4
Człowiek spokojnie siedział sobie z boku:
Z brody sędziwej lata widać mnogie,
A że nie widzi, z zapadłego wzroku.
Trzymał na nodze założoną nogę;
Na niej wsparł lirę i tonów próbował,
Niby przypomnieć piosnkę usiłował.
Kamrat Nebabie nie bardzo przyjemny.
Więc z góry krzyknie, ku starcowi skoczy:
«Dziadu! Kto jesteś? Co robisz w tym borze?».
Z wolna, drwiąc prawie, odpowiedział ciemny134:
«Jak mowa groźna, taka twarz być może;
Dziękuję Bogu, że mi wydarł oczy».
I znów spokojnie wziął się do brząkania,
Jakby wszystkiego zbył tą odpowiedzią.
«Nikt żartem nie zbył mojego pytania!
Bóg cię tu przyniósł, diabeł nie wyniesie!
Starcze, kto jesteś? Co robisz w tym lesie?»
I siłą starca pochwycił niedźwiedzią,
Ale w krwi zimnej lirnik jednakowy:
«Puść! Strunę urwiesz, a nie kupisz nowéj.
Gdym już tak bardzo nieprzyjemny tobie,
Ty widzisz dobrze, jam ślepy na obie135:
To zamiast gniewów i tego hałasu
Na trakt ubity wyprowadź mię z lasu
Albo mię przeproś, daj grosz jaki w rękę —
A na dobranoc usłyszysz piosenkę». —
«Diabeł, nie ślepiec; w miejscu odpowiedzi,
Niezlękły groźbą, jak z kamienia siedzi» —
Pomyślał Kozak, skrycie się uśmiéchnie,
Bo już i gniewu uniesienie cichnie.
«Czemu to, ślepcze, nie masz przewodnika?»
Już łagodniejszym zapytał się głosem.
Dziad się uśmiechnął. «Hm! — mruknął pod nosem —
U mnie to kostur, co u kogo pika.
W słotę, w pogodę, czy to dniem, czy nocą,
Całą Ruś przejdę za jego pomocą.
A od Kaniowa aż do samej Smiły
Wszystkie pod ręką poznam ci mogiły;
Pień tobie każdy poznam nad mą drogą.
Każdą murawkę, co nastąpię nogą.
Ale kiedym się odbił od kamratów
I tutaj blisko smacznie odpoczywał,
Ktoś mi dziadowskich pozazdrościł gratów
I skradł kostura. Prawda, był okuty,
Stanie za szablę. Czyś się już przegniewał?
Długi gniew grzechem. No, będę ci śpiéwał
Na zgodę; tylko daj mi dwie minuty,
Że sobie lirę do głosu nastroję.
O! Wszędzie, wszędzie lubią pieśni moje».
Nebaba ani zezwala, ni wzbrania.
Więc lirnik zaczął po chwili brząkania.