kto nam ręczy, że nie rozumie pod tym „prawdziwego i rzeczywistego obrazu”?
Dokąd my idziemy, moi ojcowie?Ii z kogóż nie zrobicie na zawołanie kalwina, jeżeli wam będzie wolno kazić najbardziej kanoniczne i święte wyrażenia obłudnymi subtelnościami waszych świeżo ukutych dwuznaczników? Któż bowiem kiedy posłużył się innymi wyrażeniami niż te oto, zwłaszcza w prostych budujących rozważaniach, gdzie nie chodzi o kontrowersje? A wszelako miłość ich i cześć dla tej tajemnicy tak dalece przenika ich pisma, iż wyzywam was, moi ojcowie, abyście, przy całej waszej przemyślności znaleźli w nich bodaj najmniejszy ślad dwuznacznika lub też najlżejsze powinowactwo z poglądami genewskimi.
Wszystkim wiadomo, moi ojcowie, że herezja genewska polega zasadniczo — jak sami to głosicie — na twierdzeniu, iż Jezus Chrystus nie jest obecny w tym Sakramencie; iż niepodobna mu być w wielu miejscach; iż naprawdę jest tylko w niebie i jedynie tam trzeba go ubóstwiać, a nie na ołtarzu; że chleb zachowuje swoją istotę; że Ciało Jezusa Chrystusa nie wchodzi do ust ani do żołądka; że pożywamy je jedynie wiarą, że zatem źli nie pożywają go; i że msza nie jest ofiarą, ale ohydą. Posłuchajcież, moi ojcowie, w jaki sposób Port-Royal „działa zgodnie z Genewą w swoich książkach”.
Czytamy tam, na wasze pognębienie, iż „krew i ciało Jezusa Chrystusa znajdują się pod postacią chleba i wina”, drugi list Arnaulda, str. 259; iż „Święty Świętych obecny jest w Sanktuarium” i że „tam należy go ubóstwiać”, ibid., str. 243; że „Chrystus nawiedza grzeszników przyjmujących komunię istotną i prawdziwą obecnością swego ciała w ich żołądku, mimo że nie obecnością swego ducha w ich sercu” (O częstej komunii, cz. 3, rozdz. 16); iż „popioły Świętych główną swą moc czerpią z tego nasienia życia, które im zostaje z dotknięcia nieśmiertelnego i ożywczego ciała Jezusa Chrystusa”, cz. 1, rozdz. 40; że „to, iż ciało Jezusa Chrystusa mieści się w hostii, i to w najdrobniejszej cząsteczce hostii, nie dzieje się mocą żadnej naturalnej potęgi, ale mocą wszechpotęgi Boga”, Theolog. Fam. lect. 16; iż „boska moc obecna jest przy tym, aby sprawić skutek, który wyrażają słowa poświęcenia”, ibid; iż „Jezus Chrystus, uniżony i złożony na ołtarzu, jest równocześnie wywyższony w swojej chwale; iż „sam przez się i zwyczajną swą mocą, znajduje się w wielu miejscach naraz, pośród kościoła tryumfującego i pielgrzymującego”, Rat. de susp. Corp. Chr. rat., 21; że „postacie sakramentu pozostają jakoby zawieszone i istnieją cudownie, nie wspierając się na żadnym przedmiocie”, i że „ciało Chrystusa jest takoż zawieszone w tych postaciach; iż „nie zawisło od nich, tak jak substancja zawisła od akcydensu252”, ibid. 23; iż „substancja chleba zmienia się zostawiając akcydens niezmieniony”, In offic. Eccles. diviniss. Sacram.; iż „Jezus Chrystus obecny jest w Eucharystii z taką samą chwałą, z jaką mieszka w niebie”, Listy ks. de Saint Cyran, tom I, list 93; iż „jego wspaniałe człowieczeństwo mieszka w arce Kościoła pod postacią chleba oblekającą je widocznie”; i że „znając naszą grubą naturę, prowadzi nas w ten sposób do uwielbienia jego bóstwa obecnego we wszystkich miejscach, przez ubóstwienie jego człowieczeństwa obecnego w poszczególnym miejscu”, ibid.; ,iż „przyjmujemy ciało Jezusa Chrystusa na język” i że „on uświęca go swym boskim dotknięciem”, List 32; iż „wchodzi w usta kapłana”, List 72; iż, ,mimo że Jezus Chrystus uprzystępnił się nam w Przenajświętszym Sakramencie mocą swej miłości i łaski, zachowuje wszelako swą nieprzystępność jako nieodzowny warunek swej boskiej natury, ponieważ, mimo iż jedynie ciało i krew są tam obecne mocą słowa, VI VERBORUM, nie przeszkadza to, iż cała jego boskość, zarówno jak całe człowieczeństwo, znajduje się tam, w nieodzownym zespoleniu”, Obrona Różańca Przenajśw. Sakram., str. 217; a wreszcie, iż „Eucharystia jest wraz i Sakramentem i Ofiarą”, Theol. fam., lect. 15; i „mimo że ta ofiara jest pamiątką ofiary Krzyża, zachodzi wszelako ta różnica, iż ofiara Mszy św. odbywa się tylko za Kościół i jego wiernych, podczas gdy ofiara Krzyża spełniła się, wedle słów Pisma, za cały świat”, ibid., str. 153. To wystarczy, moi ojcowie, aby ukazać jasno, że nie było może jeszcze bezwstydu równego waszemu. Ale chcę więcej uczynić: chcę wydać wyrok na was własnymi waszymi usty. Czegóż bowiem żądacie, aby uchylić wszelki pozór, iż ktoś dzieli przekonania genewskie? „Gdyby Arnauld”, powiada wasz O. Meynier, str. 83, „powiedział, iż w tej cudownej tajemnicy nie ma pod postacią chleba zgoła chleba, ale tylko ciało i krew Jezusa Chrystusa, przyznałbym, iż oświadczył się ze wszystkim przeciw Genewie”. Przyznajcież tedy, oszczercy, i dajcie mu publiczne zadośćuczynienie. Ile razy widzieliście to w ustępach, które przytoczyłem? Co więcej jeszcze: toć Theol. famil. ks. de Saint-Cyran, skoro ją Arnauld uznał, wyraża mniemania ich obu. Odczytajcież tedy całą lekcję piętnastą, a zwłaszcza artykuł drugi, a znajdziecie tam żądane przez was słowa, jeszcze dobitniej, niż je wyrażacie sami: „Czy jest chleb w Hostii św., a wino w kielichu? Nie; cała bowiem substancja chleba i wina znika, aby ustąpić miejsca Ciału i Krwi Jezusa Chrystusa, i one są tam jedynie, obleczone we właściwości i postać chleba i wina”.
I cóż, moi ojcowie, czy jeszcze powiecie, że Port-Royal nie uczy nic, „czego by nie mogła przyjąć Genewa”; i że Arnauld nic nie powiada w swoim drugim liście, „czego by nie mógł powiedzieć pastor kalwiński”? Każcież mówić Mestrezatowi253 tak, jak mówi Arnauld w tym liście, str. 237 i nast. Każcie mu powiedzieć, że „bezecnym kłamstwem jest obwiniać go, jakoby przeczył przeistoczeniu”; iż „podstawą jego książek jest prawdziwa i istotna obecność Syna Bożego, przeciwstawiona herezji kalwińskiej”; że „czuje się szczęśliwym, znajdując się w miejscu, gdzie ubóstwia się nieustannie Świętego Świętych w Sanktuarium”! — rzecz o wiele bardziej sprzeczna z wiarą kalwińską niż sama istotna obecność, ponieważ, jak mówi kardynał de Richelieu w swoich Kontrowersjach, str. 536: „nowi nauczyciele we Francji, połączywszy się z lutrami, którzy wierzą w rzeczywistą obecność Jezusa Chrystusa w Eucharystii, oświadczyli, iż różnią się w przedmiocie tej tajemnicy od Kościoła jedynie z przyczyny czci, jaką katolicy oddają Eucharystii”.
Każcież podpisać w Genewie wszystkie ustępy, które wam przytoczyłem z dzieł Port-Royalu, i nie tylko ustępy, ale całe traktaty tyczące tej tajemnicy, jak książkę O Częstej Komunii, Wykład obrzędów mszy św., Ćwiczenia w czasie mszy, Rationes susp. sancti sacram., przekład Hymnów w Chorale Port-Royalu etc. A wreszcie każcie ustanowić w Charenton254 ową świętą instytucję nieustającej adoracji Jezusa Chrystusa zawartego w Eucharystii, jak czynią w Port-Royal, a będzie to największa usługa, jaką możecie oddać Kościołowi, wówczas bowiem już nie Port-Royal będzie „jednomyślny z Genewą”, ale Genewa będzie jednomyślna z Port-Royal i z całym Kościołem.
W istocie, moi ojcowie, nie mogliście gorzej trafić, niż oskarżając Port-Royal o to, że nie wierzy w Eucharystię. Ale ja wnet pokażę, co was do tego popchnęło. Wiecie, że ja znam się nieco na waszej polityce: trzymaliście się jej ściśle w tej okoliczności. Gdyby ks. de Saint-Cyran i p. Arnauld powiedzieli jedynie, w co trzeba wierzyć odnośnie do tej tajemnicy, a nie, co trzeba czynić, aby się do niej przygotować255, byliby najlepszymi katolikami w świecie i nie doszukiwano by się dwuznaczności w ich wyrażeniach o „rzeczywistej obecności” i „przeistoczeniu”. Ale ponieważ trzeba, aby wszyscy, którzy zwalczają wasze wyuzdania, byli heretykami, i to w tych właśnie punktach, na których je zwalczają, w jakiż sposób p. Arnauld nie byłby heretykiem w przedmiocie Eucharystii, napisawszy umyślną książkę przeciw profanacjom, jakich wy się dopuszczacie na tym sakramencie?
Jak to, moi ojcowie, miałby powiedzieć bezkarnie, iż „nie należy udzielać Ciała Jezusa Chrystusa tym, którzy popadają wciąż w te same zbrodnie i w których się nie widzi żadnej nadziei poprawy”; i że „należy ich oddalić na jakiś czas od ołtarza, iżby się oczyścili szczerą pokutą i mogli później przystąpić doń skutecznie”? Nie ścierpcież, moi ojcowie, aby tak mówiono: nie mielibyście takich tłumów u swoich konfesjonałów. Toć wasz o. Brisacier powiada, iż „gdybyście się trzymali tej metody, nie udzielilibyście krwi Jezusa Chrystusa nikomu”. Lepiej wam o wiele trzymać się praktyki waszego Towarzystwa, którą wasz o. Mascarenhas przytacza w książce uznanej przez waszych doktorów, a nawet przez wielebnego ojca generała, a która jest taka, iż „wszelakie osoby, nawet księża, mogą przyjmować Ciało Jezusa Chrystusa w ten sam dzień, w którym się zmazali ohydnymi zbrodniami”; iż „podobna komunia nie tylko nie jest brakiem uszanowania, ale przeciwnie, chwalebnym uczynkiem”; iż „spowiednicy nie powinni nikogo od tego odwracać”; iż, „przeciwnie, powinni radzić tym, którzy popełnili zbrodnie, iżby się natychmiast komunikowali: ponieważ, mimo że Kościół tego zabronił, zakaz ten uchylony jest praktyką rozpowszechnioną po całej ziemi”. Mascar. tr. 4, disp. 5, n. 284.
