WORLD
z dnia 24 listopada 1921 r., str. 24, u dołu, szpalta pierwsza:
Nieustający pojedynek dwóch miliarderów
...Wiemy już wszyscy, co się w ostatnich czasach zdarzyło w Toledo. Z istoty sprawy i powagi sytuacji kulturalno-gospodarczej, stworzonej przez wyprawę Yetmeyera do Hiszpanii, mało kto właściwie zdaje sobie sprawę. Wszystkich uderza fakt oczywisty: emigracja kapitałów amerykańskich na kontynent. Czy korzystna i zyskowna? Kto zdoła już dzisiaj przewidzieć? Zapytujemy siebie, czy mamy do czynienia z objawem prostackiego maniactwa, czy też z szeroko oraz głęboko przemyślanym programem idealistycznej propagandy religijnej? Niedaleka przyszłość wykaże sens i powagę tych poczynań lub też skompromituje nieodwołalnie kapryśne mrzonki. Musimy uznać, że słuszne są twierdzenia wskazujące na jałowość wszelkich gruntów praktycznych czy realnych pod najintensywniejszą nawet uprawę inicjatywy kapitalistycznej. Szalone bankructwa ostatnich lat zatamowały wprost oddech wszelkim chętkom inwestycyjnym. Skoro więc przez otwarcie nowych terenów idealnych dla zyskownej kalkulacji przemysłowej, kupieckiej czy finansowej stwarza się nowe pole zarobku masom szerokim i zamurowuje tragiczny okres przewlekłego przesilenia gospodarczego, nie widzimy powodu, dzięki któremu mielibyśmy przeciwstawiać się akcji, choćby i proreligijnej, pojętej oraz przeprowadzonej czy to w sposób, jak ją wszczął obecnie w Europie D. Yetmeyer, czy też jakby ją wykonał ewentualnie H. W. Havemeyer lub jeszcze kto inny. Nam wszystko jedno: co, kto, jak, którędy, byle były niezaprzeczone, widoczne zyski, zyski oddziaływające na giełdę, na administrację państwową, na ustrój społeczny, na całokształt życia ekonomicznego. Zyski i jeszcze raz zyski, bo tego wymaga nieubłagane, wszechpotężne życie. Jeżeli cudactwa i wariactwa mają wzbogacać obywateli, uznamy je i uszanujemy. Jeżeli dancingi świątyniami być mają, jeżeli stworzą religię — a szerokie masy obywateli zechcą ją uznać, wówczas i my zaczniemy przejmować się zupełnie poważnie tego rodzaju nowością. Jednego nie moglibyśmy ścierpieć: by nas na temat religijny po raz tysiączny już z rzędu ktokolwiek usiłował nabrać.
A podobne niebezpieczeństwo zachodzi właśnie w sławetnym występie D. Yetmeyera na starym kontynencie. Odkrywamy od razu dno tajemnicy: Wiadomo nam, że między Yetmeyerem a Havemeyerem trwa długoletni spór o racjonalne zużycie miliardowej fortuny. Yetmeyer przeciwstawiał się jak najenergiczniej kolekcjonerskiej pasji Havemeyera, przeszkadzał jej złośliwie, jak długo mógł, aż w końcu — zapewne znudzony — zniknął na dłuższy okres czasu, by ostatnio wylądować nagle i niespodziewanie w Hiszpanii z dancingiem. Cała religijność Yetmeyera może być tylko próbą olśnienia, zaszachowania i zdystansowania poważnego przeciwnika. Posiadamy w tece redakcyjnej dowody świadczące o prawdopodobieństwie naszej hipotezy. Tego rodzaju chroniczny antagonizm, przybierający wyraźne formy otwartej walki, musi oddziałać podmulająco na fundamenty głośnego i rzekomo w interesie całej ludzkości stworzonego przedsiębiorstwa. Dopóki więc sprawa pojedynku dwóch miliarderów nie zostanie wystarczająco, powiedzmy wyczerpująco, wyjaśniona, musi zdrowy amerykański kapitał za wszelką cenę unikać jakiegokolwiek uczestnictwa w awanturze toledańskiej czy też we wszelkich jej podobiznach. Może religią zabawiać się bezpłodnie, bezprocentowo, każda jednostka, która znajduje w tym przyjemność, pieniądz jednak narodu, pieniądz rzesz szerokich, ten obiegowy symbol potu pracowitego może być lokowany w religii tylko wówczas, kiedy niezawodnie przyniesie dozwolone prawem odsetki.
Zwracamy uwagę, ostrzegamy i domagamy się wyjaśnień od powołanych czynników. Nie spuścimy oka z dalszego przebiegu afery ani na chwilę. Dziś w nocy specjalny nasz sprawozdawca wyjechał do Toledo.