VI
Nazajutrz mieli wyruszyć w podróż powrotną. Wszyscy troje byli przygnębieni na myśl o opuszczeniu Egiptu, lecz uczucia Stiny były czymś innym niż tylko nostalgią — krył się w nich coraz silniejszy lęk i niepewność, jak to się zakończy, co ma począć wobec zbliżającej się chwili decyzji i jak ma zdecydować. W ostatnich dniach do lęku dołączyła jeszcze jedna niewiadoma: być może już nigdy nie spotka Saida ben Alego. Być może podczas wieczoru w teatrze zauważył słabo skrywane rozbawienie Agnes i jej własne przygnębienie i ze względu na swą wrażliwość obraził się? Czy to dlatego nie przychodził? Czy powinna napisać i poprosić go o spotkanie? Musiała zobaczyć się z nim przed wyjazdem, a nadszedł ostatni dzień, ostatni wieczór, już tak późny, że pośród listowia w ogrodzie Hôtel du Nil na granatowym niebie pojawił się jasny sierp nowiu z wielką gwiazdą pod spodem.
Wtedy przyszedł. Said ben Ali z przyjaznym uśmiechem poprosił obie damy, by włożyły kapelusze i poszły z nim do domu, gdzie czekał egipski posiłek.
Zbliżała się godzina hotelowej kolacji; Agnes zawahała się, czy ma iść.
— Nie uważasz, Stino, że pan ben Ali mógł kogoś po nas przysłać, zamiast przychodzić i rozkazywać nam jak ten basza103 — odezwała się. — Ale może to orientalny zwyczaj — dodała zrezygnowana.
— Pewnie tak — ucięła Stina.
Ona też poczuła się dotknięta tym nieco uproszczonym postępowaniem; uważała, że mógł jej zaoszczędzić tej ostatniej udręki, skoro i tak miał przyjść. Ale tak bardzo ucieszyła się na jego widok, że nie mogła przywiązywać wagi do drobiazgów. Zadrżała na myśl, że być może Agnes nie zechce jej towarzyszyć. Ale ta, owszem, chciała.
Szli przez ciepły egipski wieczór, na tyłach El Muski, najwęższymi i najciaśniejszymi uliczkami Kairu; przez bazar perfumiarzy, potem ciasną uliczką pełną zrujnowanych, stłoczonych domów — nad piętrem znajdowały się żeńskie balkony, do których przyczepiono duże klatki z kurami. Weszli na niewielki otwarty placyk, gdzie naprzeciwko siebie stały dwa jednakowe domy.
— Tu mieszka moja rodzina — powiedział Said ben Ali, wskazując na oba budynki.
Wszedł do tego po prawej; zniszczonymi, wąskimi, kamiennymi schodami wprowadził kobiety na pierwsze piętro.
— Mój pokój nie jest umeblowany po egipsku, jest całkowicie europejski — wyjaśnił i otworzył drzwi przy kamiennym przedsionku.
— Zapraszam!
Wyobrażenie Saida ben Alego w kwestii luksusu w pokoju europejskiego mężczyzny nie było przesadzone, sądząc po pomieszczeniu, do którego wprowadził Agnes i Stinę. Pokój miał całkowicie nagie, bielone ściany. Otomana104 ze skrzynią okryta perską narzutą, prosty regał, takież biurko; europejskie meble, najwyraźniej zakupiono na jakiejś ulicznej aukcji, oraz trzy plecione krzesła — to było całe umeblowanie.
Nastrój Saida ben Alego podyktowany był z jednej strony radością, że może pokazać pannie Brenner wyposażenie, jakie udało mu się zdobyć, by stworzyć prawdziwy europejski dom, a z drugiej dumą, że może ją poczęstować prawdziwym egipskim posiłkiem.
— Moja matka przygotowała jedzenie, przyśle je tutaj — wyjaśnił, gdy panie zdejmowały kapelusze.
— Czy nie mieszka w tym domu? — spytała Stina.
— Nie, kobiety mieszkają z dziećmi tam. — Wskazał na dom naprzeciwko. — Tutaj jest tylko mój ojciec, dwóch stryjów, ja i mój brat, i dwóch służących.
— Ach.
Po chwili dodała:
— Panowie nie mieszkają z kobietami?
Said ben Ali potrząsnął głową.
