Kosmos obecnie stoi...

Wiceminister komunikacji królestwa Syjamu, który jest nagi, albowiem majtasy jedne jedyne, jakie przywiózł z sobą, wciąż jeszcze suszy na zmoczonej pale, po znanej wyprawie pływackiej przez Tajo, na krześle staje i megafonem improwizowanym z obojga dłoni beki baranie śle ku mównicy:

— Jak to? Proszę bardzo! To są alarmy, paniczne pogłoski! W żadnym rozkładzie do jazdy przyziemnej czy napowietrznej, ja przerwy ruchu tego rodzaju nie wyczytałem. A konduktory międzynarodowe znam wszystkie na pamięć. Żądam sprostowania!

Pana Dawida duże okulary, które zapotniały, na czoło wjeżdżają. Miliarder się chwieje, szuka równowagi. Głosem żałosnym, szeptem spieczonym oznajmia bractwu:

— Bardzo mi przykro, lecz faktu nie zmienię i cofnąć nie mogę. Można zawsze stwierdzić. Jak rzekłem, tak będzie: świat stanął i stoi. Od lat szeregu zaciął się w biegu i z miejsca nie rusza...

Powierzchnia kongresu zaczyna się marszczyć. Wirują listki pokrzyków i przekleństw.

— Psia kręć słoniowa! Cóż więc z nami będzie?

Mównica sapie i złowrogo trzeszczy. Chlapnęło wyznanie pana referenta kosmicznych budżetów:

— Grozi katastrofa...

Jak zagwożdżona zakalcem baba osowiała sala w swym wnętrzu osiada.

Zielonożółty Koreańczyk pierwszy, niby tarantula, z ciszy się wymyka, salto mortale przez ławy wykonał, buczy i bzyka:

— Ja tak się nie bawię!

Europejczyków dystyngowanych kadry żakietowe pykają cygara, puszczają z dymem kółka hebesowe i dla dodania otuchy drugim fałszują Titinę1023.

Tatuowany delegat z Tahiti w miarowych odstępach, z wdziękiem tremoluje:

— Kosmos jest szelma, kosmos paskudnik!

Za każdym razem przez zęby spluwa w kalafiorową, poczytną fryzurę brazylijskiej cnoty, szpetnej Kafuzanki1024, która przed nim siedzi i czarnym pazurem swędzące zmartwienie wydłubuje z ucha.

Albańczyk z Valony1025, z fezem1026 ustawionym na oślich uszach wedle brawury architektonicznej wieżycy w Pizie, kanałem nosowym spławia sentencję.

— Nie wątpię i twierdzę, że jest morowy ustrój planetarny. Miarkuję jednak, że tam w izbie niższej, która jest najwyższa, wszczęły opozycję jakieś wartogłowy. A parlamentarnej obstrukcji nie wolno prowadzić w kosmosie. Taka jest przyczyna jedna jedyna. Proszę mi wierzyć. Ot, co i tyle i że tak powiem.

— Musimy argument najsilniejszej pięści wobec wszechświata wnet zastosować, jeżeli chcemy mieć jakiś pożytek z bezwymiarowej, absolutystycznej i bałaganowej tajemnicy bytu! — wolny senator, a raczej zwolniony z „Wolnego Gdańska”, natrętnie marudzi.

A-to-tso papież, który przewodniczy i dzięki temu drzemie za przyłbicą z białego muślinu, co przed natręctwem owadów chroni, ocknął się na chwilę, skórzaną packą, staroświeckim sprzętem przeciwko muchom, trzykrotnie wywinął i gardłem zanucił:

— Otwieram dyskusję nad deklaracją naszego Dawida, że gdzieś tam w obłokach wszystko się psuje. Na sali duszno nie do wytrzymania i wobec tego zakazuję bredzić czcigodnym mówcom ponad dwie minuty. Każdemu gadule sekretarz Absurde czas jego odmierzy.

Właśnie w tej chwili zostały porwane wielmożne portasy kolejowego sekretarza stanu. Golas Syjamczyk pełza na brzuchu w poszukiwaniach po całej sali. Nikt nie przypuszczał, że majtałasami łzy ciche wyciera ostatnia Tasmanka, podeszła panienka, Lalla Rookh1027 zwana. Dostała spazmów, słysząc wymyślanie przeciw wszechświatu, w którym się kocha. Zasiadła w kuczki tuż pod mównicą, błagalnie zerka ku Yetmeyerowi i kurczy się z strachu, że bez rezolucji i bez zbawienia ktoś nieokrzesany zechce kongres zerwać. Zapłakany nosek wtuliła w rozporek dygnitarskich gaci, więc trudno damie, tak bardzo zbolałej, tę czynność przerywać.

