4.
A potem podróżowałem już z niemieckojęzyczną parą. Oboje starsi i mądrzejsi ode mnie. Ona z korzeniami w Anatolii, ale pisząca po niemiecku o kobietach tureckich w diasporze w RFN, on wsobny, elegancki, uprzedzająco miły, rodem dziadków z Walii, ale naprawdę Niemiec z Pomorza, wybitny dziennikarz i autor reporterskich książek, na oko — trzy nagrody Niemieckiego Stowarzyszenia Wydawców i półtora Pulitzera. I kiedy wybitna niemiecka pisarka tureckiego pochodzenia zapytała mnie: „A ty co piszesz?” — odpowiedziałem, nawet bez udziału tłumacza: „Short stories”. A ona popatrzyła na mnie dobrymi, niemal czarnymi oczami, wyglądała jak moja babcia, która z kolei wyglądała jak piękna, mądra Żydówka, choć miała panieńskie nazwisko Łapć. Spojrzała i tym swoim angielskim, który był zrobiony z zaokrąglonego niemieckiego, spytała dalej: „Ale o czym one są? O ludziach?”. Wziąłem oddech, w którym był morawski wiatr, w którym był zapach kradzionych czereśni, w którym sierotki po państwie wielkomorawskim zamieniały się w sierotki Taboru, wziąłem największy oddech świata, przez sekundę byłem tak pełen powietrza, że wyglądałem jak Sophia Loren, brakowało mi tylko biustonosza i łańcuszka na kostce. „Tak. O ludziach” — odpowiedziałem słynnej niemieckiej pisarce tureckiego pochodzenia, ale zaraz zrobiło mi się wstyd, bo wiedziałem, że to przez ten pierdolony angielski, którego oboje nie znamy, i marzymy tylko, by mówić do siebie po turecku, po polsku, po rosyjsku, po niemiecku. W tych wszystkich językach mniejszych, w których nasze dusze mniej więcej się orientują i nie noszą gorsetu dla dusz z napisem: Made in UK.