— Nie, to niezgodne z arabskim zwyczajem. My jemy tutaj, a kobiety z dziećmi tam. Ale po kolacji poślę po matkę i ciotkę. Druga ciotka nie żyje. — Zatrzymał się na chwilę, po czym dorzucił: — I Yussufa, i Naïme oraz ich siostry, i wszystkich małych kuzynów.
Said ben Ali zaklaskał. Wtem do środka weszło dwóch egipskich służących, ubranych w białe, powłóczyste, bawełniane kaftany i czerwone fezy. Jeden wniósł dekorowaną, wygrawerowaną podstawę stolika i umiejscowił ją przed paniami, które na polecenie Saida ben Alego usiadły na twardej otomanie. Drugi służący umieścił na nóżkach lakierowaną na czerwono tacę. Stanowiła ona stolik; uporządkowano na nim teraz talerze, noże i widelce. Następnie wniesiono pierwsze danie na niewielkim półmisku z pokrywą.
Said ben Ali przyciągnął jedno z krzeseł i usiadł. Najpierw nałożył sobie, a potem obu paniom. Była to swego rodzaju potrawka, trudno rozstrzygnąć, czy rybna, mięsna czy warzywna. Stina i Agnes z największą ostrożnością skosztowały tajemniczych kostek, zanurzonych w czarnym gęstym sosie. Sądząc po zadowolonej minie Saida ben Alego, danie smakowało wyśmienicie.
— Gdzie podziewa się pański brat i pozostali panowie? — spytała Stina, gdy milczenie stało się zbyt długie. — Przecież jadają z panem?
— Dziś nie jedzą w domu, tylko na bazarze. Nie mają zrozumienia dla tego, co europejskie, nie przywykli do towarzystwa obcych kobiet. Ale mój brat przyjdzie się przywitać.
Stina pojęła, że Said ben Ali musiał użyć władzy starszego brata, by namówić do tego młodego Mohammeda.
Spojrzała na niego. Tu, we własnym otoczeniu, nie był już nieśmiałym, zakłopotanym chłopcem, tylko dorosłym panem domu. Stina pragnęła mu zadać tyle pytań i poprosić go o wyjaśnienia, ale wszystko, co było związane z jego domowym życiem, w ten czy inny sposób kojarzyło się z ich ostatnią rozmową w Nääs. Nie śmiała poruszać tematu, jeszcze nie. Podczas tamtej ostatniej rozmowy w Nääs zdawało jej się, że ma nad nim władzę i że może go zmusić do wszystkiego. Jej sunące po Nilu marzenia tkwiły w przekonaniu o tej władzy. Lecz teraz, gdy zobaczyła ten pokój, który według niego był urządzony po europejsku, gdy pomyślała o tej rodzinie, w której go wychowano jako dziecko, pośród kobiet w domu naprzeciwko, a następnie tu, pomiędzy arabskimi mężczyznami, ściśle przestrzegającymi mahometańskich reguł — poczuła się niepewnie. Wszystko było takie obce, takie dziwne.
Nie, nie mogła z nim porozmawiać. Napisze ze Szwecji, a potem wróci do niego, jeśli okaże się, że to jedyne rozwiązanie dla miłości i tęsknoty.
Agnes wypytywała Saida ben Alego o niezliczone dania, które wnoszono jedno po drugim. Co to jest? A to? A to?
Said ben Ali podawał gardłowe arabskie nazwy, których nie potrafił przetłumaczyć na angielski, podczas gdy służący stawiali kolejne półmiski.
Gdy Stina ocknęła się z zamyślenia, oni kosztowali już czwarte danie — była to długa biała fasola, smażona na głębokim oleju, zmieszana z pieprznymi kawałkami tłustego koziego mięsa. Stinie chciało się pić; na stole nie było wina, a nie miała odwagi spróbować niefiltrowanej wody z Nilu.
— A więc to jest ta prawdziwa egipska kolacja? — odezwała się Stina, żeby przerwać ciszę. — Pamięta pan, że w Nääs często opowiadał o egipskim jedzeniu?
— Ależ tak, panno Brenner. Jest całkowicie egipska, za wyjątkiem tego, że mamy tu dużo więcej noży i widelców niż zazwyczaj.
— Wiesz przecież, że jadają palcami — wtrąciła Agnes po szwedzku, a Said ben Ali klaśnięciem wezwał służących.