— Udzielam głosu kolekcjonerowi z Nowego Yorku, Havemeyerowi!

— To mój przyjaciel istotny, największy, mój wspólnik jedyny i hrabia Orgaz, wtajemniczony, pantomimowy! — zrzędzi Yetmeyer.

Kolekcjoner siedzi, spojrzenie umocnił na nosach kamaszków o cal wydłużonych i spowiedź czyni niedosłyszalną:

— Złe bardzo się czuję na tym padole potwornych zysków i parszywych zbrodni. Nie cierpię wymyślać pierwszemu lepszemu, który się nawinie, lub szukać przyczyny w niewidomej próżni, lecz muszę przypuszczać, że w metafizycznym świata ustroju zapanował zastój i że wybuchło tam przesilenie. Może się mylę, ale powody kosmicznej stagnacji tkwią na naszej ziemi, pośród nas samych. Ktoś najwidoczniej nie spełnia tutaj przyrodzonej roli, swej powinności ludzkiej, narodowej. Wszystko się skończyło, stęchło, zjełczało. Nie jestem zdania, by przez spekulację ktoś dotarł na równik bytu tajemnicy, by przeprowadził stałą regulację osi skrzywionej nadprzyrodzonych, człowieczych przeznaczeń. Pozostało jeszcze wyjście jedyne: świat cały pokochać, jak krnąbrną dziewczynę. Zakochać się we własnym swym osamotnieniu. Na powodzenie i zaspokojenie w miłości nie liczyć. Bez potwierdzenia i bez przytulenia, w perwersji uczuć wędrować, zmierzać do nieśmiertelności, do zagadki Bóstwa. Rezolucję zgłaszam:

PRZEZ MIŁOŚĆ WŁASNĄ KOSMOS UMIŁOWAĆ!

Havemeyer powstał, a zgromadzenie kwiecie zachwytu na niego sypie. Pan Dawid skuczy z astmatycznego, sinego zachwytu.

Onczidaradhe, fakir i detektyw, formalny wniosek czyta ex praesidio1028:

— Onego czasu zamierzał Yetmeyer konkurenta swego, Havemeyera, za myśli przekorne utorturować, a nawet zgładzić. Dzisiaj jest zgoda i poważna spółka. Sytuacja nowa, która przerwała poprzednie zapędy. Nie należy jednak naszemu zbawcy niesmaku zostawiać w dużej jamie ustnej, że mimo apetyt odruchowo szczery, on postanowienia swego pierwotnego nie mógł wykonać. Trzeba zapobiec, zawsze możliwemu, odrodzeniu złości. Wobec powyższego otwarcie wnoszę: by pozorną zbrodnię według liturgii taoistycznej publicznie wykonać.

Ryk ogłuszający, pijacki, głodny. Przez aklamację żądają wszyscy:

— Dokonać zbrodni, połamać kości, wypruć bebechy!

Spod stołu Mac Absurde wyciąga kobiałkę, z której karzełka na pokaz wyjmuje. Szmaciany konterfekt hrabiego Orgaza w etaminowym1029 kostiumie granda. Na zielonym stole dostojne prezydium rozkłada ofiarę.

Atentso krótkie wymamrotał modły.

— Ja, taoistów wygnany papież, ja, wielki czarodziej, z głębi miłości do ludzkiej natury, rytualnego mordu ceremoniał wam nakazuję. Licha figurka zawiera w swym wnętrzu Havemeyera trzy włosy prawdziwe, starą sztuczną szczękę i dwa nagniotki zoperowane specjalnie na dzisiaj. Niechaj więc teraz zostanie spełnione, co raz postanowił nasz możny zbawca. I niech nam on święty spokój da potem.

Dawid się zbliża, kirgiski kindżał1030 połyskujący w drobnej garstce dzierży. Składa deklarację:

Envoutements zwie się szlachetne misterium. Niech irracjonalna, jaśnie oświecona, Europa się dowie i niech zapamięta, jak idealistycznych dokonywać mordów na swoich bliźnich, na nieustępliwych swych przeciwnikach. Co teraz nastąpi, z miłości czynię i z przekonania, a nie mniej również z czystego uporu.

