1.
Kiedy zostało się już tym pisarzem, wydało książkę, zaczęło i szybko przestało czytać gazetowe recenzje i internetowe opinie, wtedy dzwonią. Dzwonią i mówią: Dzień dobry, panie pisarzu, może pojechałby pan w trasę po Europie Środkowo-Wschodniej, poczytał środkowoeuropejskim słuchaczom swoje dwa opowiadania, które uprzednio przetłumaczone, przesuwałyby się za pana plecami w czeskim, słowackim, a nawet ukraińskim tempie na specjalnym międzynarodowym ekranie, a następnie jeszcze chwilę porozmawiałby pan z prowadzącą albo prowadzącym o swoich tekstach, o kondycji literatury, o miażdżycy demokracji i tuberkulozie mediów? I pisarz się oczywiście zgadza, bo kto by nie chciał pojechać koleją do Brna, autobusem do Ostrawy, potem znowu koleją do Koszyc i wreszcie zepsutym samochodem przez góry, Zakarpacie, aż do Lwowa? I to jeszcze zahaczywszy gdzieś po drodze o złoty od upału Wrocław. Kto by nie chciał, żeby historyjki o Marku z Grochowa przeglądały się w niebieskich oczach Czeszek, Polaków, Słowaków i Ukrainek? Więc się odpowiada: Tak, chciałbym — dopiero po chwili uświadamiając sobie, że się będzie jeździło z obcymi ludźmi, z obcymi pisarzami, w dodatku w tym roku gościem honorowym jest Turcja, więc trzeba będzie używać angielskiego, prowadzić te małe rozmowy, które z pisarzami bezwiednie przekształcają się w eseistykę na żywo, pod stukot kół, pod piwo, pod „cholera, musi tu być gdzieś jakaś toaleta”. Ale słowo się rzekło, chciałoby się.