2.

Przywitaliśmy się, na tyle mój angielski pozwala, i ruszyliśmy z polskim kierowcą do Ostrawy, tam dwaj autorzy z pięknych krain zostawali na wieczorne spotkanie, a ja z biletem w lewej i piwem ostravar w prawej ręce miałem pociągiem sunąć do Brna, perły baroku. Mój zmysł lingwistyczny jeszcze przez chwilę wyławiał z szybkiej rozmowy: pogodę, profesje rozmówców, nazwy miast, z których pochodzą, ale rozmowa przyśpieszyła, jakby kierowca wrzucił czwórkę nie tylko w mercedesie, ale i w głowach moich towarzyszy. Zaczęło się.

Lełeorylicośtamcośtam Céline! — powiedział słowacki dramaturg i eseista. Ołrajtgudłeljamcośtam Ezra Pound! — odpowiedział mu turecki nowelista. I obaj popatrzyli na mnie. Spanikowałam. Przymierzałem tego Céline’a do Pounda, jakiś poetycko-nazistowski krzyżak mi wychodził, taki, co potem nawiedzi cię w nocy, szepcząc w języku zagubionych, ale tamci patrzyli wyczekująco... Samuel Beckett! — palnąłem bez dodatków, no bo jakie niby miałbym mówić dodatki? Słoweński dramaturg się skrzywił, jakby zabolał go nagle ząb mądrości (a wyglądał na takiego, co ma i ósemki, i dziewiątki), ale turecki, samobójczo przystojny nowelista ze Stambułu popatrzył na mnie uważnie i pokiwał głową. Jakby ktoś mu właśnie pokazał wzory skróconego mnożenia. I popadł w zamyślenie. Na próżno Słoweniec próbował złowić jego wzrok, Turek był dla świata stracony, znalazł się w jakimś miejscu, gdzie Céline, Pound i Beckett mówią do siebie po turecku, piją po turecku kawę, palą stambulską sziszę i mówią rzeczy tak piękne, że orbity planet pękają jak zbyt długo eksploatowane tory.

Wysadzili mnie w Ostrawie na dworcu, tam mężczyzna bez nóg poprosił mnie o papierosa po czesku, pani w barze dworcowym po śląsko-polsku rozmawiała ze mną o dodatkach do langosza i drobnych koronach, których oczywiście nie miałem, a potem, raz jeden w tej podróży samotnie, pojechałem do Brna, przeklinając swoich nauczycieli angielskiego, własne lenistwo, czas i miejsce urodzenia, które wyposażyły mnie w polszczyznę, ruszczyznę i kikut języka Miltona, którym kuśtykam do — oby jak najszybszego — końca. W Brnie było barokowo, czułem się jak prawdziwy pisarz i tak mnie traktowano, w siedemnastowiecznym hotelu, już po spotkaniu i sześciu piwach z sześciu wartych poematu morawskich browarów, o mało nie zacząłem pisać eseju. Niewiele brakowało.