Oto co znaczy, moi ojcowie, mieć jezuitów po całym świecie. Oto powszechna praktyka, którąście wprowadzili i którą chcecie utrzymać. Mniejsza, iż stoły Jezusa Chrystusa będą przepełnione ohydą, byle wasze kościoły były pełne ludzi. Tych, którzy się sprzeciwiają temu, obwińcie o herezję w przedmiocie Najśw. Sakramentu: to jest konieczne za jaką bądź cenę. Ale w jaki sposób zdołacie to uczynić po tylu niezłomnych świadectwach ich wiary? Nie lękacie się, iż przytoczę cztery wielkie dowody, które dajecie na znak ich herezji? Powinniście się lękać, moi ojcowie, a ja nie powinienem oszczędzić wam tego wstydu. Zbadajmyż tedy pierwszy.
„Ks. de Saint-Cyran”, powiada o. Meynier, „pocieszając jednego z przyjaciół po stracie matki”, tom I, list 14, „powiada, iż najmilsza ofiara, jaką można ofiarować Bogu w takim wypadku, to poddanie się: zatem jest kalwinem”. To bardzo subtelne, moi ojcowie, i nie wiem czy, kto dojrzy tego rację. Dowiedzmyż się tedy od was. Dlatego, powiada ten wielki dialektyk, iż „nie wierzy zatem w ofiarę mszy. Ta bowiem jest Bogu najmilsza ze wszystkich”.
Niechże kto teraz powie, że jezuici nie umieją rozumować! Umieją tak dobrze, że dowiedliby herezji, komu by zechcieli; nawet samemu Pismu Świętemu. Czyż to bowiem nie herezja mówić, jak czyni Eklezjastyk256: „Nie masz nic gorszego niż kochać pieniądze, Nihil es iniquius quam amare pecuniam”257; jak gdyby cudzołóstwo, mężobójstwo, bałwochwalstwo nie były większą zbrodnią? I komuż nie zdarzy się co chwila powiedzieć podobnych rzeczy, że na przykład ofiara skruszonego i pokornego serca najmilsza jest Bogu; ile że w takim powiedzeniu mamy na myśli jedynie porównanie pewnych cnót duchowych między sobą, a nie z ofiarą mszy św., która jest czymś zupełnie odmiennym i nieskończenie wyższym? Czy to nie jest pocieszne, moi ojcowie? I aby was pognębić do reszty, mamż258 przytoczyć ustęp z tegoż samego listu ks. de Saint-Cyran, gdzie mówi o ofierze mszy św. jako o „najwyborniejszej” ze wszystkich w ton sposób, iż „ofiarujemy Bogu, codziennie i na każdym miejscu, ofiarę Ciała jego Syna, który nie znalazł doskonalszego środka, aby uczcić swego Ojca”? A później, iż „Jezus Chrystus kazał nam przyjmować w godzinie śmierci swoje ofiarowane Ciało, aby uczynić milszą Bogu ofiarę naszego i aby się połączyć z nami w chwili naszego zgonu, aby nas umocnić, uświęcając swą obecnością ostatnią ofiarę, jaką czynimy Bogu z naszego życia i naszego ciała”. Wykręćcież to wszystko, moi ojcowie, i powtarzajcie dalej — jak to czynicie na str. 33 — iż on odmawiał od komunikowania259 się przy śmierci i że nie wierzył w ofiarę mszy św. Nic bowiem nie jest zbyt śmiałe dla zawodowych oszczerców.
Drugi wasz dowód jest tego wymownym świadectwem. Aby bowiem uczynić kalwinem nieboszczyka ks. de Saint-Cyran, któremu przypisujecie książkę Piotra Aurelego260, bierzecie ustęp, w którym Aureli tłumaczy (str. 89), w jaki sposób poczyna sobie Kościół z księżmi, a nawet z biskupami, których chce zawiesić lub degradować: „Kościół”, powiada, „nie mogąc odjąć im charakteru kapłańskiego, ponieważ ten charakter jest niezniszczalny, czyni co w jego mocy: wymazuje ze swej pamięci ów charakter, którego nie może wymazać z duszy tych, co go otrzymali. Uważa ich jako nie będących już księżmi lub biskupami. Tak iż, wedle języka Kościoła, można powiedzieć, iż nimi już nie są, mimo że zawsze są nimi w istocie: OB INDEBILITATEM CARACTERIS”. Widzicie, moi ojcowie, iż ten autor uznany przez trzy zgromadzenia francuskiego kleru, powiada jasno, że charakter kapłaństwa jest niezniszczalny, a wszelako wy przypisujecie mu, przeciwnie, powiedzenie, iż „charakter kapłaństwa nie jest niezniszczalny”. Otoć straszliwe oszczerstwo: to znaczy, wedle was, lekki grzech powszedni. Książka bowiem była wam nie na rękę, ile że odparła herezje waszych współbraci angielskich w przedmiocie władzy biskupiej. Ale oto i straszliwa niedorzeczność: przyjąwszy fałszywie, że ks. de Saint-Cyran uważa, iż ten charakter nie jest niezniszczalny, wyciągacie stąd wniosek że nie wierzy w rzeczywistą obecność Jezusa Chrystusa w Eucharystii.
Nie spodziewajcie się, moi ojcowie, abym wam na to odpowiadał. Jeśli wam brak zdrowego rozsądku, ja go wam nie wleję. Wszyscy ci, którzy go mają, wyśmieją się z was, równie jak z waszego trzeciego dowodu, opartego na tych słowach (O częstej komunii, cz. 3, rozdz. 2), iż „Bóg daje nam w Eucharystii ten sam pokarm co świętym w niebie, z tą jedynie różnicą, iż odejmuje nam jego widok i smak, zachowując oba dla Niebios”. W istocie, moi ojcowie, te słowa wyrażają tak wiernie myśl Ewangelii, iż doprawdy nie wiem już, jak wy się bierzecie do rzeczy, aby ich nadużyć. Nie widzę tu bowiem nic prócz tego, co uczy sobór trydencki261, Sess. 13, c. 18: iż między Jezusem w Eucharystii a Jezusem w niebie nie ma innej różnicy prócz tej, że tu jest zasłoniony, a tam nie. Arnauld nie powiada, iż nie ma innej różnicy w sposobie przyjmowania Jezusa Chrystusa, ale tylko że nie ma innej różnicy w Jezusie Chrystusie, którego się przyjmuje. Wy wszelako chcecie wbrew wszelkiej oczywistości weprzeć weń, iż mówi w tym ustępie, że tak samo tu nie pożywa się Jezusa Chrystusa ustami, jak w Niebie; z czego wnioskujecie o jego herezji.
Litość mnie zbiera nad wami, moi ojcowie. Trzebaż to jeszcze tłumaczyć? Czemu mieszacie ten boski pokarm i sposób przyjmowania go? Jest tylko jedna różnica, jak powiedziałem, w tym pokarmie na ziemi i w niebie: to, iż tu ukryty jest pod zasłoną, która nam odejmuje jego widok i smak zmysłowy. Ale istnieje więcej różnic w przyjmowaniu go tu i tam, a najważniejsza z nich, jak mówi Arnauld (cz. 3, rozdz. 16), to ta, iż „wchodzi tu w usta i żołądek dobrych i złych”, co nie ma miejsca w niebie.
A jeżeli nie znacie racji tej rozmaitości, powiem wam, moi ojcowie, iż przyczyną, dla której Bóg ustanowił rozmaite sposoby przyjmowania tego samego pokarmu, jest różnica zachodząca między stanem chrześcijan w tym życiu a stanem zbawionych w niebie. Stan chrześcijan, jak powiada kardynał du Perron wedle ojców, zajmuje pośrednie miejsce między stanem zbawionych a stanem żydów. Zbawieni posiadają Jezusa Chrystusa istotnie bez znaku i bez zasłony, żydzi posiadali z Jezusa Chrystusa jedynie znak i zasłony, jako to manna i baranek wielkanocny; chrześcijanie zaś posiadają Chrystusa w Eucharystii prawdziwie i rzeczywiście, ale jeszcze okrytego zasłoną. „Bóg”, powiada św. Eucheriusz, „uczynił sobie trzy arki: Synagogę, która miała jeno cienie bez prawdy; Kościół, który ma prawdę i cienie; i Niebo, gdzie nie ma cieni, jeno sama prawda”.
Wyszlibyśmy ze stanu, w którym jesteśmy, tzn. stanu wiary, który św. Paweł przeciwstawia zarówno Zakonowi262, jak i jasnemu widzeniu, gdybyśmy posiadali jeno znaki bez Jezusa Chrystusa; ponieważ właściwością Zakonu jest mieć jeno cienie, a nie istotę rzeczy; wyszlibyśmy zeń również, gdybyśmy go posiadali widocznie, ponieważ wiara, jak powiada tenże apostoł, nie dotyczy rzeczy, które się widzi. Tak więc Eucharystia jest wybornie dostrojona do naszego stanu wiary, ponieważ zawiera rzeczywiście Jezusa, ale zasłoniętego. Tak iż byłoby zniweczeniem tego stanu, gdyby Chrystus nie znajdował się istotnie pod postacią chleba i wina, jak utrzymują heretycy; a byłoby również zniweczeniem, gdybyśmy go przyjmowali bez osłon jak w niebie, ile że w ten sposób stan nasz spływałby się ze stanem żydostwa albo też stanem chwały.
Oto, moi ojcowie, tajemnicza i boska właściwość tej na wskroś boskiej tajemnicy. Oto co nam każe brzydzić się kalwinizmem, spychającym nas do stanu Żydów; i oto co każe nam wzdychać do chwały zbawionych, która nam da pełne i całkowite obcowanie z Jezusem. Z tego widzicie, że istnieją rozmaite różnice między sposobem, w jaki On się udziela chrześcijanom i zbawionym, i że między innymi tu przyjmuje się go ustami, a w niebie nie; ale te wszystkie one zależą od jedynej różnicy istniejącej pomiędzy stanem wiary, w którym my się znajdujemy, a stanem jasnego widzenia, w którym są oni. I oto co, moi ojcowie, Arnauld powiedział jasno w tych słowach, iż „między czystością tych, którzy przyjmują Jezusa w Eucharystii, a czystością zbawionych nie powinno być innej różnicy, jak tylko ta, która istnieje między wiarą a jasnym widzeniem Boga, od czego jedynie zależy różny sposób pożywania go na ziemi i w Niebie”. Powinniście byli, moi ojcowie, uszanować w tych słowach owe święte prawdy, zamiast je kazić, aby w nich znaleźć herezję, której nie było w nich nigdy i być nie może; mianowicie, iż pożywa się Jezusa jedynie wiarą, a nie ustami, jak to podsuwają złośliwie wasi ojcowie Annat i Meynier, czyniąc z tego główny punkt swego oskarżenia.
