V
Znów minął tydzień, zanim Said ben Ali zjawił się w Hôtel du Nil, by spotkać dwie szwedzkie damy i zabrać je na przedstawienie w arabskim teatrze. Kiedy szli po El Muski, Stinie zdało się, że Said ben Ali jest zakłopotany ich towarzystwem — napotkawszy znajomych, którzy się z nim witali, odwracał wzrok. Stina postanowiła, że wszystko zobaczy i na wszystko zwróci uwagę, nie poddając się marzeniom. Potem sobie ułoży, co jest bardziej realne: zostać tu z nim czy wrócić do domu i rozstać się na zawsze. Wiedziała, że jeśli postanowi zamieszkać w Egipcie i zostać żoną Saida ben Alego, będzie musiała zdecydować o czymś jeszcze — mianowicie, że sama mu o tym powie, ponieważ zrozumiała, że on już nigdy więcej nie zada pytania. Czy to arabski zwyczaj czy też w jego mniemaniu angielski? Nie miała pojęcia, wiedziała tylko, że niebawem musi się zdecydować, ponieważ za osiem dni wyruszą do domu.
Tą samą zakłopotaną minę, jaką Said ben Ali miał w drodze do teatru, zobaczyła także przy wejściu. Agnes i Stina były jedynymi kobietami na widowni, po brzegi wypełnionej arabskimi i wschodnimi mężczyznami w fezach i turbanach. Ale tuż pod sufitem, za pozłacaną kratą siedziały kobiety, choć nie było ich widać. Stina uśmiechnęła się na myśl, że tam na górze siedzą żony egipskich mężczyzn wokół niej. „Ha, tam na górze nie uda mu się mnie posadzić”, pomyślała, zerkając ukradkiem na Saida ben Alego, i usiadła między nim a Agnes, w której oczach igrała ciekawość urwisa.
Said ben Ali trzymał w dłoni arabski program. Stina poprosiła, by powiedział im, jaki jest tytuł przedstawienia i co o nim wie.
— Nazywa się Niebezpieczeństwa miłości — odparł. — Dramat przetłumaczono z angielskiego. Parę dni temu posłałem tu mojego brata Mohammeda, żeby sprawdził, czy to dobra sztuka. Powiedział, że niespecjalna, ale gra głównych bohaterów jest wyśmienita. To najwybitniejsi aktorzy w Kairze.
Nie skończył, gdy kurtyna poszła w górę. W rzędzie na brzegu sceny stali arabscy panowie i panie w kostiumach, które miały przedstawiać włoskie stroje renesansowe. Panowie byli ubrani w krótkie pasiaste spodnie, białe pończochy i buty na czerwonym obcasie ze złotą klamerką, haftowane, obcisłe, aksamitne kamizelki i bereciki z długimi strusimi piórami. Były tam również cztery kobiety, a wśród nich jedna młoda, z widocznym zezem. Miała na sobie białą jedwabną suknię, przepasaną błękitną taśmą, na głowie złotą koronę, z której na plecy opadał długi tiulowy welon, a do tego królewskiego stroju dołączono fartuszek piastunki z kieszeniami; schowała w nich ręce, bo najwidoczniej nie wiedziała, co z nimi zrobić. Tę samą kryjówkę dla rąk znalazły pozostałe panie — dwie bezzębne, dojrzałe, dostojne damy, jedna na złoto, w koronie z tiulowym welonem, druga w czerwonym posrebrzanym stroju, też w koronie i chuście, a także staruszka przebrana za kobietę z ludu, w pstrej wełnianej sukience i białym czepcu. Wszystkie miały fartuszki z kieszonkami, w których przez cały wieczór, zakłopotane, trzymały dłonie.
Widok arabskich mężczyzn bez zwyczajowych długich szat, kaftanów czy burnusów96, za to w spodniach i kamizelkach i tych brzydkich, topornych, przesadnie umalowanych egipskich kobiet, ubranych w coś, co miało przedstawiać europejski strój dworski, był nieodparcie komiczny. Stina rzuciła Saidowi ben Alemu pospieszne spojrzenie; serce w niej zamarło, gdy dostrzegła, że jej towarzysz zdaje się być wielce zadowolony z aparycji i kostiumów aktorów i że uśmiechnął się zachwycony i zanucił, gdy tamci zaczęli grać. Bohater zaintonował pieśń, reszta do niego dołączyła.