Ostrze sztyletu wbił w podbrzusze kukły. Mss. Piperments spieszy i szpilkę od włosów w Orgaza mózg wpycha. Baj-baj wyrywa mu obie nogi. Strzępy szmat lecą na wyjącą ciżbę. Koło estrady zator się piętrzy z najdzikszych plemion. Karaib łakomy porwał kłak z włosieni i stara się połknąć. Smakosz się krztusi, bo kąsek w przełyku na przekór ugrzązł. Czarnogórzec-olbrzym życie mu ratuje i po karku grzmoci.

Przyboczna gwardia pana Cymbaleza, dziarska kompania (carabinieri w stosowanych czakach), przestała ziewać i piosenkę nuci:

Kto kochania nie zna,

u Boga szczęśliwy.

Nockę ma spokojną,

a dzień niesmutliwy.

Ze sztucznego Orgaza już ani śladu. Łachmaniarskie zwłoki Havemeyera zostały starte, zdeptane, pożarte.

Yetmeyerowi podano krzesełko, na które wstąpił. Podchodzi ku niemu nowy Orgaz, żywy. Onczidaradhe ustawia wspólników, po czym na znak dany przez Cymbaleza, każdy z przyjaciół na licu drugiego ceremonialny, a urzędowo zaprotokołowany, składa pocałunek:

BESO DEL CORTESIA.

Warg sprzymierzonych lepkie mlaśnięcie na salę bryznęło smakiem i radością.

Pakt został zawarty, carabinieri oddali salwę trzykrotną na wiwat.

— Obecnie przemówi mistrz Podrygałow — oznajmia prezes.

Baletmistrz rozpycha zbyt ciasny kołnierzyk i dłonią ciemięży rurkowany przedział kunsztownej fryzury.

— Nie chcę mi się gadać, bo ja tu jedyny od biesów delegat. Jest mi markotno bez łysych kusych. Oberczort jestem i arcydemon. Szukacie wyrazu dla świętej myśli, dla miłowania i dla dobroci. Żadnej świętości nie było nigdy i żadnej dobroci. Po co się rozbijać pośród tych nudnych, zapoczciwionych, samych misztygałów? Nic się nie urodzi z tej waszej plewy. Bytu tajemnicę zakrył ludzkości swym własnym ogonem sam diabeł potężny. Do niego trzeba po prawdę się zgłosić, jemu hołd złożyć, głupstw mnóstwo napłodzić, na które jest wyraz. Z nonsensów jedyny, zorganizowany, lecz podle chciwy i marnie tchórzliwy, to system sowietów. Kosmos się zaciął na ogonie diablim, który należy wprzód obłaskawić, potem uruchomić. Mądrość wyczerpałem, przemowę skończyłem.

— Oddajcie ogon aligatora, który skamieniał i dzięki temu jest przenajświętszym Liberii znakiem. Narodowego tego krokodyla razem z ogonem wycyganił od nas prusaczysko Schemburg i do Niemiec sprzedał, gdzie ogon zaginął. Ogon jest ważny. Łatwiej nim wywijać aniżeli śliskim i płaskim ozorem. Rezolucję stawiam o przymusowy zwrot tego ogona, bez którego nigdy ład nie może wrócić na łono wszechświata — generalny konsul Afryki księstewka, Lulu Tatulu, groźnie zapowiada. W czerwono-żółtej zarupie1031 na szyi, z opaską na wąsach, tęgi dyplomata kordelas węgierski z pochwy wyjmuje i wymachując zrudziałą klingą, w obłędu napadzie goni po sali, czyli biega w amoku.

Holendry, Szkoci i Białorusini podjęli żądanie, walą obcasami i wolnościową piosenkę mruczą:

Nie pora, nie pora,

by aligatora,

czy innego stwora,

ktoś się ośmielał

ogona pozbawiać,

albo też jęzora!

Delegat Kowna i ambasador, Dyzio Tumanes, z lisiurą1032 na głowie, w siatkowym pancerzu, z kolczugą w łapie, jak kundys1033 wioskowy wyjący na pożar, pretensję zgłasza:

— Oprócz ogona, względnie jęzora, samego diabła i oprócz bezwzględnie świętego ogona aligatora, Wilna się domagam do naszego Kowna i do Kłajpedy!

— Do Ligi Narodów z takim gadaniem. Kowno to ogon, a Wilno jest głowa! — Bienfait z Marsylii nadeptuje gada.

— Hrabia Pioś Majcherek! — prezydium wzywa.

Śliczny brunecik, nieco skoślawiony i kasłający.