Krucho jest z waszymi dowodami, moi ojcowie, dlatego to uciekliście się do nowej sztuczki, mianowicie sfałszowaliście sobór trydencki, iżby Arnauld nie był z nim w zgodzie; tyle macie sposobów wpędzenia kogoś w herezję! Czyni to o. Meynier w swojej książce kilkadziesiąt razy, a jaki dziesiątek razy na samej stronicy 54, gdzie utrzymuje, iż aby mówić jak katolik, nie dość jest powiedzieć: „Wierzę, iż Jezus Chrystus jest rzeczywiście obecny w Eucharystii”, ale że trzeba powiedzieć: „Wierzę wraz z soborem, że jest tam obecny obecnością miejscową, albo miejscowo”. I na to cytuje Sobór, Sess. 13, can. 3, can. 4, can. 6. Któż by nie uwierzył, widząc słowo „miejscowa obecność” cytowane z trzech kanonów powszechnego soboru, iż ono znajduje się tam w istocie? To wam mogło zdać się na coś, moi ojcowie, przed moim piętnastym Listem; ale obecnie nikt się na to nie złapie. Zajrzymy do akt soboru i przekonamy się, że jesteście szalbierze. Tych słów bowiem: „miejscowa obecność”, „miejscowo”, „miejsce”, nigdy tam nie było. I oświadczam wam, co więcej, moi ojcowie, iż nie ma ich w żadnym innym ustępie z soboru, ani w żadnym innym z poprzedzającego soboru, ani w żadnym z Ojców Kościoła.
Proszę was tedy, moi ojcowie, powiedzcie mi, czy zamierzacie oskarżyć o kalwinizm wszystkich, którzy nie posłużyli się tym wyrażeniem? Jeżeli tak, sobór trydencki jest mocno podejrzany i wszyscy Ojcowie Kościoła bez wyjątku. Czy nie macie innej drogi, aby zrobić z p. Arnauld heretyka, nie zaczepiając tylu ludzi, którzy wam nie zrobili nic złego, a między innymi św. Tomasza, który jest tak żarliwym obrońcą Eucharystii, a który tak dalece nie posłużył się tym terminem, iż, przeciwnie, odrzucił go, 3 p. quaest. 76, ad. 6, gdzie powiada: Nullo modo Corpus Christi est in hoc Sacramento localiter263? Któż wy tedy jesteście, moi ojcowie, aby narzucać własną powagą nowe terminy, którymi nakazujecie się posługiwać, aby dobrze wyrazić swą wiarę: jak gdyby wyznanie wiary ułożone przez papieży wedle uchwały soboru, gdzie tego terminu nie ma, było niedostatecznym i zostawiało dwuznaczność w umyśle wiernych, którą wyście jedni odkryli! Cóż za zuchwalstwo przepisywać te wyrażenia zgoła samym Doktorom! Cóż za fałsz wmawiać je soborom powszechnym! I cóż za nieuctwo nie wiedzieć, jakie trudności czynili z ich przyjęciem najuczeńsi święci? „Wstydźcie się”, moi ojcowie, swego „szalbierstwa i nieuctwa”, jak powiada Pismo św. do podobnych wam szalbierzy i nieuków: de mendacio ineruditionis tuae confundere264.
Nie próbujcie już tedy odgrywać mistrzów. Nie macie ani charakteru, ani nauki po temu. Ale jeżeli zechcecie przedłożyć swoją rzecz skromniej, można was będzie wysłuchać. Mimo bowiem iż, jak to widzieliście, św. Tomasz odrzucił to słowo „obecność miejscowa”, z tej przyczyny, iż ciało Jezusa Chrystusa nie znajduje się w Eucharystii sposobem zwykłej rozciągłości ciał w jakimś miejscu, mimo to kilku nowszych teologów przyjęło ten termin, rozumiejąc przezeń tylko to, iż ciało Jezusa Chrystusa jest istotnie pod tą postacią; że zaś ta znajduje się w określonym miejscu, i ciało Jezusa znajduje się w nim również. I w tym znaczeniu p. Arnauld zgodzi się z tym bez trudności: toć i ks. de Saint-Cyran, i on oświadczyli tyle razy, iż Jezus Chrystus znajduje się istotnie w Eucharystii w określonym miejscu, a cudownie w wielu miejscach naraz. Tak więc wszystkie wasze subtelności rozpadły się w proch; i nie mogliście dać najmniejszego pozoru prawdy oskarżeniu, które wolno by było wytaczać jedynie z niezłomnymi dowodami.
Ale na co zda się, moi ojcowie, przeciwstawiać ich niewinność waszym oszczerstwom? Nie przypisujecie im tych błędów z przeświadczeniem, aby je wyznawali, ale w przeświadczeniu, że oni wam szkodzą. To starczy, wedle waszej teologii, aby móc spotwarzać bez grzechu; i możecie bez spowiedzi i pokuty odprawiać mszę, w tej samej chwili kiedy wpieracie kapłanom odmawiającym ją co dzień, iż uważają ją za czyste bałwochwalstwo, co jest tak ohydnym świętokradztwem, iż wy sami kazaliście powiesić in effigie265 o. Jarigiusza z waszego zakonu, za to, iż odprawiał mszę wówczas, gdy był „w porozumieniu z Genewą”.
Dziwię się tedy, nie temu, że im przypisujecie z takim brakiem skrupułów tak ciężkie i tak fałszywe zbrodnie, ale że im przypisujecie tak niebacznie zbrodnie tak mało prawdopodobne. Rozrządzacie bowiem grzechami wedle woli, ale czy mniemacie, iż tak samo możecie rozrządzać wiarą ludzi? W istocie, moi ojcowie, gdyby już koniecznie trzeba było obwinić o kalwinizm albo ich, albo was, w złej znaleźlibyście się skórze. Słowa ich są równie katolickie jak wasze; ale ich uczynki potwierdzają ich wiarę, a wasze jej przeczą. Jeżeli bowiem wierzycie, jak oni, że ten chleb istotnie zmienia się w ciało Jezusa Chrystusa, czemu nie prosicie jak oni, aby kamienne i lodowate serca tych, którym radzicie doń przystąpić, zmieniły się szczerze w serca ludzkie i pełne miłości? Jeżeli wierzycie, że Jezus Chrystus jest tam jakoby w stanie umarłym, dla nauczenia tych, którzy doń przystępują, aby umarli dla świata, dla grzechu i dla siebie samych, czemu dajecie się doń zbliżać tym, w których grzech i chucie są jeszcze żywe? I w jaki sposób uważacie za godnych chleba niebieskiego tych, którzy nie byliby godni pożywać chleb ziemski?
O wielcy czciciele tej świętej tajemnicy, obracający swą gorliwość na prześladowanie tych, którzy ją czczą tyloma świętymi komuniami, i na schlebianie tym, którzy ją hańbią tyloma komuniami świętokradzkimi! Jakże godnym jest tych obrońców tak słodkiej i czystej ofiary otaczać stół Jezusa Chrystusa zatwardziałymi grzesznikami grzęznącymi w kale i pomieścić wśród nich księdza, którego własny jego spowiednik wysyła wprost od jego bezeceństw do ołtarza, iżby tam ofiarował, w miejsce Jezusa Chrystusa, tę ofiarę tak świętą Bogu świętości, i aby ją niósł swymi skalanymi rękami w te do szczętu skalane usta! Zaiste, właśnie tym, którzy praktykują to postępowanie „po całym świecie”, w myśl zasad potwierdzonych przez ich własnego generała, przystoi obwiniać autora Częstej Komunii oraz Dziewice Najśw. Sakramentu, iż nie wierzą w Najśw. Sakrament!
Ale to im jeszcze nie wystarcza. Dla zadowolenia swej zajadłości trzeba ich było oskarżyć o wyrzeczenie się Chrystusa i chrztu. To nie są, moi ojcowie, czyste baśnie, jak wasze. To są opłakane wybryki, którymi przepełniliście miarę swoich potwarzy. Tak potworny fałsz nie byłby w dość godnych rękach, gdyby go głosił jedynie wasz dobry przyjaciół Filleau, który go wydał na świat z waszego natchnienia; wasze Towarzystwo przyjęło go jawnie; wasz o. Meynier ogłosił świeżo „jako pewną prawdę”, iż Port-Royal tworzy od trzydziestu pięciu lat tajemny spisek, którego ks. de Saint-Cyran i biskup z Ypre byli hersztami: „aby obalić tajemnicę Wcielenia, dowieść, iż Ewangelia jest zmyśloną baśnią, wytępić religię i wznieść deizm na gruzach chrześcijaństwa”.
Czy to wszystko, moi ojcowie? Czy będziecie zadowoleni, jeżeli świat uwierzy w to wszystko o tych, których nienawidzicie? Czy wasza wściekłość uśmierzy się wreszcie, jeżeli ich podacie w ohydę nie tylko wszystkim członkom Kościoła, oskarżając ich o „porozumienie z Genewą”, ale nawet wszystkim tym, którzy, mimo iż poza kościołem, wierzą w Chrystusa, dla owego deizmu, który im wpieracie?
Ale w kogo wy chcecie wmówić, na proste słowo, bez cienia dowodu i przeciw wszelkiej oczywistości, iż kapłani, którzy głoszą jeno łaskę Chrystusa, czystość Ewangelii i obowiązki chrztu, wyrzekli się chrztu, Ewangelii i Chrystusa? Kto w to uwierzy, moi ojcowie? Czy wy w to sami wierzycie, nieszczęśnicy? I do jakiejż przywiedliście się ostateczności, skoro trzeba wam koniecznie albo dowieść że oni nie wierzą w Chrystusa, albo też uchodzić za najmocniejszych potwarców jacy istnieli kiedykolwiek? Dowiedźcież więc tego, moi ojcowie! Wymieńcie tego „czcigodnego kapłana”, który, jak powiadacie, był świadkiem takiego zebrania w Bourg-Fontaine w r. 1621, i odkrył waszemu o. Filleau zamysły, jakie tam snuto celem zniweczenia religii chrześcijańskiej; wymieńcie tego, „którego oznaczono głoskami A. A.” Powiadacie, na str. 15, że „to nie jest Antoni Arnauld”, ponieważ wam dowiódł, że miał wówczas dopiero 9 lat, „ale ktoś inny, który” — jak powiadacie — „żyje jeszcze i jest zbyt bliskim przyjacielem Arnaulda, aby mu mógł być nieznany”. Znacie go tedy, moi ojcowie; tym samym, jeżeli sami nie jesteście wyzuci z religii, macie obowiązek wskazać tego bezbożnika królowi i trybunałom, iżby otrzymał zasłużoną karę. Trzeba przemówić, moi ojcowie, trzeba go nazwać, albo ścierpieć wstyd, iż świat będzie na was patrzał jako na kłamców niegodnych, aby im kiedykolwiek wierzono.
W ten to sposób pouczył nas dobry o. Walerian, iż trzeba „przywieść na hak” i przyprzeć do muru takich szalbierzy. Milczenie w tej kwestii będzie pełnym i całkowitym wyznaniem waszej diabelskiej potwarzy. Najbardziej zaślepieni wasi przyjaciele będą zmuszeni przyznać, że „to nie jest objaw waszej cnoty, ale waszej niemocy”, i podziwiać, że śmieliście w swoim zuchwalstwie rozciągnąć tę potwarz na zakonnice z Port-Royal, i rzec (str. 74), iż ułożony przez jedną z nich Tajemny Różaniec Najśw. Sakramentu był pierwszym owocem tego spisku przeciw Jezusowi Chrystusowi; na str. 95, iż „wpojono im wszystkie ohydne maksymy tego pisma”, które jest, wedle was, „katechizmem deizmu”.