Teraz wnieśli bardzo słodki deser z pistacji i migdałów; czuć było w nich cukier, skrobię i tłuszcz. Szwedki, w pełni zadowolone z możliwości doświadczenia egipskiej sztuki kulinarnej, miały nadzieję, że kolacja powoli się kończy.
Nic bardziej mylnego. Po słodkim daniu — konsystencją przypominającym z jednej strony kaszę, z drugiej ciasto — wniesiono pokrojoną czosnkową kiełbasę w ostrym sosie; i tak dalej, jedno mięsne i warzywne danie po drugim, aż wreszcie znów lepkie słodycze, po których zaserwowano mocną kawę po arabsku.
Wtedy Agnes i Stina zrozumiały, że kolację mają za sobą. Chwilę potem, gdy służący jeszcze wynosili tacę i półmiski, do pokoju wszedł Mohammed ben Ali. Miał poważną minę, wyglądał na wielce nieszczęśliwego, gdy przyłożył dłoń do czoła, potem do piersi, skłonił się obu damom, po czym stanął obok brata.
— Proszę przekazać bratu, panie ben Ali, że bardzo nam przykro, iż przegoniłyśmy go z jego domu — rzekła uprzejmie Agnes.
Said ben Ali przetłumaczył na arabski, na co Mohammed odpowiedział z poważną godnością.
— Mówi, że jest wdzięczny za troskę o jego wygodę — przetłumaczył Said.
Po tym, jak ten arabski młodzieniec, który pod żadnym pozorem nie chciał okazać Europejkom najmniejszej uprzejmości, wszedł do pokoju, atmosfera stała się jeszcze bardziej dokuczliwa i napięta. Said ben Ali zmarszczył brwi i rzucił bratu kilka arabskich słów; musiały być dość ostre, ponieważ policzki Mohammeda zarumieniły się, ale nie odpowiedział — stał tak samo milczący i niedostępny jak wcześniej.
Atmosfera stawała się coraz bardziej nieznośna. W końcu Said ben Ali oznajmił:
— Posłałem po kobiety i Yussufa, zaraz przyjdą.
— Czy pańska matka będzie w chuście? — zainteresowała się Stina.
— Nie, panno Brenner, ani ona, ani ciotka. Tak stare kobiety nie noszą w naszej rodzinie chust, tylko młode, od dziesiątego roku życia.
Drzwi otworzyły się ostrożnie, do środka weszły dwie starsze kobiety — niepewne, onieśmielone, otoczone gromadką dziewczynek i chłopców, wśród których Stina natychmiast rozpoznała znajomych z festynu w Al-Azbakijja. Na końcu pojawiła się młoda kobieta w chuście, niosła na rękach małego Yussufa. Stanęła przy drzwiach obok Mohammeda i coś do niego powiedziała, a Said ben Ali przedstawił szwedzkim damom matkę i ciotkę.
— To moja matka, a to żona mojego stryja — powiedział, ewidentnie zakłopotany wymagającą rolą gospodarza, tłumacza i pośrednika między kobietami.
Arabki wcale nie były stare, tylko bardzo brzydkie. Zrobiły dokładną toaletę, by móc godnie się pokazać; miały na sobie przedziwnie wycięte bluzki i spódnice z mieniącego się na zielono jedwabiu; z kolei ta młoda przy drzwiach, zajęta szeptaniem do Mohammeda, była ubrana w luźny strój z pikowanego błękitnego jedwabiu, przy szyi i na mankietach wyszywany cekinami.
Na znak Saida ben Alego starsze panie usiadły na otomanie obok ściśniętych Europejek. Siedziały tak — sztywne, nieruchome niczym bożki, ukradkiem obserwując każdy ruch gościń.
„Oto siedzę na łonie mojej rodziny”, myśl wydała się Stinie z jednej strony humorystyczna, z drugiej pogardliwa. Nie wiadomo, dlaczego przyszły jej do głowy urządzenia stosowane do krępowania Chinkom stóp105, by te stały się małe i bezużyteczne. „Muszę sobie sprawić jakiś taki duchowy przyrząd do krępowania”. Teraz nie należało jednak rozmyślać, tylko rozmawiać i pokazać dobre wychowanie.