— Jestem apostata oraz nieznabóg1034. Niedawno, od wczoraj. Zerwałem łączność z panem Yetmeyerem. Zbawca jest szanowny, ale zbytni cwaniak. Nie myślę żadnych reprezentacyjnych płacić rachunków. Nowe tęsknoty wymyśliłem sobie i chcę je spróbować. Skończyłem okres religiologii i tezę stawiam, że nie jest sztuką krzewić wyznania lub bezwyznaniowych uczuć religijnych aferę wszczynać, lecz sztuką najwyższą jest bez religii myśl twórczą uchować. Poza tym wracam niebawem do kraju i nie mogę wiedzieć, w co mi tam każą zaraz z miejsca wierzyć. Nastanie na świecie wzorowy porządek i kosmos z kopyta w bieg dalszy wystrzeli, jeżeli na ziemi materialną stroną naszego bytu oraz finansowej troski ciężary... powierzymy Żydom. Z opinią moją zupełnie się zgadza mój drogi przyjaciel, obecny tutaj, Izydor Cymes z miasta Piotrkowa. Streszczam się w wyznaniu: na razie nie mam najmniejszej ochoty, by w coś uwierzyć, chyba w majątek własny nietykalny, który mnie nie bierze, którego właściwie dzięki temu nie mam.

Jęki rozpaczliwe i trwogi okrzyki zgłuszyły przemowę. Szalejący Lulu na Lallę płaczącą wpadł jak leopard i wypłazował babinę po grzbiecie. Ledwie wyrwano ze szponów Lula konającą Lallę.

Yetmeyer ponownie wszedł na mównicę.

— Chciałbym zakończyć moje rozważania. Ruch jest podstawą naszego życia. Musimy uczynić, co w naszej mocy, by Kosmos ocucić. Ja znam przyczynę, dla której wszechświat nie może się toczyć po niezmierzonych, wieczystych torach. Przyjaciel mój wspomniał, że ktoś nie wykonał, co mu przeznaczono. Ktoś, jakiś naród. Ja go wam wskażę. Posłuchajcie ludy! Są trzy przykazania dla życia narodów na ziemskiej powłoce. Jest insularne, peninsularne i kontynentalne. Dwa pierwsze spełnione. Dokonali dzieła Anglicy, Hiszpanie oraz Francuzi. A stary kontynent gnuśnieje i zdycha z niedokrewności konstrukcji swojej. Niemcy utknęły na pracy problemie, Rosja gwałtownie, arcynaiwnie nos sobie rozbija o problem siły, o podstawę szczęścia, a Polska mądrości łagodnej, głębokiej i urodziwej, wciąż nieodzownej, nie wykrzesała, nie skojarzyła pracy ze siłą. Polski wciąż nie ma, choć się odrodziła i chodzi po świecie. A w Polsce dzisiaj sedno zagadnienia. Kontynentowi na gwałt potrzeba polskiej mądrości do zespolenia groźnych przeciwieństw Zachodu i Wschodu. Krzyżaka upór tępy, zawzięty, z mużyka żmudą jedynie czujna myśl nadwiślańska poswatać może, by dla kosmicznych, walnych przeznaczeń pobrać się mogły. Tylko mądrości piekielnie dobrej, walecznie spełnionej zawdzięczać będzie kraina Lechów swoje potężne, wieczyste istnienie.

Wzywam was przeto, byście z Toledo strojną procesją do Polski ruszyli i tam nad Wisłą, u celu pielgrzymki, modły odprawili za nawiedzenie płowego narodu przez twórcze chcenie i myśli zgłębienie. Inaczej spadnie na świat nasz cały i na kulturę czarna katastrofa. Gdy dokonacie mojego zlecenia, możecie być pewni, że ockną się zacne potomki Chrobrego, że wnet dołapią konstrukcję swoją typowo lądową, po czym świat odżyje i pocwałuje. My zaś bez przeszkody będziemy mogli osiąść w szczęśliwości, na zniecierpliwionej brakiem zbawienia... Wyspie Zapomnienia.

Bywaj nam, bywaj, polska mądrości, i ocal nas, ocal!

Wszyscy się modlą na Polski intencję, a Lalla Rookh szlocha. Przed wyruszeniem w daleką krainę gryzą pielgrzymi mdłą johimbinę1035...

Pan Dawid odsapnął, duszkiem wychylił kubek odwaru zaprawionego podbiału lekiem przeciwko astmie i zaczął chrupać niby kuracyjne, lecz smaczne pieprzniki. Na twarz mu wyległy od wytężenia: religijne piegi — Ephelides religiosae.