Obalono niezłomnie wasze szalbierstwa tyczące tego pisma, w obronie cenzury nieboszczyka arcybiskupa paryskiego wydanej na waszego o. Brisacier. Nie możecie nic odpowiedzieć, a mimo to nie wahacie się, z haniebniejszą niż kiedykolwiek przewrotnością, obwiniać o szczyt bezbożności dziewic znanych z pobożności całemu światu. Okrutni i nikczemni kaci! Tedy najustronniejszy klasztor nie daje schronienia przeciw waszym oszczerstwom! Podczas gdy te święte dziewice uwielbiają dzień i noc Jezusa Chrystusa w Najśw. Sakramencie, w duchu swojej reguły, wy nie przestajecie dzień i noc głosić, iż one nie wierzą ani w to, że Jezus jest w Eucharystii, ani po prawicy swego Ojca, i wyświecacie je publicznie z Kościoła, podczas gdy one modlą się tajemnie za was i za cały Kościół. Spotwarzacie te, które nie mają ani uszu, aby was słyszeć, ani ust, aby wam odpowiedzieć. Ale Chrystus, w którym są ukryte, aby pewnego dnia zjawić się wraz z nimi, słyszy was i odpowiada266 wam za nie! Rozlega się dziś ten święty i straszliwy głos, który przerażeniem zdejmuje naturę, a pociechą napełnia Kościół. I lękam się, moi ojcowie, że ci, którzy zatwardzili swoje serca i którzy wzbraniają się uparcie słyszeć, gdy on przemawia jako Bóg, będą zmuszeni usłyszeć go ze zgrozą, kiedy przemówi jako Sędzia.
Jakoż bowiem, moi ojcowie, zdołacie zdać rachunek z tylu potwarzy, kiedy on je rozpatrzy, nie wedle rojeń waszych oo. Dicastyla, Gansa i Pennalossy, którzy je usprawiedliwiają, ale wedle prawideł swej wiekuistej prawdy i wedle świętych nakazów swego Kościoła, który, daleki od usprawiedliwiania tej zbrodni, brzydzi się nią tak bardzo, iż skarał ją na równi z dobrowolnym mężobójstwem. Oddalił bowiem potwarców, tak samo jak morderców, od komunii aż do śmierci, na I i II soborze w Arles. Sobór laterański uznał niegodnymi stanu duchownego tych, których przekonano o tej zbrodni, choćby się z niej poprawili. Papieże zgoła zagrozili tym, którzy spotwarzą biskupów, księży lub diakonów, iż nie otrzymają komunii w chwili śmierci. Autorów zaś potwarczego pisma, o ile nie będą mogli dowieść tego, co głoszą, skarał papież Adrian na chłostę, moi wielebni ojcowie: FLAGELLENTUR. Oto jak bardzo Kościół był zawsze odległy od błędów waszego Towarzystwa, tak skażonego, iż usprawiedliwia równie wielkie grzechy jak potwarz, aby je samemu móc popełniać tym swobodniej!
Zaprawdę, moi ojcowie, bylibyście zdolni sprawić tym ogromne szkody, gdybyście z dopustu Boga sami nie dostarczyli środków zapobieżenia im i udaremnienia wszystkich waszych szalbierstw. Aby bowiem odjąć wam wszelką wiarę, wystarcza jeno ogłosić tę szczególną maksymę, która rozgrzesza je z winy. Potwarz jest daremna, o ile się nie łączy z wielką reputacją szczerości. Oszczerca nie dopnie celu, o ile nie ma sławy człowieka nienawidzącego obmowy i niezdolnego do niej. Tak więc, moi ojcowie, własna wasza zasada stoi wam na zdradzie. Stworzyliście ją, aby ubezpieczyć swoje sumienie; chcieliście bowiem oczerniać, nie gubiąc duszy, i być z rzędu owych „świętych i pobożnych” potwarców, o których mówi św. Atanazy267. Aby się ocalić od piekła, chwyciliście się tedy owej maksymy, która was ratuje odeń na wiarę waszych doktorów; ale taż sama maksyma, która ubezpiecza, wedle nich, od mąk grożących na tamtym świecie, odejmuje wam na tym pożytek, któregoście się spodziewali; tak iż, mniemając uniknąć zbrodni oszczerstwa, straciliście jej owoc: tak zło sprzeczne jest z samym sobą i tak zastawia sobie sidła, i niweczy się własną złośliwością!
Z większym tedy spotwarzalibyście pożytkiem, głosząc wraz ze św. Pawłem, że prości obmowcy, maledici, niegodni są oglądania Boga268; wówczas łatwiej bodaj uwierzono by waszym potwarzom, mimo iż w istocie skazywalibyście się sami na potępienie. Ale kiedy powiadacie — jak to czynicie — że spotwarzanie waszych nieprzyjaciół nie jest zbrodnią, nikt nie uwierzy waszym oszczerstwom, a potępieni będziecie i tak. Pewnym bowiem jest, moi ojcowie, i to, że wasi poważni autorowie nie obalą sprawiedliwości Boga, i to, że nie mogliście dać pewniejszego dowodu, że nie jesteście w prawdzie, skoro uciekacie się do kłamstwa. Gdyby prawda była z wami, walczyłaby za was, zwyciężyłaby za was; jakichkolwiek byście mieli wrogów, „uwolniłaby was od nich”, jak to przyrzekła. Uciekliście się do kłamstwa, jedynie aby podtrzymać błędy, którymi schlebiacie grzesznikom, aby poprzeć oszczerstwa, którymi ścigacie nabożne osoby stojące wam w poprzek. Ponieważ prawda jest sprzeczna z waszym celem, trzeba wam było złożyć swoją ufność w kłamstwie, jak mówi prorok. „Rzekliście: Niedole, które trapią ludzi, nie dosięgną nas; położyliśmy bowiem nadzieje w kłamstwie i kłamstwo nas ochroni”. Ale co im odpowiada prorok? „Dlatego właśnie” (powiada) „iż położyliście swoje nadzieje w kłamstwie i zamęcie, sperastis in calumnia et in tumultu, przyczytają wam tę nieprawość, i upadek wasz podobien będzie upadkowi wysokiego muru walącego się niespodzianie i upadkowi glinianego naczynia, które ktoś strzaska, krusząc je w drobno ułamki tak potężną i przemożną siłą, że nie zostaje ani jeden okruch, którym by można zaczerpnąć wody ani zanieść nieco ognia”269; „ponieważ” (jak mówi inny prorok) „strapiliście serce sprawiedliwego, którego ja nie strapiłem; schlebialiście zaś złości niegodziwców i umacniali ją. Odbiorę tedy mój lud z waszych rąk i dam poznać, że jestem jego i waszym panem”270.
Tak, moi ojcowie, trzeba się spodziewać, iż jeżeli nie odmienicie ducha, Bóg odbierze z waszych rąk tych, których oszukujecie od tak dawna, czy to zostawiając ich w nierządzie waszym złym pasterstwem, czy też zatruwając ich swymi potwarzami. Objawi jednym, iż fałszywe prawidła waszych kazuistów nie zasłonią ich przed jego gniewem; w duchu innych wyciśnie słuszny lęk, aby się nie zgubili, idąc za wami i dając wiarę waszym szalbierstwom, jak wy się zgubicie, sami wymyślając je i siejąc po świecie. Niech się nikt bowiem nie łudzi: nie można drwić sobie z Boga i nie można bezkarnie gwałcić przykazań, jakie nam dał w Ewangelii, bronią potępiać bliźniego bez zupełnej pewności jego winy. Tak więc bez względu na pobożne maksymy, jakie głoszą ci, którzy łacno dają ucho waszym kłamstwom, i bez względu na płaszczyk dewocji, pod którym to czynią, trzeba im się lękać, aby ich nie wykluczono z Królestwa Bożego za tę jedną zbrodnię: iż przypisywali tak wielkie zbrodnie jak schizmę i herezję kapłanom katolickim i świętym zakonnicom, za cały dowód mając owe tak grube wasze szalbierstwa. „Zły duch”, powiada św. Franciszek Salezy271, „jest na języku tego, który obmawia i w uchu tego, kto go słucha”. A św. Bernard, Cant. 24272: „Obmowa, jest to trucizna, która niweczy miłość bliźniego i w jednym, i w drugim. Jedna potwarz może być tedy śmiertelna dla nieskończonej mnogości dusz, skoro zabija nie tylko wszystkich tych, którzy ją głoszą, ale także wszystkich, którzy jej nie odrzucają”.
Moi wielebni ojcowie, listy moje nie zwykły były tak szybko po sobie następować ani sięgać takich rozmiarów. Brak czasu jest przyczyną i tego, i tego. List ten jest dłuższy jedynie dzięki temu, iż nie miałem czasu napisać go krócej. Rację, która zmusza mnie do pośpiechu, znacie lepiej ode mnie. Wasze odpowiedzi nie szły wam na zdrowie, dobrze zrobiliście, zmieniając metodę: ale nie wiem, czyście dobrze ją wybrali, i czy świat nie powie, żeście się zlękli benedyktynów.
Dowiedziałem się, że ten, któremu cały świat przypisywał autorstwo waszych apologii273, wypiera się ich i gniewa się, że mu je przypisują. Ma słuszność; ja zaś zawiniłem, że go o to posądzałem. Jakkolwiek bowiem mnie o tym upewniano, powinienem był myśleć, iż zbyt wiele ma rozsądku, aby wierzyć waszym szalbierstwom, a zbyt wiele honoru, aby je ogłaszać, nie wierząc w nie. Mało kto z ludzi świeckich zdolny jest do wybryków, które wam są zwyczajne i które zanadto trącą wami, aby można mnie było usprawiedliwić, żem nie poznał waszej ręki. Zmamił mnie głos opinii. Ale ta wymówka, która byłaby aż nadto dobra dla was, nie jest wystarczająca dla mnie, który mam za zasadę nie mówić nic bez pewnych dowodów i który wykroczyłem przeciw temu tylko ten raz. Żałuję tego, cofam i życzę, abyście skorzystali z mego przykładu.
Siedemnasty list do Wielebnego O. Annat, jezuity
(Autor dowodzi, iż skoro się usunie dwuznaczne wyrażenie Janseniusza, okaże się, iż nie ma w Kościele żadnej herezji. Wykazuje dalej, iż za jednomyślną zgodą wszystkich teologów, a zwłaszcza jezuitów, powaga papieża i soborów ekumenicznych nie jest nieomylna w kwestiach faktu)
23 stycznia, 1657
Wielebny Ojcze!
Postępowanie wasze kazało mi mniemać, iż życzycie sobie, abyśmy poniechali utarczek, i byłem do tego skłonny. Ale od tego czasu ogłosiliście w tak krótkim czasie tyle pism, iż widzę, że nie można liczyć na pokój, o ile zależy od milczenia jezuitów. Nie wiem, czy to złamanie rozejmu wyjdzie wam bardzo na korzyść; co do mnie, dość jestem rad, iż daje mi ono sposobność obalenia tego częstego zarzutu herezji, który wciąż powtarza się w waszych pismach.
Czas, abym powściągnął raz na zawsze to rosnące z każdym dniem zuchwalstwo, z jakim traktujecie mnie jako heretyka. Czynisz to, mój ojcze, w książce, którą świeżo wydałeś274, w sposób niepodobny do zniesienia i który podałby mnie wręcz w podejrzenie, gdybym ci nie odpowiedział tak, jak na to zasługuje zarzut tego rodzaju. Zlekceważyłem tę zniewagę w pismach twoich współbraci, jak również mnogość innych rozsianych tam bezładnie: mój piętnasty List dostateczną był odpowiedzią. Ale obecnie ty, mój ojcze, przemawiasz innym tonem; czynisz z tego z całą powagą główny punkt swojej obrony; jest to prawie jedyna rzecz, na której się wspierasz. Powiadasz bowiem, iż „za całą odpowiedź na moich piętnaście Listów wystarczy powiedzieć piętnaście razy, że jestem heretykiem i że jako taki nie zasługuję w niczym na wiarę”. Słowem, nie dopuszczasz żadnej wątpliwości co do mej apostazji, przyjmujesz ją jako niezłomną zasadę, na której śmiało budujesz. Zupełnie serio tedy, mój ojcze, traktujesz mnie jako heretyka; zupełnie też serio ci odpowiem.