— Proszę przekazać matce, że przygotowała wyśmienitą kolację. Przykro nam z powodu kłopotu, jaki sprawiłyśmy — powiedziała.
Said ben Ali przetłumaczył; otrzymał długą, uroczystą odpowiedź po arabsku, której znaczenie oddał po angielsku:
— Bardzo dziękuje za pani słowa. Cieszy się, że paniom smakowało, i mówi, że pomogła jej żona stryja.
— A czy te wszystkie dzieci to pańscy kuzyni, panie ben Ali? — spytała Agnes.
— Tak, to dzieci mojego stryja Ibrahima, a ta czwórka — wskazał na młodą kobietę w chuście, na Naïme, na jeszcze młodszą dziewczynkę i na Yussufa — to dzieci stryja Selima i jego nieżyjącej żony. Zmarła przy porodzie Yussufa.
— Czy nie zobaczymy najstarszej kuzynki bez chusty? — wykrzyknęła Stina.
Said ben Ali przetłumaczył prośbę na arabski. Mohammed natychmiast wyszedł z pokoju, Yussufa odstawiono na podłogę, po czym Said podprowadził młodą kobietę do Agnes i Stiny i powiedział do niej kilka słów.
Zdjęła chustę, odsłaniając obojętną, dziecięcą twarz o pięknych, czarnych, ckliwych oczach i nieśmiało spuszczając powieki.
— Jak ma na imię? — spytała Stina.
Said ben Ali przetłumaczył, na co ona sama odparła coś, co zabrzmiało jak Sultana.
— Proszę jej przekazać, że cieszymy się, iż mogłyśmy ją zobaczyć. Uważamy, że jest bardzo piękna.
Said ben Ali z lekkim uśmiechem przetłumaczył to, co powiedziały. Zrobiła radosną minę i skinęła do nich głową.
— Wiem, jak trudno jest być tłumaczem, panie ben Ali, ale proszę poprosić mojego małego przyjaciela Yussufa, żeby do mnie podszedł. Potem się nas pan pozbędzie, to znaczy odprowadzi nas do domu — ciągnęła Stina.
Yussufa nie trzeba było namawiać. Poszedł prosto do Stiny, którą przez cały czas obserwował zakochanym spojrzeniem, a gdy wzięła go na kolana, przytulił się mocno i dał się pocałować. Powiedział kilka słów do Saida, a ten z zachwytem przetłumaczył:
— Nic się nie zmieniło, panno Brenner. Yussuf mówi, że bardzo lubi chrześcijańską damę.
Stina cieszyła się, że może zająć się Yussufem. Said ben Ali miał wokół siebie rój młodszych kuzynów. Ewidentnie wypytywali o gości, widać to było po ich gorliwych, ciekawskich spojrzeniach. Stina domyśliła się, że stara się utrzymać ich zainteresowanie w surowych, pedagogicznie europejskich granicach. Dobrze było Saidowi ben Alemu w otoczeniu tej młodej, adorującej go, gromady — Stina nie mogła oderwać od niego oczu. Należało jednak podtrzymać konwersację z trzema paniami na otomanie, a Agnes wyglądała na osowiałą i śpiącą. Stina nie mogła na nią liczyć, dlatego sama zagadnęła:
— Panie ben Ali, proszę opowiedzieć matce, ciotce i kuzynce, że jeździłyśmy na wielbłądach pod Asuanem i spytać je w naszym imieniu, czy one często jeżdżą na wielbłądach.
Tak też uczynił; po odpowiedzi matki potrząsnął głową.
— Matka mówi, że żadna z nich nigdy nie siedziała na wielbłądzie. Na wielbłądach jeżdżą wyłącznie biedacy.
— I obcokrajowcy. Szkoda, że ich nie widziała przy Mena House106 — wtrąciła Agnes, starając się ukryć ziewnięcie.
— Ona nic o nich nie wie.
Zajęta Yussufem Stina poczuła, jak siedząca tuż przy niej Sultana lekko dotknęła jej sukienki. Uśmiechnęła się do niej, ale gdy Sultana zorientowała się, że ją nakryto, szybko cofnęła dłoń i zrobiła przerażoną minę.
Stina zwróciła się do Saida:
— Proszę powiedzieć kuzynce, że nie ubrałam się w elegancką sukienkę. To pańska wina, bo nie dał nam pan czasu na przygotowanie się do egipskiej kolacji.