Stina i Agnes słyszały wycie derwiszy97 w Kairze i śpiew fellachów na Nilu, więc odgłosy, które teraz wypełniły teatr, w żadnym razie nie były im obce. Nosowe dźwięki, tony, które wznosiły się i opadały, wymykały się i gwałtownie rozciągały w nieprawdopodobne koloratury — tony, które w europejskiemu uchu brzmiały nieodparcie groteskowo. Każdy chórzysta wysilał się tak, jakby miał być pobity na miejscu, a główny bohater cały się czerwienił od wydłużonych głosek. Wszystko to robiło wrażenie, jakby słuchało się nieskończenie rozciągniętego miauczenia rozzłoszczonych i ochrypłych kotów.
Kiedy kurtyna opadła, nastąpiła burza oklasków, nagradzająca ostatnie konwulsje śpiewaków. Said ben Ali klaskał z całą resztą.
Stina nie miała odwagi spojrzeć na Agnes, która cała się trzęsła od tłumionego śmiechu.
Odwróciła się do Saida ben Alego, który, zachwycony, właśnie skinął głową do młodego Araba, jednego z wielu młodych mężczyzn, którzy od ich wejścia na widownię szukali jego spojrzenia. Teraz Said ben Ali spojrzał promiennie na Stinę i zapytał:
— Jak oni pięknie śpiewają, prawda panno Brenner?
Dobry Boże, on naprawdę tak myśli! On, który był w Europie!
Zamiast odpowiedzieć, zadała mu pytanie:
— A jak panu się podobały szwedzkie pieśni w Nääs, panie ben Ali?
Zawstydził się, zarumienił i wymamrotał kilka niewyraźnych słów.
— Proszę szczerze powiedzieć. Nie jesteśmy w Nääs — rzekła wręcz niecierpliwie.
— Czy szwedzkie pieśni nie brzmią jak jakiś zamęt? — odparł pytaniem.
Potrząsnęła głową. „A więc tak to dla niego brzmi”, pomyślała zasmucona. „Tak jak dla mnie to tutaj”.
Zdusiła głębokie westchnienie.
Agnes pochyliła się i odezwała do Saida ben Alego:
— Czy to był pierwszy akt, panie ben Ali? Proszę nam opowiedzieć, o czym to było?
— Nie, pani Brenner, ta pieśń nie stanowi części przedstawienia, aktorzy improwizowali na cześć kedywa. Spektakl zaraz się rozpocznie.
Kurtyna znów poszła w górę. Scena przedstawiała salę balową — to maskarada, goście mieli na sobie białe i czarne półmaski. Wszedł główny bohater ze świtą i zbliżył się do ubranej na biało dziewczyny z koroną i ciągnącym się z tyłu welonem. Stała nieco z boku, nieśmiało spuściła głowę, dłonie trzymała w kieszonkach fartuszka. Za nią przycupnęła staruszka w wełnianej szacie, ona także z nieruchomymi rękami w kieszonkach. Uroczyście przysłuchiwała się, jak bohater recytuje długą tyradę, a zezująca dziewczyna, która teraz zdjęła maskę, odpowiedziała równie długim wierszykiem. Jej piskliwy falset98 miał przedstawiać szczyt europejskiej cnoty, co doprowadziło Agnes do ponownego wybuchu radosnego paroksyzmu. Donośne brawa, do których żwawo dołączył Said ben Ali, nagrodziły recytację i grę sławnej aktorki.
Zanim Stina i Agnes zdążyły wymienić spojrzenia, nastąpiła zmiana sceny. Przedstawiała teraz ulicę z murem w tle. Z przodu widniał dom z otwartym oknem, przy którym stała główna bohaterka i zezując w stronę księżyca, deklamowała cnotliwie piszczące strofy wielkiej wagi, jak można było przypuszczać po frenetycznych99 okrzykach publiczności. Pojawił się bohater, przeszedł przez mur, wyraźnie zakłopotany ociężałymi nogami. Gdy ujrzał dziewczynę w oknie, zamachał rękami w powietrzu, padł na kolano i zaczął recytować; do połowy deklamował, ale wewnętrzny patos się wznosił, aż pod koniec wyśpiewywał w oryginalny arabski sposób, z kolorem twarzy jak po siarczystym policzku.