Wiem dobrze, mój ojcze, jakiej wagi jest to oskarżenie; toż karygodną lekkomyślnością jest rzucać je, o ile się go nie może udowodnić. Pytam, jakie masz na to dowody? Kiedy widziano mnie w Charenton275? Kiedy chybiłem mszy świętej lub obowiązkom chrześcijańskim w swojej parafii? Kiedy dopuściłem się jakiegoś czynu wspólnie z heretykami lub też w rozdwojeniu z Kościołem? Któremu soborowi się sprzeciwiłem? Jaką uchwałę papieską naruszyłem? Trzeba odpowiedzieć, mój ojcze, albo... rozumiesz mnie.
I cóż odpowiesz? Proszę, niech wszyscy dadzą baczenie. Przypuszczasz, po pierwsze, że ten, kto pisze te Listy, należy do Port-Royal; powiadasz następnie, iż Port-Royal uznany jest za siedzibę herezji: z czego wnosisz, iż autor Listów jest heretykiem. Nie na mnie tedy, mój ojcze, spada brzemię tego oskarżenia, ale na Port-Royal obciążasz mnie nim, jedynie w przypuszczeniu, że doń należę. Toteż nietrudno mi będzie się bronić; wystarczy mi powiedzieć, że doń nie należę, i odesłać was do moich Listów, gdzie powiedziałem, że jestem sam, i stwierdziłem najwyraźniej, że nie należę do Port-Royal, mianowicie w Liście szesnastym, poprzedzającym twoją książkę.
Dowiedź tedy na inny sposób, że jestem heretykiem, albo też twoja niemoc stanie się jawną całemu światu. Dowiedź z moich pism, że nie uznaję Konstytucji papieskiej. Nie jest ich tak dużo. Chodzi tylko o rozpatrzenie szesnastu listów; otóż wyzywam cię, ciebie i cały świat, abyś znalazł bodaj ślad czegoś podobnego. Kiedy np. rzekłem, w czternastym, iż „zabijając, wedle waszych maksym, braci swoich w stanie grzechu śmiertelnego, skazuje się na potępienie tych, dla których umarł Chrystus”, czyż nie uznałem wyraźnie, że Chrystus umarł dla tych potępionych, że zatem fałszem jest, iż „umarł jedynie dla samych wybranych”, co jest potępione w piątym twierdzeniu? To pewna, mój ojcze, nie rzekłem nic, co by mogło wypaść na korzyść tych bezbożnych twierdzeń, którymi brzydzę się z całego serca. I gdyby nawet Port-Royal je uznawał, oświadczam, iż nie możecie stąd wyciągać żadnego wniosku przeciw mnie, ponieważ, Bogu dzięki, jestem związany na ziemi jedynie z katolickim, apostolskim i rzymskim Kościołem, w którym chcę żyć i umierać, w spójni z papieżem, jego najwyższą głową, poza którym to Kościołem jestem przeświadczony, że nie ma zbawienia.
Cóż poczniecie z kimś, kto mówi w ten sposób? Z której strony mnie zaczepicie, skoro ani moje słowa, ani pisma nie nastręczają żadnego pozoru waszym oskarżeniom o herezję, ukrycie zaś moje osłania mnie przed waszymi pogróżkami? Czujecie, iż gromi was niewidzialna ręka, która czyni wasze zbłąkania widzialnymi całemu światu. I na próżno silicie się ugodzić mnie w osobie tych, których uważacie za moich druhów. Nie lękam się was ani dla siebie, ani dla nikogo innego, nie będąc związany ani z żadnym zgromadzeniem, ani z żadną postronną osobą. Wszystkie wasze wpływy daremne są wobec mnie. Niczego nie spodziewam się ani nie lękam się od świata; nie pragnę odeń niczego, nie trzeba mi, Bogu dzięki, ani niczyjego mienia, ani poparcia. Tak więc, moi ojcowie, umykam się wszystkim waszym napaściom. Nie chwycicie mnie z żadnej strony. Możecie dosięgnąć Port-Royal, ale nie mnie. Usunięto niejednego z Sorbony, ale mnie nikt nie usunie z mego mieszkania. Możecie gotować gwałty przeciwko kapłanom i doktorom, ale nie przeciw mnie, który nie posiadam tych godności. Nigdy tedy może nie mieliście sprawy z człowiekiem będącym tak dalece poza waszą mocą i tak zdolnym zwalczać wasze błędy, ile że jest wolny, bez zobowiązań, przywiązań, stosunków, interesów; dość biegły w waszych maksymach i bardzo gotowy ścigać je tyle, ile będę sądził, że Bóg mi nakazuje, przy czym żaden ludzki wzgląd nie zdoła powstrzymać ani zwolnić mego pościgu.
Skoro tedy nie możesz nic przeciw mnie, na cóż ci się zda, mój ojcze, głosić tyle oszczerstw na osoby niemieszające się do naszych sporów, jak to czynią wszyscy wasi ojcowie? Nie zdadzą się wam na nic te wykręty. Poczujecie moc prawdy, którą wam przeciwstawiam. Powiadam wam, że niweczycie moralność chrześcijańską, odłączając ją od miłości Boga, od której zwalniacie ludzi; a wy mi powiadacie o śmierci o. Mestera, którego nie widziałem w życiu! Powiadam, że wasi kazuiści pozwalają zabić człowieka za jedno jabłko, a wy mi mówicie, że „otwarto skarbonkę w Saint-Merry”. Tak samo, co ma znaczyć, że mnie zaczepiacie raz po raz o książkę O Świętym Dziewictwie, napisaną przez pewnego oratorianina276, którego nie widziałem nigdy na oczy, zarówno jak jego książki? To nadzwyczajne, mój ojcze: ty uważasz zatem wszystkich, którzy wam są nie na rękę, za jedną osobę! Nienawiść wasza ogarnia ich wszystkich razem i tworzy z nich jak gdyby wyklęte ciało, w którym każdy ma odpowiadać za wszystkich innych.
Jest wielka różnica między jezuitami a tymi, którzy ich zwalczają. Wy tworzycie w istocie jedno ciało, zespolone pod jedną głową; reguły wasze — jak to wskazałem — bronią wam drukować czegokolwiek bez zgody przełożonych, którzy stają się odpowiedzialni za wszystkie błędy poszczególnych członków: Nie wolno im wymówić się, że nie zauważyli błędów, które jeden z was głosi, ponieważ mają obowiązek je zauważyć, w myśl waszych ustaw, oraz listów waszych generałów Akwawity, Vitteleschiego etc. Słusznie zatem można wam zarzucać błędy waszych współbraci, znajdujące się w pismach zatwierdzonych przez waszych przełożonych oraz przez teologów z waszego Towarzystwa. Ale ze mną, mój ojcze, rzecz zupełnie inna. Ja nie podpisałem książki O Świętym Dziewictwie. Mógłby ktoś otworzyć wszystkie skarbony w Paryżu, a ja nie przestałbym być dobrym katolikiem. Słowem, oświadczam wam, głośno i wyraźnie, że nikt nie odpowiada za moje Listy prócz mnie, ja zaś nie odpowiadam za nic prócz za swoje Listy.
Mógłbym poprzestać na tym, mój ojcze, nie mówiąc o tych innych osobach, które wy pomawiacie o herezję, aby i mnie objąć tym oskarżeniem. Ale ponieważ jestem tego przyczyną, czuję się poniekąd w obowiązku skorzystać z tejże samej przyczyny, aby z niej wydobyć potrójną korzyść. Jest to bowiem korzyść, i to niemała, wydobyć na jaw niewinność spotwarzanych osób. Druga, i bardzo nadająca się do mego przedmiotu, to wykazać znowuż grę waszej polityki w tym oskarżeniu. Ale wedle mojej oceny największą korzyścią jest to, że ukażę całemu światu fałsz tej gorszącej pogłoski, którą siejecie na wsze strony, iż „Kościół jest pastwą nowej herezji”. Że zaś wprowadziliście w błąd wiele osób, wmawiając w nie, iż punkty, co do których wszczęliście tak wielką burzę, są czymś zasadniczym dla wiary, uważam za rzecz niezmiernie ważną zniweczyć te fałszywe pozory i wyłożyć tu jasno, na czym one polegają, aby wykazać, iż naprawdę nie ma w Kościele herezji.
Nieprawdaż, kiedy się ktoś zapyta, na czym polega herezja tak nazwanych przez was „jansenistów”, objaśnią go, iż na tym, że ci ludzie twierdzą, że „przykazania boże są niemożliwe; że nie można oprzeć się łasce i że człowiek nie ma swobody czynienia dobrego i złego; że Chrystus nie umarł za wszystkich ludzi, ale tylko za wybranych”; i wreszcie że „podtrzymują Pięć Twierdzeń potępionych przez papieża”. Czy nie wmawiacie światu, że dla tej to przyczyny prześladujecie swoich przeciwników? Czy nie to powiadacie w swoich książkach, rozmowach, katechizmach, jak to świeżo uczyniliście na Boże Narodzenie u św. Ludwika, pytając małej dziewczynki: „Dla kogo przyszedł Jezus Chrystus, moje dziecko?” — „Dla wszystkich ludzi, mój ojcze”. — „Jak to, moje dziecko, nie należysz tedy do tych nowych heretyków, którzy powiadają, że Chrystus przyszedł tylko dla wybranych?” Dzieci w to wierzą i wielu innych także; powtarzacie bowiem te same brednie z ambony, jak np. wasz o. Crasset w Orleanie, któremu za to wzbroniono ambony. I przyznam się, że i ja sam niegdyś wam wierzyłem. Zaszczepiliście we mnie o nich to pojęcie. Tak iż, kiedyście ich przyciskali w sprawie Twierdzeń, czekałem bacznie, jaka będzie ich odpowiedź; byłbym zerwał z nimi bezzwłocznie, gdyby nie oświadczyli, iż potępiają je jako oczywistą bezbożność. Ale uczynili to, i bardzo wyraźnie. P. de Sainte-Beuve, profesor królewski w Sorbonie, potępił w swoich pismach te Pięć Twierdzeń na długi czas przed papieżem; toż samo inni ich doktorzy ogłosili szereg pism, między innymi O Łasce Zwycięskiej, wydane w tym samym czasie, gdzie odrzucają te Twierdzenia, i jako kacerskie, i jako cudzoziemskie. Powiadają bowiem w przedmowie, iż „to są Twierdzenia heretyckie i luterskie, dowolnie ukute i wymyślone, nieznajdujące się ani u Janseniusza, ani u jego obrońców”: oto ich własne słowa. Skarżą się na tych, którzy im je przypisują, i zwracają do was te słowa św. Prospera277, pierwszego ucznia św. Augustyna, ich mistrza, w którego semipelagianie francuscy wpierali podobne rzeczy, aby go zohydzić. „Są ludzie”, powiada ów święty, „pałający tak ślepą żądzą osławienia nas, iż obrali w tym celu środek niszczący własną ich reputację. Sporządzili bowiem z umysłu niejakie Twierdzenia pełne bezbożności i bluźnierstw i rozpuścili je na wsze strony, aby wmówić światu, że my podtrzymujemy je w tym samym znaczeniu, jakie oni określili w swoim piśmie. Ale z tej odpowiedzi świat pozna i naszą niewinność, i niegodziwość ludzi wmawiających nam te bezbożności, których są jedynymi autorami”.