Przetłumaczył. Sultana wyglądała na przygnębioną, potwierdziła skinieniem głowy.
— Chodźmy już, Stino, mam dość egipskiego towarzystwa, zaraz umrę z pragnienia — szepnęła Agnes po szwedzku.
Stina wstała, odstawiła Yussufa, który uczepił się jej spódnicy, po czym ona i Agnes zaczęły żegnać się z trzema starszymi za pomocą pantomimy, ale serdecznie; poklepywały je po ramieniu i kiwały głowami, prosząc przy tym Saida, by przekazał to, co powinny powiedzieć po arabsku. Potem podchodziły dzieci, jedno po drugim, podawały im rękę, a następnie wszystkie na skinienie Saida ben Alego zniknęły za drzwiami.
Wszystkie oprócz Yussufa, który chwycił dłoń Stiny i nie chciał jej puścić, mimo upomnień Saida ben Alego. Ale panna Brenner go ułagodziła:
— Proszę go zostawić, nie przeszkadza mi. Cieszę się, że mnie tak lubi.
Na ulicy Mohammed czekał na damy, by się pożegnać. Ukłonił się uroczyście, na orientalną modłę. Stina miała wrażenie, że długo przygląda się jej z dezaprobatą.
„On się tak łatwo nie ugnie”, pomyślała, „ale w końcu się uda, jeśli będzie musiało się udać”.
Said wreszcie oderwał rączkę Yussufa od spódnicy Stiny, a ten wcisnął piąstki w oczy i się rozpłakał.
— Mówi, że chrześcijańska pani nie może odejść, że powinna wrócić do domu — wyjaśnił Said ben Ali.
Stina uśmiechnęła się.
— Proszę mu powiedzieć, że całkiem możliwe, że wrócę.
Gdy Said ben Ali szedł obok niej, nie wydawało się jej już, że to, o czym wcześniej myślała tam w środku, jest niemożliwe. Zdumiona, zauważyła, że dzisiejszy wieczór nie wytrącił jej z równowagi bardziej niż przedstawienie w teatrze. Nie było gorzej, niż by się spodziewała; wprawdzie nie lepiej, ale i nie gorzej. Wróciły do niej usilne starania, towarzyszące jej od powrotu z Nilu, by wyobrazić sobie siebie, Stinę Brenner, żyjącą w tym otoczeniu. Walczyła z myślą, że jest w niej coś, co musi się skurczyć, zmienić, ugiąć, zanim będzie mogła się zdecydować na to życie. Zastanawiała się, co w niej okaże się silniejsze — miłość do Saida czy przywiązanie do własnej silnej osobowości. Zastanawiała się nad tym, jak gdyby chodziło o kogoś innego, a nie o nią samą.
Był przepiękny wieczór, na firmamencie połyskiwał jasny księżyc i mocno rozmigotane gwiazdy. Powietrze było ciepłe niczym w środku dnia. Krętych, wąskich uliczek i spokojnych zaułków nie oświetlały latarnie, jedynie przy wejściu na bazar z perfumami znajdowała się pochodnia, ale blask nowiu i gwiazd wystarczał, by wskazać drogę i pomóc im omijać zdradzieckie dziury, nieruchomych obdartusów, rozłożonych w poprzek uliczek, albo skulone w rogach, wygłodniałe psy.
Said ben Ali rozprawiał o Nääs, prosząc, by Stina przekazała pozdrowienia wszystkim drogim przyjaciołom. Przede wszystkich wspaniałemu dyrektorowi.
— Przekażę, panie ben Ali — odparła.
Potem przekierowała rozmowę na jego rodzinę. Mówiła o Mohammedzie — to, co zawsze chciała o nim powiedzieć.
— Wygląda na silnego i energicznego, będzie miał pan dzięki niemu wiele pociechy i pomocy, panie ben Ali.
Twarz Saida ben Alego rozpromieniła się jak zawsze, gdy Stina chwaliła jego brata.
— A mój mały Yussuf, co z niego wyrośnie? — spytała.
— Kocha panią, panno Brenner — rzedł poważnie Said ben Ali, jakby to była wystarczająca odpowiedź.