— Pięknie to wykonał, pięknie — szepnął Said ben Ali zaraz po zakończeniu najbardziej wymagającego pasażu.
Przez publiczność przemknął szmer uznania i zaraz nastąpiła burza oklasków.
W Stinie obudziło się podejrzenie. Kiedy zezowata kochanka wypiszczała odpowiedź, panna Brenner szepnęła do Saida ben Alego:
— Czy ona nie powiedziała: „Nie przysięgaj na księżyc, bo księżyc co tydzień zmienia kształt swej pięknej tarczy; i miłość twoja po takiej przysiędze mogłaby również zmienną się okazać”100?
— Tak, dokładnie tak. Ależ pani rozumie po arabsku, panno Brenner. Kiedy się pani nauczyła?
— Znam tę sztukę — odparła ponuro. — To Romeo i Julia101 Shakespeare’a102. Nie wiedział pan?
— Jeszcze nie czytałem Shakespeare’a. Tutaj nosi tytuł Niebezpieczeństwa miłości. Bardzo dobrze grają, prawda?
— Agnes, to Romeo i Julia.
Stina powiedziała to tonem, przez który Agnes natychmiast zapytała:
— Czy ty jesteś chora, Stino?
— Owszem, nie najlepiej się czuję.
— Szkoda, bo ja się świetnie bawię.
Stina wiedziała, że Agnes świetnie się bawi. Tak samo rozumiała, dlaczego ona miała ochotę płakać, tylko płakać! To kolejna różnica. Coś, czego nie da się przekroczyć. To, że Said ben Ali cieszył się jak dziecko na tę żałosną, potworną parodię. Generalnie rzecz biorąc, to tylko bagatela. Ale dla Stiny to dużo więcej. Jak skamieniała oglądała tę strawestowaną tragedię miłosną. Co ważniejsze zostało pominięte i wycięte, pozostała tylko gra cieni, jęczących jak koty i piszczących jak kurczęta marionetek o kamiennych twarzach i ruchach sztywnych, prostych i odrażających. Pozostawiono sceny z mamką, walkę z Tybaltem i scenę w klasztornej celi, i jeszcze scenę balkonową, podczas której Julia bez przerwy trzymała dłonie w kieszonkach fartuszka. Och, ten Romeo i ta Julia!
Agnes musiała ukryć twarz za wachlarzem, żeby Said ben Ali nie zauważył, jak histerycznie się śmiała. Lecz on niczego nie dostrzegł — był zauroczony, przeszczęśliwy; Stina widziała, że w oczach ma łzy. Na ten widok poczuła, że dłużej nie wytrzyma.
Po zakończeniu wielkiej sceny miłosnej wstała. Zrobiło jej się szkoda tych dwojga, którzy tak dobrze się bawili — każde na swój sposób — ale nie mogła tu zostać.
— Przepraszam, panie ben Ali, ale muszę pana poprosić, by odprowadził nas pan do domu. Nie najlepiej się czuję — powiedziała.
— Bardzo mi przykro — wydukał Said ben Ali.
Widziała, że on bardziej żałuje niemożności obejrzenia spektaklu do końca. W jego głosie słychać było dziecięce rozczarowanie.
„Są jak duże dzieci”, powiedział sir Josuah, „duże dzieci!”. W drodze do Hôtel du Nil po opustoszałej El Muski prawie się nie odzywali. A gdy nubijski portier otworzył im bramę, Said ben Ali podał damom rękę na pożegnanie, życzył pannie Brenner zdrowia i zapowiedział, że niebawem zabierze je na egipską kolację.
Wszystko to robił, zachowując bezbłędne angielskie maniery. Lecz Stina zauważyła, że pod sztywną, obcą wypowiedzią unosił się arabski, zadowolony nastrój — i zadrżała.
Po wejściu do swego pokoju zaczęła bezgłośnie szlochać. Wiedziała, jak żałośnie jest płakać nad tym wszystkim, nad Romeem i Julią, ale i tak nie mogła się powstrzymać. Czuła się potwornie upokorzona.