Wysoki tytułem i wysoki wzrostem Wysoki Komisarz Kliki Narodów z samej Genewy, który tu przybył jako obserwator ósmej komisji do higienicznego i oświatowego zbierania plotek międzynarodowych, Nibypaksmaca, pocierpa ze strachu, by zacni pielgrzymi przypadkiem istotnie nie wyruszyli na polskie rozłogi, co zazdrość wywoła u wielkich mocarstw, naszczekiwania małych królewiątek czy republiczek, noty, protesty, same komplikacje. Ten Urugwajczyk czy Panamczyk oświadcza się wszystkim z gorącą miłością do religijnych kongresu zaleceń i na pamiątkę historycznej chwili igiełką łaskotką, wszystkim po kolei, jakiś zalążek metafizycznej zaszczepia wiary, a w samej rzeczy nakłuwając karki, jak zegziona muszka, religijnym ludziom udziela zarazków potwornej śpiączki: Encyphalitis letargica.

Od jutra śnić zaczną unieruchomieni aż do końca życia.

Wysoki Komisarz wysoko podwinął rękawy koszuli, wśród delegatów człapie po sali, kłania się, śmieje, szczypie i kłuje, każdemu z osobna rękę podaje, po czym w pysk bije, jak przy konfirmacji1036, a właściwie po to, ażeby stwierdzić, czy szczepionka działa.

Mistrz Pitou-pitou Colonna Ascanio, chcąc uprzyjemnić braciom kongresowym tę ceremonię niemą zastrzyków, na kontrabasie piosenkę rumuńską, rzewną negruta1037 zwinnie wygrywa.

Trzeba rezolucje uchwalić jeszcze, bo to jest przyjęty na kongresach zwyczaj. Wszystkie dzikusy już chrapać zaczęły. Biega więc Gouzdralez, Mac Absurde biega, Mss. Piperments również wraz z sługusami w zielonych frakach, żółtych porteczkach i w kamizelkach czerwono-czarnych, wtykając przemocą cnym pobożnisiom, gdzie tylko się uda, czy to na podołek, czy też pod pachę, albo do kułaka, maleńkie karteczki w rulonik zwinięte i zapisane na hektografie1038 trzema wnioskami, które niewątpliwie na właściwe tory skierują losy rachityczne świata.

Tekst podsunięty do przegłosowania opiewa dokładnie:

I. Panie Boże! W obliczu Twoim potulnie stwierdzamy, że nie jest najgorzej na ziemskiej skorupie i że na ogół chowamy się wszyscy w stałej i wiernej pamięci o Tobie. Światowa wojna popsuła szyki normalnej miłości człowieka do Stwórcy, gdyż odebrała zakorzeniony w każdym pigmeju lęk przed nieba gniewem, a napędziła śmiertelnej hołocie podłego strachu: człeka przed człekiem. Stąd wielka wścieklizna wybuchła wśród ludzi czyli myślowstręt, na który nie ma innego serum, bardziej skutecznego, jak przeplatanie momentów spożywczych umiarkowanym i zawsze taktownym obwąchiwaniem czy dotykaniem zagadki bytu. Zważywszy objaw przerażający zaćmienia wiary na firmamencie ludzkiej przytomności, uchwalamy dzisiaj na zebraniu walnym, poświęconym Bogu, że dobroć ludzką, która gdzieniegdzie tuła się po ziemi, uzbroić należy w proreligijne, możne okrucieństwo. Innymi słowy faszyzm religijny postanawiamy i zakładamy. Uważamy zgodnie, że tylko w ten sposób można przeprowadzić, szybko i skutecznie, uroczysty powrót Boga między ludzi.

II. Chcąc załagodzić zasadniczy konflikt, który nieopatrznie ktoś sprowokował między Kosmosem a mrowiem ludzkim, i chcąc perturbacjom dalszym, planetarnym, możliwie zapobiec, przenosimy zgodnie naczelną cieplarnię tajemnicy wiary oraz ciągotek metafizycznych, „Dancingiem” zwaną, na Biegun Północny, na schludną wyspę zmarzłych zapomnień i tlejącego twórczości wskrzeszenia. Kto chce się odrodzić, komu los podły już się nie uśmiecha, by był pochłonięty przez pustkę współczesną, niechaj osiądzie w „Pałacu lodowym”, w tym arcydziele architektonicznym i bastardowym spowinowaconych, naczelnych konstrukcji, jakie zrodziły miliarderskie mózgi, jeden anglosaski i drugi latyński1039.