Dotarli już do zamkniętej bramy hotelu. Serce Stiny skurczyło się na myśl o zbliżającej się chwili pożegnania. Chciała, żeby Agnes już poszła, by na moment mogła zostać z Saidem ben Alim sam na sam. Portier otworzył bramę — chwila pożegnania nadeszła. Niepohamowane uczucie, że musi go zatrzymać, choćby na parę sekund, sprawiło, że powiedziała:
— Proszę dać mi moment, panie ben Ali. Chciałam pana zapytać o jedną rzecz, której nie zrozumiałam u pana w domu. Jak to możliwe, że najstarsza siostra Yussufa nie zdjęła chusty w obecności Mohammeda, tylko dopiero, gdy wyszedł? Przecież pan wciąż był w pokoju.
Zanim Said ben Ali zdążył odpowiedzieć, Agnes wykrzyknęła:
— Ależ, Stino! Przecież wiesz, że młoda Arabka nie pokazuje się bez chusty w towarzystwie mężczyzn.
— Owszem. Ale pan ben Ali tam był — ciągnęła Stina uparcie.
— Stino, przecież pan ben Ali jest jej mężem! W Nääs mówił nam, że jest zaręczony z kuzynką. To była, rzecz jasna, ta kuzynka. Nie mam racji, panie ben Ali?
— Tak, to ona — odparł ben Ali.
Nastąpiło milczenie, które przerwała Stina.
— To była pańska żona, panie ben Ali?
— Tak, panno Brenner. Ożeniłem się z nią zaraz po powrocie, tak jak było postanowione. Nie wiedziała pani?
Znów nastąpiła długa cisza. Stina usłyszała w głowie ironiczny okrzyk sir Pembroke’a: „Proszę się przygotować na niespodzianki, panno Brenner”.
Czy to ta niespodzianka, na którą miała się przygotować? Poczuła nieskończone upokorzenie, że ona, tak dumna ze swej mądrości, była taka ślepa. Że miłość...
Usłyszała głos Agnes:
— Wejdę już, Stino. Jestem tak potwornie spragniona. Dobranoc, panie ben Ali, dziękuję za całą pańską życzliwość. Żegnam i dziękuję!
— Dobranoc, pani Brenner, żegnam. Życzę pani dobrej podróży.
Teraz zwrócił się do Stiny, by i z nią się pożegnać.
Stina odwróciła się, Agnes już zniknęła za bramą do ogrodu. Zostali sami w wielkiej ciszy nocy, oświetleni blaskiem gwiazd i bladym sierpem księżyca.
— Panie ben Ali — odezwała się Stina cichym, pospiesznym głosem. — Proszę powiedzieć mi jedną rzeczy. Czy ożenił się pan z kuzynką, ponieważ sądził pan, że tak chciał Bóg?
Jego odpowiedź była prosta i poważna.
— Wiedziałem, że Bóg tego chce, gdy zrozumiałem, że nie chce, bym ożenił się z panią.
Patrzyła na niego z tą samą powagą co on na nią; wiedziała, że on nie ma pojęcia, co ona myśli i czuje. Rzekła więc:
— Życzę panu, Saidzie ben Ali, by w kwestii pańskiego kraju był pan równie pewny, czego chce Bóg, jak wiedział pan o tym w odniesieniu do własnego losu.
Źle zrozumiał powagę w jej głosie i łzy w oczach.
— Dziękuję, panno Brenner! Wiem, że życzy pani Egiptowi szczęścia. Wiem, że kocha pani Egipt i że była pani tu szczęśliwa, jak i ja kocham pani kraj i byłem w nim szczęśliwy.
Podał jej rękę.
— Żegnam panią, panno Brenner, proszę pozdrowić Nääs!
Przez chwilę trzymała jego dłoń w swojej i patrzyła mu głęboko w oczy.
„Cóż my wiemy o sobie nawzajem?”, pomyślała. „Czy kiedykolwiek go rozumiałam i czy on mnie rozumiał? Być może dla obojga najlepszym rozwiązaniem jest, że pojął, iż Bóg chce tak, a nie inaczej, i tak zrobił. Być może nie rozumiałam tego, bo...”.
Powoli puściła jego dłoń. Czekała, aż odejdzie.
Kiedy znów podniosła głowę, jej oczy były tak pełne łez, że już nie widziała błyszczącego księżyca ani migoczących gwiazd na granatowym, bezchmurnym niebie Egiptu.