5.
Siedział naprzeciwko mnie i tak śmiesznie poruszał wargą, a nad nią miał wąs jak ze starego pędzla do golenia. Takiego, jakiego używał mój ojciec. I patrzył na mnie siedzącego z piwem w ręce. Przestraszyłem się, że to może z przyganą, więc wydukałem coś w ogólnosłowiańskim, że przepraszam i nie będę, ale on odpowiedział po czesku i podniósł ręce w tym uspokajającym geście, który rozumieją znarowione konie, przestraszone psy i polscy pisarze. I dopiero po tych dłoniach było widać, ile ma lat, nie siedemdziesiąt i nie małe osiemdziesiąt nawet. A potem dodał coś i znowu wykonał gest, też zrozumiały. „Hmm, ale nie mam drugiej puszki” — odpowiedziałem jemu, a trochę też sobie sprzed dwóch godzin, idiocie, który zabiera jedną puszkę pilsnera do pociągu relacji Brno — Bohumín. Ale staruszek znowu zastrzygł tą wargą z wąsem jak nerwowy kundelek, znowu coś mówił i pokazywał. Aaa, że tą? No dobra, dziwne to, ale przecież nie mogę odmówić. Podałem mu puszkę i napił się, ale zaraz mi ją zwrócił. Aha, to tak, i co, mam teraz ulec manii czystości? Czym właściwie może mnie zarazić? Starością, czeszczyzną? A ja jego tym naszym szeleszczeniem i kaskadami nosówek, a może jeszcze tym smutkiem, który noszę jak dobry humorek? I wziąłem łyka. Potem on znowu. I ja jeszcze. Piliśmy na spółkę piwo z puszki, nasze palce zetknęły się raz czy dwa, ale nie bito wtedy w dzwony, nie spadały z nieba błyskawice, nie zamieniliśmy się językami ani przeszłością. On cały czas coś opowiadał, nic sobie nie robiąc z tego, że rozumiałem tylko pojedyncze słowa. Skupiałem się na tej czeskiej czy raczej morawskiej intonacji: jak dźwięki wchodzą pod górę i schodzą w dół, a góra jest niewielka i każdy z dźwięków ma inny sposób wchodzenia i schodzenia niż nasze, a nasze mają inny niż te moskiewskie i inny niż mińskie. Wysiadł w Přerowie, nikt go nie witał.