W istocie, moi ojcowie, kiedy słyszałem ich mówiących w ten sposób przed Konstytucją278; kiedy ujrzałem, iż przyjęli ją później z całym szacunkiem; że ofiarowali się ją podpisać; że wreszcie p. Arnauld oświadczył to wszystko w całym swoim drugim liście, jeszcze energiczniej, niż ja tu mogę przytoczyć, sądziłem, iż zgrzeszyłbym, wątpiąc o ich dobrej wierze. I w istocie, ci, którzy chcieli odmówić rozgrzeszenia ich zwolennikom przed listem p. Arnaulda, oświadczyli później, iż skoro tak jasno potępił błędy, które mu przypisywano, nie ma żadnej przyczyny wykluczać z Kościoła ani jego, ani jego przyjaciół. Ale wyście poczynali sobie inaczej. I odtąd to zacząłem podejrzewać, że jesteście zaślepieni namiętnością.
Wprzód, kiedy myśleliście, że nie zechcą podpisać tej Konstytucji, groziliście im tym podpisem: kiedyście ujrzeli, że sami z siebie są do tego skłonni, przestaliście o tym mówić. I mimo że — jakby się zdawało — powinni byście zadowolić się tym ich stanowiskiem, grzmieliście dalej na ich herezję: „ponieważ” (powiadaliście) „serce ich jest w niezgodzie z ręką i ponieważ są katolikami zewnętrznie, a heretykami wewnętrznie”, jak to sam, mój ojcze, powiedziałeś w swojej Odpowiedzi na kilka pytań, str. 27 i 47.
Jakże dziwnie uderzyło mnie to postępowanie, mój ojcze! O kimż bowiem nie można powiedzieć tego samego? Jakiż zamęt można by wzniecić pod tym pozorem? „Jeżeli ktoś się wzbrania”, powiada św. Grzegorz papież279, „uwierzyć w wyznanie wiary osób czyniących je zgodnie z nauką Kościoła, podaje tym w wątpliwość wiarę wszystkich katolików”. Zląkłem się tedy, mój ojcze, że może „waszym zamiarem jest uczynić tych ludzi heretykami, mimo że nimi nie są”, jak powiada papież o podobnym sporze za jego czasu: „ile że” (powiada) „nie jest zwalczaniem, ale tworzeniem herezji odmawiać wiary tym, którzy własnym swym wyznaniem świadczą, iż wyznają prawdziwą wiarę: Hoc non est haeresim purgare sed facere”. Ale poznałem, zaprawdę, że nie ma kacerzy w Kościele, ujrzawszy, iż tak dobrze oczyścili się ze wszystkich tych herezji, iż nie mieliście już sposobu oskarżać ich o żaden błąd w rzeczach wiary; i że musieliście po prostu ograniczyć całą napaść do kwestii faktycznych tyczących Janseniusza, które nie mogły być przedmiotem herezji. Chcieliście bowiem zmusić ich do uznania, że „te Twierdzenia znajdują się u Janseniusza, dosłownie, wszystkie, w tych samych wyrazach”, jak to napisałeś sam: Singulares, individuae, totidem verbis apud Jansenium contentae, w twoich Cavilli, str. 39.
Odtąd wasz spór zaczął mi się stawać obojętny. Pókim sądził, iż spieracie się o prawdę lub fałsz tych Twierdzeń, słuchałem was z uwagą, to bowiem tyczyło wiary. Ale kiedym spostrzegł, że spieracie się już tylko o t,o czy znajdują się słowo w słowo w Janseniuszu, czy nie, przestałem się tym zajmować, ile że dla religii jest to zupełnie obojętne. Inna rzecz, iż wiele pozorów przemawiało za tym, że mówicie prawdę; twierdzić bowiem, że jakieś wyrazy znajdują się słowo w słowo w danym autorze, to rzecz, co do której nie można się omylić. Toteż nie dziwię się, iż tyle osób, i we Francji, i w Rzymie, uwierzyło, wobec tak stanowczego wyrażenia, iż Janseniusz głosił je w istocie. I dlatego zdumiałem się niepomału280, dowiadując się, iż nawet ten punkt faktyczny, któryście przedstawiali jako tak pewny i ważny, jest fałszywy, i że gdy was wezwano do przytoczenia stronicy dzieła Janseniusza, gdzieście znaleźli te Twierdzenia „słowo w słowo”, nie zdołaliście tego uczynić.
Przytaczam cały ten porządek, ponieważ zdaje mi się, że to dostatecznie odsłania ducha waszego Towarzystwa w całej tej sprawie. Świat dowie się ze zdumieniem, iż mimo wszystko, com powiedział, nie przestaliście ogłaszać ich za heretyków. Ale wyście jeno zmienili herezję, stosownie do chwili. W miarę bowiem jak się oczyszczali z jednej, wasi ojcowie podsuwali drugą, iżby nigdy nie byli czyści. Tak w r. 1653 herezja ich polegała na treści Twierdzeń. Później tkwiła w owym „słowo w słowo”. Później pomieściliście ją w sercu. Ale dziś nie ma już o tym mowy: są heretykami, o ile nie podpiszą, że „duch nauki Janseniusza znajduje się w duchu tych Pięciu Twierdzeń”.
Oto cały przedmiot waszej obecnej dysputy. Nie wystarcza wam, że potępiają Pięć Twierdzeń i jeszcze wszystko, co by w Janseniuszu mogło się znaleźć zgodnego z nimi i sprzecznego ze św. Augustynem: czynią bowiem to wszystko. Tak iż na przykład kwestia nie w tym: „czy Jezus Chrystus umarł tylko dla wybranych”; potępiają to równie jak wy; ale czy Janseniusz jest tego zdania, czy nie. I na to oświadczam wam bardziej niż kiedykolwiek, iż wasza dysputa mało mnie obchodzi, tak samo jak mało obchodzi Kościół. Mimo bowiem, że nie jestem doktorem, tak samo jak i ty, mój ojcze, pojmuję wszelako dobrze, że nie chodzi tu o wiarę, skoro chodzi tylko o to, co o tym mniemał Janseniusz. Gdyby wierzyli, że jego nauka zgodna jest z prawdziwym i dosłownym znaczeniem tych Twierdzeń, potępiliby ją; nie chcą tego uczynić, jedynie dlatego, iż są przekonani, że bardzo się od nich różni: toteż gdyby nawet rozumieli to źle, nie byliby heretykami, ponieważ rozumieją to jedynie w duchu katolickim.
I aby to wytłumaczyć na przykładzie, przypomnę rozmaitość mniemań pomiędzy św. Bazylim281 a św. Atanazym w przedmiocie pism Dionizego z Aleksandrii. Św. Bazyli, mniemając, iż znajduje w nich poglądy Ariusza przeciw równości Ojca i Syna, potępił je jako kacerskie; przeciwnie św. Atanazy, sądząc, iż znajduje w nich prawdziwą naukę Kościoła, bronił ich jako katolickich. Czy myślisz tedy, mój ojcze, iż św. Bazyli, który uważał te pisma za ariańskie, miałby prawo ogłosić św. Atanazego heretykiem za to, że ich bronił? I jakąż miałby przyczynę po temu, skoro ów nie bronił w nich arianizmu, ale prawdziwej wiary, którą w nich mniemał widzieć? Gdyby ci obaj święci zgodzili się na istotną myśl tych pism i gdyby obaj uznali tę herezję, bez wątpienia św. Atanazy nie mógłby ich bronić bez herezji; ale ponieważ różnili się w sądzie co do ich myśli, św. Atanazy pozostał katolikiem, broniąc ich, choćby nawet źle je zrozumiał, byłby to bowiem jedynie błąd faktyczny, i broniłby w tej nauce jedynie wiary katolickiej, którą w niej widział.
Powiadam ci to samo, mój ojcze. Gdybyście się zgodzili na myśl Janseniusza i gdyby wasi przeciwnicy zgodzili się z wami, iż sądzi on np. że „nie można oprzeć się łasce”, ten kto wzbraniałby się to potępić, byłby heretykiem. Ale wobec tego, że spieracie się o jego myśl i że oni sądzą, iż wedle jego nauki „można się oprzeć łasce”, nie macie najmniejszego prawa nastawać na nich jako na heretyków (choćbyście pomawiali o herezję samego Janseniusza), skoro oni potępiają myśl, którą w nim przyjmujecie, i skoro nie ważylibyście się potępić myśli, którą oni przyjmują. Jeżeli chcecie tedy ich pognębić, dowiedźcie, że rozumienie, które oni przypisują Janseniuszowi, jest heretyckie: wówczas bowiem i oni będą heretykami. Ale w jakiż sposób moglibyście to uczynić, skoro faktem jest, wedle waszego własnego wyznania, iż rozumienie, które oni podają, jest prawomyślne?
Aby to jasno wykazać, wezmę za zasadę to, co uznajecie sami, iż „nauka o łasce skutecznej nie jest potępiona” i że „papież nie dotknął jej swoją bullą”. I w istocie, kiedy miał sądzić o Pięciu Twierdzeniach, punkt tyczący „łaski skutecznej” ubezpieczono od wszelkiej cenzury. Wynika to jasno z opinii konsultantów, którym papież oddał je do zbadania. Mam te opinie w ręku, równie jak wiele osób w Paryżu, między innymi ks. biskup z Montpellier, który je przywiózł z Rzymu. Widać z teg,o że opinie ich były podzielone i że najwybitniejsi z nich, rozumiejąc że te Twierdzenia można wziąć w znaczeniu „łaski skutecznej”, byli zdani,a że nie należy ich potępić; podczas gdy inni, godząc się, że nie należałoby ich potępić, gdyby miały to znaczenie, uznali, iż zasługują na cenzurę: ponieważ, wedle ich wyroku, sens tych Twierdzeń bardzo jest od tego odległy. I dlatego papież potępił je; i wszyscy poddali się jego wyrokowi.
Pewnym zatem jest, mój ojcze, że „łaska skuteczna” nie została potępiona. I nie dziw: toć tak potężnie oświadczył się za nią Św. Augustyn, św. Tomasz i cała jego szkoła, tylu papieży i soborów, i cała tradycja, iż byłoby bezbożnością pomawiać ją o herezję. Otóż wszyscy ci, których okrzykujecie za heretyków, oświadczają, iż nie znajdują w Janseniuszu nic innego, jak tylko naukę o łasce skutecznej. I to jedno tylko twierdzili w Rzymie. Ty sam to uznałeś — Cavilli, str. 35 — oświadczając, iż „mówiąc wobec papieża, nie rzekli ani słowa o Twierdzeniach, NE VERBUM QUIDEM; cały czas mówili jeno o łasce skutecznej”. Tak więc, czy się mylę w tym przypuszczeniu, czy nie, niewątpliwym bodaj jest, iż znaczenie, które przyjmują, nie jest heretyckie, i że tym samym oni nie są heretykami. Aby bowiem zawrzeć rzecz w dwóch słowach: albo Janseniusz głosił jedynie łaskę skuteczną, i w takim razie nie dopuścił się błędu; albo głosił co innego, i w takim razie nie ma obrońców. Cała kwestia jest tedy w tym, aby wiedzieć, czy Janseniusz głosił w istocie co innego niż łaskę skuteczną; i jeżeli się okaże, że tak, wy będziecie mieli chwałę, żeście go lepiej zrozumieli, ale oni nie będą mieli tego nieszczęścia, iż pobłądzili w wierze.
