7.
Albo był sobie Polak, Słowak i Ukrainiec. Byli sobie w Koszycach, ale nie w tej części, gdzie urodził się Sándor Márai, węgierski geniusz, nie, zupełnie nie, byli sobie w części betonowej, w cieniu bloków, choć słońce zachodziło i ćmy siadały im na włosach. Jeden był profesorem, drugi przedsiębiorcą i kierowcą, a trzeci wymawiał się od wódki. Ale Ukrainiec przywiózł ją w prezencie, ale Słowak nie miał nic przeciwko, ale ćmy krążyły z namową wypisaną na czarnych skrzydłach. Polak, Słowak i Ukrainiec pili na stojąco, z plastykowych kieliszków, Ukrainiec po polsku wyliczał: pierwszy za spotkanie, drugi za przyjaźń, trzeci za miłość, czwarty, by źli ludzie nie siadali z nami do szachownicy, piąty — prokuratorski — za korupcję! Księżyc zmienia słońce na obcince, papierosy, kto ile dzieci, hokej czy piłka, który z rządów nurza się w najsmrodliwszej cieczy. Słowak ma ojca Rusina, dziadek Polaka urodził się w Kijowie, Ukrainiec jest ze Lwowa, poza wszystkim jest skarbnikiem przy swojej cerkwi. Grekokatolickiej. Jeździ do Polski, pod Łódź po kalesony dla chłopaków na front. To rząd nie daje? Rozkradają. Jakżeby inaczej. Idzie mu w ogóle w mistycyzm, nawet w ezoterykę może, ale u Słowaka i Polaka nie ma jeszcze wojny, więc nikt się nie czepia. Na zagrychę są cukierki, nie schodzą. Mogliby przegryzać ćmami, ciemnymi ćmami, które zawsze krążą, gdy spotka się Polak, Słowak i Ukrainiec. Ale nie dziś, dziś odpędzają je machnięciami dłoni, żadne z machnięć nie udaje salutu. Po profesora przyjeżdża taksówka, by zabrać go do sąsiedniego, też uniwersyteckiego miasta, kierowca i ten trzeci, dziabnięty zdrowo, idą na piechotę do hotelu. Katedry nie widać, ale jest tak ogromna i piękna, że nie musi być jej widać wszędzie. To by jej nawet uwłaczało. Miałem brata w Warszawie, ale serce mu pękło z przepracowania. Zawał.