III. Wszystkie te względy zważywszy razem, radę ogłaszamy, by zbiegowisko ludzi religijnych unikać zechciało zazdrości marnych, fatałaszkowatych, a przede wszystkim czysto pekuniarnych1040. Pamiętać należy, że fundatorów, nader zawsze skorych do finansowania orgii nadzwyczajnych, nie brak nam dotąd. Gdy zaczną grymasić, gdy węża skryją w kieszeni ofiarnej, można tych ludzi łatwo ocyganić. Stąd też uznajemy, że nieporozumienie na tle rachunków za ambasadorski pociąg luksusowy między Słowianinem, hrabią Majcherkiem, a twórcą Dancingu, rozwiązać należy alternatywnie, więc następująco: zapłaci kto może i kto tylko zechce, albo nie zapłaci w ogóle nikt nigdy. Niechaj zarządy kolei we Francji oraz Hiszpanii dumne będą z tego, że przypadkowo i wbrew swej woli wyświadczyć nam mogły przysługę drobną. Nie ma o czym gadać, jeżeli wreszcie, wśród setek tysięcy szarych pasażerów, raz jeden pojechał „na gapę” ktoś taki, kto w celach istotnych zmaga się z przestrzenią. A zresztą, a zresztą najlepiej gotówką żądać zapłaty i zawsze z góry, by kredytowych uniknąć romansów.

Wszystko uchwalono prawie jednogłośnie, przez zgodne sapanie, bez votum1041 mniejszości i bez gwizdania na znak protestu. Onczidaradhe machnięciem ręki zamknął zgromadzenie, porywając ze sobą, spośród delegatów ucywilizowanych po europejsku, setkę wybrańców na postny bankiet, przygotowany w podkowę na dachu dla tych nieszczęsnych, którzy nie mogli z nadmiaru wrażeń usnąć przedwcześnie, by nie oglądać urzeczywistnienia rozbujanych marzeń.

Mah-jongg ostatniego dżentelmena Europy. Na wysokości 11 000 stóp

Lecą do Kadyksu. W kabinie „Fifaka”, który najmodniejszym jest typem latawca osobowego, z milczącym silnikiem i śmigą bezgłośną, który nie uznaje żadnej benzyny, dając się ponosić falom radiowym, dokoła stołu, zawieszonego na skórzanych pasach, sami sztabowcy zbawczego gremium dosiedli ma oklep taburecików wypluszowanych i rozhuśtanych. Wkopali się wkrótce w mrok nawałnicy ze śniegiem i gradem, z grzmotów burczeniem i piorunami, kiedy mijali samo pogranicze Nowej Kastylii. Strzelili więc w górę, gdzie gwiazdy mieszkają i gdzie meteorologów niechybna prognoza nikogo nie zmyli. Bez żadnych kłopotów mkną opętanie na wyżach przestworów i wcale nie czują, że się oderwali od powierzchni ziemi o stóp jedenaście zaledwie tysięcy. Nałożyli właśnie, jak na maskaradzie, błazeńskie maski do wdychiwania ożywczego tlenu i w mah-jongga1042 grają, jako najdroższą, modną rozrywkę. Kwiaty miotają, wiatry puszczają, grożą smokami, charakterami chętnie spluwają i bambusowy los wyplatają sobie na chwałę, a drugim na zgubę. Perdykoza1043 Dawid, co buja i pływa, a kroczyć nie umie udeptanym śladem, „Trzech apostołów” niemal już przyłapał i w żywe oczy z wielkiego wymoczka, z Orgaza szydzi, który się kiwa nad kamieniami, nie mogąc powiązać jedynkowej „głowy” z dziewiątek „ogonem”. Panna Ewarysta z Podrygałowem „taniec par” składają przeciw hrabiemu-ambasadorowi, który się uparł, by „wielką ciągłość” chińskimi znaczkami sobie wybrukować.

Przy mocodawcy, w stroju astrologa ze średniowiecznej, hiszpańskiej komedii, A-to-tso zasiadł, kibicując wiernie. W bezdennych obszarach czarnej sutanny, przetkanej gdzieniegdzie geranii płomieniem, strupieszały starzec Omara przytulił. Księciu żółtaczka już zalała ślepia, a brak oddechu na tak przesadnych, zgubnych wysokościach, nozdrza mu rozdyma i pyszczek skrzywia. Wrzód na wątrobie, który go gnębi od pamiętnej chwili, kiedy makowiec niedopieczony w żołądku ugrzązł, w dusznej kabinie aeroplanu oraz w atmosferze przeładowanej elektrycznością czy madżongowym roznamiętnieniem, pękł najwidoczniej i organizm zatruł śmiertelną gangreną. Rozpalona igła zabójczego bólu cudnemu stworzeniu przeszywa wnętrze, serduszko drałuje, przystaje i drepce, łapki sztywnieją, rozpalony metal smaków przedzgonnych przylepił języczek do podniebienia, a główka zapada w jakąś otchłań próchna białego, mdłego, zawilgoconego od glist posiniałych i napęczniałych.