Trzeba tedy chwalić Boga, mój ojcze, że nie ma zgoła herezji w Kościele, skoro w tym wszystkim chodzi jedynie o punkt faktyczny, który nie może stanowić herezji. Kościół bowiem rozstrzyga punkty wiary boską powagą i odcina od swego ciała wszystkich, którzy wzbraniają się ich przyjąć; ale nie poczyna sobie tak samo w kwestiach faktycznych. A przyczyną tego jest, iż zbawienie nasze związane jest z wiarą, którą nam objawiono, nie zależy natomiast od innych poszczególnych faktów nieobjawionych przez Boga. Tak więc jesteśmy obowiązani wierzyć, iż przykazania boskie nie są niemożliwe, ale nie jesteśmy obowiązani wiedzieć, co Janseniusz uczył w tym przedmiocie. Dlatego to w rozstrzygnięciu punktów wiary Bóg oświeca Kościół obecnością swego Ducha, który nie może błądzić; w sprawach faktycznych natomiast pozwala mu działać wedle ludzkiego pojęcia i rozumu, które są tu naturalnymi sędziami. Jedynie Bóg mógł pouczyć Kościół o swej wierze; wystarczy natomiast przeczytać Janseniusza, aby poznać, czy owe Twierdzenia znajdują się w jego książce. Stąd pochodzi, że herezją jest opierać się orzeczeniom wiary: znaczyłoby to przeciwstawiać własnego ducha Duchowi bożemu. Ale nie jest herezją, mimo że może być zuchwalstwem, nie wierzyć w pewne poszczególne fakty: ponieważ znaczy to jedynie przeciwstawić rozum, który może być jasny, powadze, która może być wielka, ale która nie jest w tym nieomylna.
Uznają to wszyscy teologowie, jak to widać z tej maksymy kardynała Bellarmina282, członka waszego Towarzystwa: „Powszechne i prawnie zebrane sobory nie mogą błądzić w określaniu dogmatów wiary; ale mogą błądzić w kwestiach faktu”. I w innym miejscu: „Papież jako papież, a nawet na czele powszechnego soboru, może błądzić w postronnych sporach faktycznych, jako zależących głównie od informacji i świadectwa ludzi”. I tak samo kardynał Baronius283: „Trzeba się poddać całkowicie wyrokom soborów w artykułach wiary; ale co się tyczy osób i ich pism, cenzura nie ma takiej samej mocy, ponieważ nie ma człowieka, który by się nie mógł omylić”. Dlatego też jego wielebność arcybiskup Tuluzy wysnuł to prawidło z listów dwóch wielkich papieży, św. Leona284 i Pelagiusza II285, iż „właściwym przedmiotem soborów jest wiara” i że „wszystko, co się tam rozstrzyga poza wiarą, może być przedmiotem nowych rozstrząsań i badań; natomiast tego, co orzeczono w kwestiach wiary, nie należy już rozpatrywać, ponieważ, jak mówi Tertulian286, jedynie zasada wiary jest niezmienna i nieodwołalna”.
Stąd pochodzi, iż podczas gdy nigdy nie zdarzyło się, aby powszechne i prawnie zebrane sobory były w sprzeczności z sobą co do artykułów wiary: „ponieważ”, jak powiada arcybiskup Tuluzy, „nie wolno nawet roztrząsać drugi raz tego, co raz postanowiono w przedmiocie wiary”; też same sobory bywały niekiedy sprzeczne co do punktów faktycznych, tam gdzie chodziło o rozumienie myśli jakiegoś autora: „ponieważ”, jak znowuż powiada arcybiskup Tuluzy za papieżami, których cytuje, „wszystko, co się rozstrzyga na soborach poza wiarą, może być na nowo rozpatrywane i badane”. Tak np. czwarty i piąty sobór zdają się w sprzeczności z sobą w wykładzie tych samych autorów; a to samo zdarzyło się dwom papieżom w kwestii nauki pewnych scytyjskich mnichów. Skoro bowiem papież Hormizdas287 potępił ją, biorąc ją w złym rozumieniu, papież Jan II288, jego następca, zbadawszy na nowo i biorąc w dobrym znaczeniu, potwierdził ją i uznał za katolicką. Czy powiedzielibyście dlatego, iż jeden z tych papieży był heretykiem? I czy nie trzeba przyznać, że byleby się potępiło heretycki sens, który jeden z papieży widział w tym piśmie, nie jest się heretykiem przez to, iż się nie potępia samego pisma, biorąc je w sensie, którego niewątpliwie papież ów nie potępił; inaczej bowiem jeden z dwóch papieży byłby winien herezji.
Chciałem, mój ojcze, przyzwyczaić cię do tych sporów, które zdarzają się między katolikami w kwestiach faktycznych tyczących rozumienia myśli jakiegoś autora. Ukazałem ci oto jednego Ojca Kościoła przeciw drugiemu, papieża przeciw papieżowi i sobór przeciw soborowi, aby was zawieść od tego do innych przykładów podobnej rozbieżności, ale bardziej nieproporcjonalnej. Ujrzysz bowiem z jednej strony papieży i sobory, a z drugiej jezuitów, którzy sprzeciwią się ich orzeczeniom odnośnie do myśli danego autora, przy czym nie oskarżacie swoich współbraci, nie mówię o herezję, ale nawet o zuchwalstwo.
Wiesz dobrze, mój ojcze, iż wiele soborów i papieży, a nawet piąty powszechny sobór, potępiły pisma Orygenesa289 jako zawierające herezję; między innymi „o pojednaniu złych duchów w dniu sądu”. Czy sądzisz dlatego, iż aby być katolikiem, bezwarunkowo koniecznym jest wierzyć, iż Orygenes w istocie głosił te błędy i że nie wystarcza potępiać je, nie przypisując mu ich? Gdyby tak było, cóż by się stało z waszym o. Halloix, który bronił czystości wiary Orygenesa, równie jak wielu innych katolików, którzy podjęli to samo, jak Pic de la Mirande, i Genebrard, doktor Sorbony? I czy również nie jest faktem, że tenże sam sobór powszechny potępił pisma Teodoreta290 przeciw św. Cyrylowi291 jako „bezbożne, przeciwne prawdziwej wierze i zakażone herezją nestoriańską292”? A mimo to o. Sirmond, jezuita, bronił się i rzekł w żywocie tego Ojca, iż „pisma te wolne są od herezji nestoriańskiej”.
Widzisz tedy, mój ojcze, iż kiedy Kościół potępia czyjeś pisma, przypuszcza w nich błąd, który potępia; wówczas punktem wiary jest, iż ten błąd jest potępiony, ale nie jest punktem wiary, że te pisma zawierają w istocie błąd, który Kościół w nich przypuszcza. Sądzę, iż dostatecznie to udowodniłem; zakończę tedy te przykłady przykładem papieża Honoriusza293, którego dzieje są tak znane. Wiadomo, iż gdy z początkiem siódmego wieku mąciła Kościół herezja monoteletów294, papież, chcąc zakończyć ten spór, wydał dekret, jakoby faworyzujący tych heretyków, tak iż wiele osób było tym zgorszonych; mimo to za jego pontyfikatu odbyło się to bez większego rozgłosu. Ale w pięćdziesiąt lat później, kiedy Kościół zebrał się na szóstym powszechnym soborze295, któremu papież Agaton przewodniczył przez swoich legatów, przedłożono tam ów dekret; i odczytawszy go i zbadawszy, potępiono go jako zawierający herezję monoteletów i spalono w tym charakterze na pełnym zgromadzeniu wraz z innymi pismami tych heretyków. I cały Kościół przyjął ten wyrok z takim szacunkiem i jednomyślnością, iż potwierdziły go później dwa sobory powszechne, a także dwaj papieże, Leon X i Adrian II, który żył w dwieście lat potem; i nikt nie zamącił tej tak powszechnej i spokojnej zgody przez siedem lub osiem wieków. Mimo to kilku autorów w ostatnich czasach, między innymi kardynał Bellarmin, nie poczuwali się do popełnienia herezji, twierdząc, wbrew tylu papieżom i soborom, iż pisma Honoriusza wolne są od błędów, których się w nich dopatrzono: „ile że”, powiada, „wobec tego, że sobory powszechne mogą błądzić w kwestiach faktu, można twierdzić z całą pewnością, że VI sobór omylił się co do tego faktu i że nie zrozumiawszy dobrze myśli pism Honoriusza, mylnie pomieścił tego papieża w rzędzie heretyków”.
Zauważ to dobrze, mój ojcze: nie jest herezją mówić, że Honoriusz nie był heretykiem, mimo że wielu papieży i kilku soborów uznało go takim, i to po zbadaniu. Przechodzę teraz do naszej kwestii i wzywam was, abyście swojej sprawy bronili najlepiej jak zdołacie. Cóż powiesz, mój ojcze, aby pomówić swoich wrogów o herezję? Iż „papież Innocenty X oświadczył, że Pięć Twierdzeń znajduje się w Janseniuszu”? Jak ci się zdaje, mój ojcze? Czy to nie jest kwestia faktu, tej samej natury co owe poprzedzające? Papież oświadczył, iż błąd Pięciu Twierdzeń znajduje się w Janseniuszu, tak samo jak jego poprzednik oświadczył, iż błąd monoteletów i nestorianów znajduje się w pismach Teodoreta i Honoriusza. Na co wasi ojcowie napisali, iż potępiają owe herezje, ale że się nie godzą, aby ci autorowie je głosili; tak samo jak wasi przeciwnicy powiadają dziś, iż potępiają te Pięć Twierdzeń, ale że się nie godzą, aby Janseniusz je głosił. Przyznaj, mój ojcze, że oba te wypadki są bardzo podobne. A jeżeli jest jaka różnica, łatwo osądzić, jak bardzo jest ona na korzyść obecnej kwestii, przez porównanie wielu poszczególnych okoliczności, dosyć widocznych samych przez się, tak że nie będę się nad nimi rozwodził. Jak to się tedy dzieje, mój ojcze, iż w tej samej sprawie wasi ojcowie są katolikami, a wasi przeciwnicy heretykami? I mocą jakiego osobliwego wyjątku pozbawiacie ich swobody, którą przyznajecie wszystkim wiernym?
Cóż ty na to powiesz, mój ojcze? Że „papież potwierdził swoją bullę przez brewe296? Odpowiem ci, że dwa powszechne sobory i dwóch papieży potwierdziło potępienie listów Honoriusza. Ale co wy za broń widzicie w słowach tego brewe, gdzie papież oświadcza, iż „potępił naukę Janseniusza w Pięciu Twierdzeniach”? Cóż to dodaje do jego bulli? I cóż stąd wynika, jeśli nie to, iż tak samo jak szósty sobór potępił naukę Honoriusza, ponieważ uważał ją za tożsamą z monoteletami, tak samo papież potępił naukę Janseniusza w Pięciu Twierdzeniach, ponieważ sądził, iż jest tożsamą z tymi Pięcioma Twierdzeniami? I w jaki sposób nie byłby tak mniemał? Toć wasze Towarzystwo nie przestaje o tym pisać; i ty sam, mój ojcze, któryś powiedział że są tam „słowo w słowo”, byłeś w Rzymie w dobie cenzury: spotykam cię bowiem wszędzie. Czyż papież mógłby nie zawierzyć szczerości lub nauce tylu poważnych zakonników? I w jaki sposób nie uwierzyłby, że nauka Janseniusza jest toż sama z tymi Pięcioma Twierdzeniami, wobec twego zapewnienia, iż znajdują się „słowo w słowo” u tego autora? Oczywistym tedy jest, mój ojcze, iż, jeżeli się okaże, że Janseniusz ich nie użył, nie trzeba będzie mówić, jak to uczynili wasi ojcowie w tamtych przykładach, iż papież się omylił. Należy po prostu powiedzieć, że wyście oszukali papieża, co nie przyczyni zgorszenia, tak dobrze was już znają.
