Kongres religijny

W dancingowym patio już wszczęto obrady.

Cześć, cześć i sława!

Czoła i kolana pokornie schylone i zamodlone. Milczenia tyrada. Nikt nawet nie chrząka.

Lekkie wzniesienie dla przewodniczących, dla sekretarzy i komisarza. Mównica jest w kącie. Dla dyplomacji i dla dziennikarzy dwie boczne loże. Krzesełek ma sali, dopożyczonych i napchanych szczelnie, gąstew nieprzebrana.

Prezesem honoru kongresowego obrany został, większością głosów i bez protestu, wielce zasłużony profesor wiedzy teozoficznej1000 z plemienia Huhu pan Baj-ojjej-baj, zaś generalnym jego sekretarzem przezacny Mac Absurde. Prowadzą obrady i przewodniczą pobożnej zgrai A-to-tso papież z Onczidaradhe, z fakirem, na przemian. Przy zielonym stole, na dziś przeznaczonym do gry hazardowej w kosmiczne miłostki, komisarz rządu zasiadł skwaszony, jak korniszonek wyjęty z octu, Paolo Cymbalez.

Wszedł na trybunę Dawid Yetmeyer.

Zagaił zebranie. Jest niby pomidor nieco przejrzały, gdy pęka na słońcu i cynobrową cieczą ocieka. Asfaltuje drogę do wszechzrozumienia tematu wieczności. Zapulchnioną piąstką ugniata pulpit, jak gdyby ciasto strudlowe miesił.

— Wy! Moje małpie degeneraty, denaturaty i deformaty!

Zwięźle i oschle sprawię się z wami, bo nie na gadanie zeszliśmy się tutaj, lecz na rozparpanie bytu istotności.

Powiedzcie śmiało, czego pragniecie?

Czy użyć sobie na całego chcecie, raz się nabęckać1001 poczuciem wszechświata, do syta, na zawsze, by nie pożądać pospolitości już nigdy, żadnej?

Co wam się uśmiecha dziwolągi drogie, duszyczki przeczułe i bestie drapieżne?

Czy życie mastne w śmierci powijakach, czy laba1002 w kosmosie?

Możecie wybierać, nie trzeba się wstydzić!

Czy nędzić1003 wolicie i lechmankować1004 na myśli ugorach, każdą maliznę1005, niby łachmandy1006, wykradać, rabować, o byle co zawsze z jakimś osrajmurkiem1007 cackać się, paktować, kalikantowi, pierwszemu-lepszemu, pozwolić się miałczyć1008 albo i opsiakać1009 wśród krużyn1010 żerować...

Czy dać sobie folgę i pomądrować1011, pluszową wieczystość pościelić, omiodnić1012, dołapić1013 wszelką fertyczną znikomość, wszerz-wzdłuż niebiosów nieco pobuszować, u Boskich podnóży habendę1014 założyć, raz przecie przystojne domactwo1015 zbudować na nieskończonej beznadziejności czy beznadziejnej nieskończoności, nowosiedliny1016 tak huczne sprawić, aby były gziny1017 z dziewuchą, każdą ostatecznością, by chałwą twórczą wykleić gęby i odtąd na stałe skompanić1018 się z sensem nieśmiertelności?...

Co wy myślicie teraz o tym wszystkim awanturnicy, zawalidrogi?

Coś mi się patrzy, że macie po temu przemożną ochotę, bo złagodniały nienajestne1019 ślepia waszych oczodołów...

Możecie nowalii zbawczych skosztować bez żandarmerii, bez ceł ochronnych, bez wiz paszportowych...

Możecie dziś począć cudactwo ogromne, zdziałać rzecz wielką... Taka was chmara... Możecie waszą kosmiczną ochotę wprost Bogu podać i kongresową walną uchwałą:

METAFIZYCZNYCH UCZUĆ RELIGIJNYCH MOCARSTWO

stworzyć.

Mocarstwo troski nieposkromionej o wszechmoc Stwórcy.

A bezwyznaniowe i niezaborcze.

Bez pustych kawałów neobaptystów czy imamistów,

bez nacjonalistów mierzwy cuchnącej,

bez wściekłych zachłyśnięć socjalnych indorów...

Bez morza, bez lądu, w samym sercu słońca...

Mocarstwo szczęsne i rozbujane w naobłocznych norach.

Mocarstwo dobre, wiecznie uśmiechnięte.

Mocarstwo prawdy jutrzniami kwitnącej, a rozwalonej lubieżnie, bezwstydnie w puszystych lazurach.

No, cóż wy na to? Idzie ślinka z gęby?

A co, nie mówiłem? Powoli, powoli! Nie można tak zaraz ciskać się głową, gdy właśnie głowy teraz są potrzebne.

Jesteście potwory. Rady na to nie ma. Brzucha potwory, o które zabiegam, by je przemienić w potwory mózgowe. Każdy z was bawił w „Dancingu Przedśmiertnym”. Przeszliście gremialnie przez czyściec komnat wtajemniczających, oczyszczających mózgowe zwoje. Znacie prawa myśli, jej stacje krzyżowe, pomosty ruchome do wzlotów niechybnych, kaptury nurkowe, baterie, pęsety, filtry, peryskopy... Znacie abecadło wielkiej naszej mowy i rany umiecie zadawać bliźnim wyłącznie w tym celu, by ich okazale i wśród łez pochować lub wspaniałomyślnie miłosierdzie zgrywać, o ile ofiary są tak nieszczęśliwe, że żyją jeszcze. Wiem również o tym, że w moich łaźniach mniej więcej dokładnie wypocił z was każdy karierowiczostwa febryczną głupotę.

Jesteście gotowi do twórczych przeznaczeń i dlatego dzisiaj na wskroś was prześwietlam:

TAJEMNICY BYTU PROMIENISTYM SNOPEM.

Wszak nie potrzebuję powtarzać wam tego, żem nie kręcijan1020 ani chwalidupa1021. Tak samo wiecie, że Dancing z Toledo ma być przeniesiony na wyspę odludną, Wyspę Zapomnienia, gdzie go przygarnie sam Pałac Lodowy. Tam kosmicznego mocarstwa początek, o które wam chodzi, bez konstytucji, bez partyjnictwa, bez pomp, splendorów i... bez sanacji. Tam sami idioci, czyli rasa twórcza, mnie... wam podobni, genialni, szanowni, świadomym poczuciem nieskończonego istnienia swego... będą się rządzić.

Ale cóż z tego? Jest sęk maleńki i ogromna dziura. Przenosin niezbędnych, do których się palę, nie mogę zaczynać. Nie lada przeszkoda. Słuchajcie dzikusy! Z ust miarodajnych, z moich ust zbawczych dowiedzcie się ludy, że macierzysty i łebski1022