— Starcze, gdzie jesteśmy? — wyjęknął książę.

— Minęliśmy szybko Estramadurę i ponad garby Sierra Morena nad Guadalkiwir zmyślnie spływamy, skąd w radioskopie1044 już mrugają do nas filutne światełka hucznej promenady, calle de las Sierpes, w Sewilli zaśmianej.

— A mnie się zdaje, żeśmy w powietrzu stanęli na zawsze, żeśmy zakrzepli w obłędu bezmiarach. Posłuchaj dobrze! Nic się nie rusza, nikt nie oddycha, nikt z nas nic nie wie, nic o samym sobie. Skazani jesteśmy na nieskończone puchnięcie nudy, na obrzmiewanie nieustające bezsensów zgrai, która nas wabi do podsłuchiwania szmerów świadomości, kompletnie wypranej z jakich takich wpływów na otoczenie czy na nas samych.

— Cichaj, rycerzyku! Łebek, ośreniały1045 w przymrozkach smętku, złóż na moje ramię.

— Psiakrew, papieżu, muszę ci się przyznać, że koniec czuję i że z tym uczuciem jest mi nieco głupio. Bo pomyśl tylko: dokładnie rozumiem, że za chwilę skonam. Kto jest obciążony darem autoskopii1046, sam podpisuje na siebie wyrok. Przyznasz mi jednak, że sytuacja jest kłopotliwa i nieco drażniąca. Co w takiej chwili należy uczynić? Można by od biedy, nie pomyślawszy, palnąć coś od ręki, coś ciekawego, testamentarnego, co by powtarzali obłudni hultaje przy tresowaniu ślepych, ludzkich szczeniąt. Lecz nawet takiej mizernej drobnostki, jak zamigotania frazesu fosforem, czy spartaczenia sentencji cherlawej na łożu śmiertelnym, nie chce mi się wcale.

— Książę, natychmiast wykonam każde twe życzenie. Czego ci dostarczyć? Kogo zawołać?

— Nic i nikogo. Niechaj dalej grają. Wspaniale, wspaniale, że nic nie miarkują! Mah-jongg i samolot, próżnia w powietrzu, zapowietrzone próżniaków mózgi, szajka drapichrustów, czyli biznesmenów ideologicznych, jakże doskonały, zachwycający sztafaż na wezgłowie cichego konania, wprost wykrojona z niemieckiego filmu śmierci okoliczność, troskliwie dobrana przez reżysera dla wątrobianego degenerata...

— Wybaczy książę, dla desperata intelektualnego...

— Dla samotnika, który całe życie chciał i umiał nie chcieć. Dzięki tej nawyczce zdobyłem sobie pełne zrozumienie i niepokalane poczęcie sensu, jaki tkwić może w przyrodniczym fakcie naszego życia...

— „Trójka charakter” — zgłasza ambasador.

— Kupuję kamień, Pung1047! — chełpi się zbawca.

— Liznąłeś, kociaku, w tajemnic spiżarni zdradliwych łakoci, które zastawiono na myszy lub szczury, ażeby je wciągnąć do wnętrza pułapki na wieczne zagadki.

— Nie jestem zabawką dla małomieszczańskiej inteligencji. Karmazyn udzielny karmazynowej myśli służyłem. Pazury zdarłem na karkołomnych, nocnych wyprawach w wąwozie zadumy. Biegałem na nartach ograniczonego rozumowania. Wynikami żyłem dowodowego postępowania przeciw mnie samemu, prowadzonego przez siebie, w sobie. Fragmentem nie byłem ani na chwilę. Całość, pełnia jestem, bez odchylenia i bez odstępstwa. Sam siebie stworzyłem i sam wycofuję. Z myśli pochodzę i z myślą konam, ja, Książę Omar, pieszczoch miliarderów i śliczuścacuś dla wszelkich głuptasków.

— Wstrzyknę ci morfiny albo kamfory, gdy wylądujemy, a ty mi w zamian magiczną formułę życiowej mądrości, która jest śmiertelną, lub tej wieczystej, która żyć nie umie, w spadku podaruj.