Tak więc, mój ojcze, cały ten przedmiot daleki jest od wszelkiej herezji. Ale, ponieważ chcecie ją stworzyć za jaką bądź cenę, spróbowaliście odwrócić kwestię faktyczną i czynicie to w taki sposób: „Papież”, powiadacie, „oświadczył, iż potępił naukę Janseniusza w Pięciu Twierdzeniach; zatem artykułem wiary jest, iż nauka Janseniusza tycząca Pięciu Twierdzeń — jakakolwiek by była — jest heretycka”. Oto, mój ojcze, osobliwy punkt wiary, iż nauka jest heretycką, jakakolwiek by była. Jak to, jeżeli wedle Janseniusza „można się oprzeć łasce wewnętrznej” i jeżeli fałszem jest wedle niej, że „Jezus Chrystus umarł tylko za predestynowanych”, czy to będzie potępione, ponieważ jest jego nauką? Maż być prawdą w Konstytucji papieskiej, iż „mamy swobodę czynienia dobrego i złego”, a to samo ma być fałszem w Janseniuszu? I cóż za nieszczęście go ściga, iż w jego książce prawda ma się stać herezją?
Czy nie trzeba tedy powiedzieć, że jest heretykiem jedynie w razie, jeżeli będzie w zgodzie z tymi potępionymi błędami, skoro Konstytucja papieża jest prawidłem, do którego trzeba przymierzyć Janseniusza, aby osądzić, czym jest wedle jego stosunku do niej, i że w ten sposób kwestię: „czy jego nauka jest herezją”, można rozwiązać tą drugą kwestią faktyczną: „czy jest zgodna z naturalnym znaczeniem tych Twierdzeń”. Niepodobna, aby nie była herezją, jeżeli jest z nimi zgodna, i niepodobna, aby nie była katolicka, jeżeli jest im sprzeczna. Skoro bowiem, wedle papieża i biskupów, „Twierdzenia te są potępione w ich właściwym i naturalnym rozumieniu”, niepodobna, aby były potępione w rozumieniu Janseniusza, chyba w razie jeśli to rozumienie Janseniusza byłoby to samo co właściwe i naturalne rozumienie tych Twierdzeń: a to jest punkt faktyczny.
Kwestia pozostaje tedy wciąż na tym punkcie faktycznym i niepodobna jej w żaden sposób zeń wydobyć, aby ją zmienić w kwestię wiary. Tym samym niepodobna zrobić z niej kwestii herezji; natomiast moglibyście snadnie z niej uczynić pozór do prześladowania, gdyby nie nadzieja, iż nie znajdzie się osób tak dalece zaprzedanych waszym interesom, aby się dały użyć do tak niesprawiedliwych procederów i aby chciały zmusić do podpisywania, jak wy tego pragniecie, iż „potępia się te Twierdzenia w rozumieniu Janseniusza”, bez wytłumaczenia, co to jest owo rozumienie Janseniusza. Mało jest ludzi skłonnych podpisać wyznanie wiary in blanco297. Otóż to byłoby takim cyrografem, który później wypełniono by, czym się wam podoba, mając swobodę wykładać do woli, co to jest rozumienie Janseniusza, którego nie wytłumaczono. Niechże je tedy wprzódy wytłumaczą: inaczej zrobicie z tego nową najbliższą możność, abstrahendo ab omni sensu298. Wiesz, ojcze, że świat nie widzi tego dobrym okiem. Nienawidzi on dwuznaczności, zwłaszcza w materiach wiary, w których słusznym jest rozumieć bodaj to, co się potępia. I jaki sposób ci doktorzy, którzy są przekonani, że Janseniusz nie ma czego innego na myśli prócz „łaski skutecznej”, zgodziliby się oświadczyć, iż potępiają jego naukę bez jej objaśnienia; toć, wedle ich wierzenia, którego im nikt nie odebrał, znaczyłoby to nie co innego jak potępić łaskę skuteczną, której nie można potępić bez zbrodni. Nie byłażby to osobliwa tyrania stawiać ich w tej opłakanej konieczności: albo dopuścić się występku wobec Boga, gdyby podpisali to potępienie wbrew własnemu sumieniu, albo popaść w zarzut herezji, gdyby odmówili podpisu?
Ale to wszystko odbywa się wielce tajemniczo. Każdy wasz krok jest dziełem polityki. Muszę wytłumaczyć, czemu nie tłumaczycie owego rozumienia Janseniuszowego. Piszę jedynie po to, aby odsłonić wasze zamiary i w ten sposób udaremnić je. Trzeba mi tedy pouczyć nieświadomych, iż głównym waszym celem w tym sporze jest wywyższyć „łaskę wystarczającą” waszego Moliny, czego nie możecie uczynić, nie obalając „łaski skutecznej”, która jej jest sprzeczna. Ale, ponieważ widzicie, iż jest ona dziś uznana w Rzymie i wśród wszystkich uczonych Kościoła, przeto, nie mogąc jej zwalczać samej w sobie, postanowiliście zaczepić ją tak, aby nikt tego nie spostrzegł, pod godłem nauki Janseniusza.
Dlatego trzeba wam było starać się o potępienie Janseniusza bez wyjaśnienia; i aby to osiągnąć, trzeba wam było dać do zrozumienia, że nauka jego nie jest nauką łaski skutecznej, iżby świat mniemał, że można potępić jedno bez drugiego. Stąd pochodzi, iż staracie się wmówić to dziś osobom nieznającym zupełnie tego autora. I ty sam robisz to, mój ojcze, w swoich Cavilli, str. 23, za pomocą tego subtelnego rozumienia: „Papież potępił naukę Janseniusza. Papież nie potępił nauki o łasce skutecznej. Zatem nauka o łasce skutecznej różni się od nauki Janseniusza”. Gdyby ten dowód był przekonywający, można by tak samo wykazać, że Honoriusz i wszyscy ci, którzy go bronią, są kacerzami. Szósty sobór potępił naukę Honoriusza. Otóż szósty sobór nie potępił nauki Kościoła. Zatem nauka Honoriusza różna jest od nauki Kościoła. Zatem wszyscy, którzy jej bronią, są heretykami. Jasnym jest, że to nie dowodzi niczego, skoro papież potępił jedynie naukę zawartą w Pięciu Twierdzeniach, o której mu wmówiono że jest nauką Janseniusza.
Ale co wam o to! Wszak nie macie zamiaru długo wspomagać tym rozumowaniem. Mimo iż tak wątłe, wytrwa dość długo jak na waszą potrzebę. Potrzebne wam jest jedynie na to, aby ci, którzy nie chcą potępić łaski skutecznej, potępili Janseniusza bez skrupułu. Skoro to nastąpi, wasz argument pójdzie niebawem w zapomnienie, podpisy zostaną jako wiekuiste świadectwo potępienia Janseniusza, wy zaś zyskacie sposób zaczepienia wprost łaski skutecznej za pomocą tego innego argumentu, o wiele silniejszego, który ukujecie w swoim czasie: „Naukę Janseniusza”, powiecie, „potępiono jednomyślnym orzeczeniem całego Kościoła. Otóż ta nauka jest najoczywiściej nauką o łasce skutecznej”, i dowiedziecie tego bardzo łatwo. „Zatem nauka o łasce skutecznej potępiona jest nawet przez jej obrońców”. Oto czemu nastajecie na podpisanie tego potępienia jakiejś nauki bez wyjaśnienia jej. Oto korzyść, jaką zamierzacie wydobyć z tych podpisów. Ale jeżeli wasi przeciwnicy oprą się temu, zastawiacie im w razie odmowy inną pułapkę. Połączywszy bowiem zręcznie kwestię wiary z kwestią faktyczną, nie pozwalając, aby je rozdzielili, ani aby podpisali jedną bez drugiej, kiedy nie będą mogli podpisać obu razem, ogłosicie wszędzie, iż odrzucili obie razem. I tak, mimo że w istocie jedynie wzdragają się uznać, aby Janseniusz głosił te Twierdzenia, które potępiają, co nie może stanowić herezji, wy powiecie śmiało, że odmówili potępienia samychże Twierdzeń i że w tym leży ich herezja. Oto owoc, który dobędziecie z ich odmowy, owoc, który byłby wam nie mniej użyteczny od tego, który uzyskalibyście z ich zgody. Tak iż, o ile będą wymagane te podpisy, zawsze wpadną w waszą pułapkę, czy podpiszą, czy nie podpiszą, a wy zawsze wyjdziecie na swoje, tak czy owak: tak zręcznie umiecie prowadzić rzeczy, aby wam zawsze wyszły na korzyść, jakkolwiek się obrócą.
Jakże ja was dobrze znam, mój ojcze! I z jaką boleścią patrzę, iż Bóg was tak dalece opuścił, że pozwala wam osiągnąć szczęśliwy obrót w tak niegodnym postępowaniu! Szczęście wasze warte jest współczucia: zazdrościć mogą go jedynie ci, którzy nie wiedzą, co jest prawdziwe szczęście. Miłość bliźniego każe stawać w poprzek owemu szczęściu, którego wy szukacie w całej tej polityce, ponieważ opieracie go tylko na kłamstwie i staracie się jedynie wmówić w świat jeden z tych dwóch fałszów: albo że Kościół potępił łaskę skuteczną, albo że ci którzy jej bronią, podtrzymują pięć potępionych błędów. Trzeba tedy powiedzieć całemu światu i to, że łaska skuteczna nie jest potępiona, wedle waszego własnego wyznania, i to, że nikt nie broni tych błędów; iżby świat wiedział, że ci, którzy odmówiliby podpisania tego, co chcielibyście, aby od nich żądano, odmawiają jedynie z przyczyny kwestii faktycznej i że, będąc gotowi do podpisania kwestii wiary, nie mogą stać się heretykami wskutek tej odmowy; jest bowiem kwestią wiary to, iż te Twierdzenia są kacerskie, ale nigdy nie będzie kwestią wiary, że to są Twierdzenia Janseniusza. Wolni są od błędu, to wystarczy. Może wykładają Janseniusza zbyt przychylnie; ale może wy wykładacie go nie dość przychylnie. Nie wchodzę w to. Wiem bądź co bądź tyle, iż, wedle waszych maksym, możecie w swoim mniemaniu bez zbrodni głosić, że jest heretykiem, wbrew własnemu waszemu przekonaniu; podczas gdy oni, wedle swoich zasad, nie mogliby bez zbrodni powiedzieć, że jest katolikiem, gdyby nie byli o tym przekonani. Są tedy szczersi od was, mój ojcze; lepiej zgłębili Janseniusza niż wy; nie są mniej światli od was; nie są tedy mniej od was wiarogodni. Ale jak bądź się ma rzecz z kwestią faktyczną, są z pewnością katolikami, aby być bowiem katolikiem, nie jest koniecznym twierdzić, że ktoś drugi nim nie jest; i nie obciążając nikogo błędem, wystarczy oczyścić się zeń samemu.