3.
Za to w hotelu w Ostrawie na wieszaku wisiał czarny parasol. Mój ojciec i dziadek nosili takie, klasyczne, krukowate, z drewnianą rączką. To chyba nieczęsty zwyczaj, parasol dla gości, ale możliwe, że za rzadko bywam w hotelach. Na zewnątrz zaiste padało. Rzęsiście. Pamiętam, gdy byłem dzieckiem, to „rzęsiście” mnie zastanawiało. Z jakich rzęs ta woda? A przecież nie chodziliśmy do kościoła, by mieć prostą, dziecięcą odpowiedź. Jeśli są rzęsy, to muszą być i oczy, to już wystarczająco straszne. Oczy w makijażu deszczowych chmur. A co za nimi? Koncepcje znałem, czytałem dużo, przeczytałem oba testamenty i mity greckie w trzech wersjach. Oczy są przecież nie tylko do patrzenia, są do oceniania, do podglądania spraw wszetecznych i tajemnych. Do gromienia są. Mają te rzęsy i mają brwi. Mój ziemski i niewysoki ojciec unosił brew w chwili gniewu. Nie bił, nie krzyczał, unosił brew i mówił do mnie „Pawełku”. Och, to „Pawełku” było całe z grozy, z czekania na ojca po wywiadówce, ze zbitych szyb, rozbitych nosów, z papierosów caro wypalonych na stegiennym amfiteatrze. Do miłych rzeczy był Pawciulek. I mama, i tata używali tego Pawciulka jak nagrody, od Pawełka dzielił go cały dekalog. Od dobrych do złych, potwornych uczynków. A potem miałem piętnaście lat, dzwoniła do mnie dziewczyna, którą kochałem, a ojciec wołał: „Pawciulku, do ciebie!”. I jak być po czymś takim młodym mężczyzną, jak być po Pawciulku seksownym i pociągającym? Więc Pawciulka też znielubiłem. Znikła skala uczynków, w obliczu miłości Pawełek i Pawciulek stanęli obok siebie i trzymali się za brudne, zdolne do potworności ręce.
Dziś do obu tęsknię. Dziś jestem Pawłem, chodzę po dużym hotelowym pokoju w Ostrawie z czarnym parasolem na ramieniu. Jak żołnierz z karabinem na defiladzie. Defiluję od okna do łóżka, od telewizora do drzwi łazienki. Przed jakimiś oczami taki parasol chroni. Myślę o tamtej dziewczynie, jest dziś żoną mojego najlepszego przyjaciela, pijamy wino i udajemy wesołych. Puk puk — nagle. I zanim zdążę zareagować, drzwi pokoju się otwierają. No tak, nie wywiesiłem karteczki na klamce, pora sprzątania. Stoimy i patrzymy na siebie. Ja z rozłożonym czarnym parasolem i czeska pokojówka w pełnym uniformie. Trwa to chwilę, słowa się nas nie imają. Jest młoda, ma długie czarne włosy i plakietkę z imieniem. W końcu ona duka po czesku: Promiňte! I wychodzi, zamykając drzwi. Podchodzę do nich i słyszę jej na westchnięciu przeciągłe, przepięknie, wschodnio-czeskie: Kuuurva!