— Do żadnej apteki już nie dolecę i nie doczekam żadnego felczera. Zachwycającą jest męka moja. Taka celowa... dobrze urodzona, świetnie wychowana. Do samego szpiku myślącego czucia utwierdza mnie ona, że przypadkowy, niedocieczony sens mego istnienia wzorowo, mózgowo opracowałem, unicestwiłem i rozwiązałem, jak absurdalnej rapsodii finał. Do żadnej prawdy nigdy zalecanek nie uprawiałem. Sam jestem prawda i jako taka prawdziwie umieram. Przysługi nie chcę od ciebie, papieżu. Książęcym cierpieniem wstydzę się handlować. Gdyby był tu Nino, kardynał-okrutnik, on jeden jedyny posiadałby prawo, aby mnie ratować, czyli spojrzeniem, jednym litościwym, po prostu zabić. Taki interes z inkwizytorem zawsze mógłbym zrobić. Tobie natomiast, któryś jest dostawcą czy instruktorem armii zabawowej zbawców-obwiesiów, mógłbym ostatecznie prześcipne aksjoma1048 jakieś podarować. Bez najmniejszej ujmy dla mego honoru. Jako mądrala dwunożnym tchórzom niejednokrotnie chciałem imponować. Tym się tłumaczy, że czułostkowe szacherki ze mną są niepotrzebne i bezowocne. Męki nie oddam pod żadnym warunkiem, a tym mniej pozwolę ją sztucznie łagodzić.

— Puls ledwie bije, źrenice stygną... Pamiątkę zostaw, dopókiś przytomny. Czym prędzej powiedz, czym jest nasze życie?

— Jak wy lubicie, wy nieśmiertelni, coś gdzieś erbować1049. Zarobić łatwo, zarobić sporo, a potem tanio pofilozofować, zwłaszcza nad gratem jakimś zużytym, nad bezwartościowym łachmanem odwiecznym. Coraz mi trudniej otwierać usta... Życie, ach życie.... to życie czyste i samo w sobie... jest wirującym, huraganowym zrównaniem poziomów, wprost niezliczonych, wielomiliardowych, zróżniczkowanych1050 w wielką nieskończoność, zrównaniem schodów nędzoty-głupoty z kilkoma szczytami skał intelektu. Wielkie ciśnienie atmosferyczne wyniosłych rozumów tępotę nizin podnieca do ruchu, wywołuje burze, wiosnę daje, zimę... Życie... arcydzieło ruchu bez zmiany i zmian bez odruchu...

— A czym wobec tego śmierć nasza być może, śmierć, którą dokładnie już chyba rozumiesz, skoro ją czujesz?

— Niezwykłym zmądrzeniem tysiąca drobiazgów i ogłupieniem, prawie doszczętnym, wysokich walorów.

— Książę, jeśli łaska, jeszcze na dodatek i na pocieszenie: jakie przeznaczenie jest moje i twoje, każdej istoty?

— Być darmozjadem i w miarę pozwolić objadać siebie...

— Dzięki, szczodry panie. Będę teraz umiał z wiernymi gadać.

— Kong1051 z czterech wiatrów, najprawdziwszych, wschodnich! — drze się baletmistrz.

Omar wtulił mordkę we własne podogonie, by ukryć cierpienie, które przez oczka łzami wycieka. Wzdętymi bokami robi jak miechem i wciąż urąga szeptanym rzężeniem:

— Każdy ból należy natychmiast zagadać. Zapamiętaj sobie, arcypasterzu: Destructio destructionis!1052 Walczyć z hołotą do upadłego. Żaden system pracy, żadne publikacje czy organizacje. Destructio na wszystko, co nadto się szasta i miota zbyt głośna. Radzę ci, odsprzedaj moje kalambury Yetmeyerowi dla jego dancingu. Ten awanturnik i tragikomik ma wielką zaletę: on jeden rozumie, że jeśli za życia wypada coś robić, nie wiadomo po co, nie wiadomo komu, coś gdzieś budować, cerować, śmiecić, to, mój szarlatanie mongolskiego chowu, w którego ręce oddaję ducha, wyłącznie chyba... na beznadziejności zuchwałej opoce. Niech was licho porwie! Dosyć mam tego... Nic nie żałuję, nie żegnam nikogo. O... o... w tej chwili dokupiłem właśnie kamień potrzebny do kombinacji ukrytej mojej... „Samych Honorów”1053. Wygrałem panowie! Mah-jongg!

Na szerokonose papieża pantofle upadł bez odgłosu i przestał gderać już raz na zawsze. Onczidaradhe, nie chcąc graczy płoszyć śmierci oznajmieniem, książęce zwłoki przeniósł za ogon niepostrzeżenie w zacisze kosza, pomiędzy „pungi” i „kongi” butelek z Chablis i Vichy, dawno odstawionych przez wzgląd na rażącą pustkę ich wnętrza.