A. Pojęcie kompleksu (węzłowiska)
Zasadniczą cechą natury ludzkiej (a pewno i bydlęcej) jest to, że każdy stwór żywy stara się jak najprędzej zapomnieć o rzeczach przykrych, które przeżył, i jak najdłużej babrać się w przyjemnych — i nie ma co się nam dziwić. Kwestia jest tylko w tym, że my, ludzie, nie przebieramy czasem w środkach, jeśli chodzi o budowanie płyt izolacyjnych między nami a przykrościami życia wewnętrznego i zewnętrznego; budujemy je z czego popadło, implikując czasem tym gorsze świństwo niż to, od którego pragnęliśmy się odgrodzić. Znałem człowieka, który gdy się upił, oznajmiał nazajutrz sobie i innym „niebyłość” tego faktu: wmawiał w siebie, że to urojenie, i to pomagało mu znakomicie do przezwyciężenia „katzenjammeru” (to jest skandal, że moje tak świetne słowo „glątwa” nie przyjęło się zupełnie24) — tego moralnego, bo z fizycznym można sobie dać radę radykalnie tylko przez jedną do dwóch dużych czystych nazajutrz. Ale to tzw. „zaklajstrowanie” z wierzchu mści się czasem straszliwie. Gdyby osobnik ów przeżył całą okropność poalkoholowej glątewki, to by mu z pewnością znacznie utrudniło następny występ i otworzyło drogę do poprawy. „Niebyłość” zmniejszała zaś tak cierpienia z powodu wyrzutów, że gdy przyszła następna, a do tego stała możliwość nowej ucieczki w dal przed „bólem życia25”, delikwent na pewno staczał się natychmiast po infernalnej stoczni upadków ludzkich na samo dno małego czy nawet wielkiego popoju. Oczywiście to są rzeczy, którymi możemy kierować sami. Ale są nieszczęścia, które walą się nam na łby ze stosunkowo małą pomocą wad naszych charakterów; chociaż, gdyby tak uważnie w przeszłości się pogrzebać, może by się znalazło daleko więcej wpływu tego czynnika, niż to się nam w przebiegu codziennego życia wydaje.
Zupełnie słuszne w szerokim zakresie stanowisko jak najprędszego zatłamszania rzeczy przykrych, stanowisko, które mamy wrodzone tak jak zdolność chodzenia i jedzenia, daje czasem zupełnie negatywne rezultaty. Nie dawało z pewnością takich skutków w zbiorowiskach jaszczurów jurajskich, u których rozpoczął się ten rozwój kory mózgowej, który u nas doszedł do tak nieprawdopodobnych rozmiarów; człowiek stworzył kulturę, która przerastała jego siły, a ponieważ rozwoju jej cofnąć (przynajmniej na razie) nie może, musi zginąć pod jej ciężarem26. Człowiek nie był przygotowany fizycznie do tego, co z nim zrobił jego mózg; żaden sport i programowe ogłupianie się na małą skalę przez dancing, tenże sport, kino, radio i karty nie pomogą tu nic, bo wielka machina pędzi dalej coraz szybciej: tu trzeba by cofnąć kulturę na wielką skalę; jest to możliwe przy daleko większym stopniu uspołecznienia, ku któremu zresztą zdążamy.
Rosja to „mały eksperymencik”27, ale z którego trzeba za to wyciągnąć odpowiednie wnioski. Tego jednak nikt nie robi, podlewając tylko wyszukiwanymi życiodajnymi sosami gnijącego nowotwora kapitalizmu, który zatruwa systematycznie nas swym jadem. Ujęcie racjonalne potwora tego przez faszyzm można już dziś uważać za chybione. Raczej faszyzm, jak to było do przewidzenia, stał się powolnym sługą konającego monstrum.
Otóż jak wiele naturalnych zupełnie w zbiorowiskach jaszczurów, a nawet w luźnych zgrupowaniach małp, a nawet jeszcze w totemicznych komunistycznych klanach korzystnych instynktów i właściwości człowieka przerodziło się we wrogie potęgi w strukturze np. obecnej, tak samo i metoda „zatłamszania cierpień”, które byłoby sobie trwało bez złych skutków dawniej, przy stosunkach aktualnie panujących, tj. przy takim skomplikowaniu psychiki i warunków zewnętrznych, przy takim przyśpieszeniu życia i takich kolosalnych środkach rozprzęgania rozrosłych niepomiernie systemów nerwowych biednych ciałek, stworzonych do innego istnienia i niemogących się do nowotworowego nieomal rozwoju mózgu i jego tworów przystosować, metoda ta — powiadam — stała się za mało intensywna. Oto dlatego dawniej wystarczały inne środki, porady księży, spowiedź i „intuicja”, a dziś jest potrzebna psychoanaliza Freuda i typologia Kretschmera. Tym odpowiadam ludziom, którzy, jak mówią Rosjanie, „duraka walajut28”, pytając właśnie z głupia frantowato: „A jakże było dotąd? Nikt tego nie znał i było dobrze. Czy to komu potrzebne, to babranie się w sobie? Lepiej zająć się czymś pożytecznym” — mówią i rżną potem w brydża lub kręcą radio albo prowadzą niezmiernie głębokie rozmowy z damami na dancingach, zatruci nikotyną i alkoholem, popełniając tysiące drobnych podświadomych świństewek, nic o tym nawet nie wiedząc. Takich są legiony całe. Co dawniej wystarczało, nie wystarcza dziś. I gdyby wszyscy zawsze tak myśleli, jak ci panowie, to dotąd bylibyśmy stadem bydełka, od jakiego mało różnił się totemiczny klan, słusznie bydlę jakieś (tylko odmienne zupełnie od swoich przedstawicieli) czczący; nie mielibyśmy „cudów kultury”, z których jednym z największych jest historia filozofii — jako fakt, a nie nauka sama w sobie — i, musimy to przyznać, nie mielibyśmy potworności tejże kultury. Ale w sumie warto było zapłacić za to wszystko tysiąc razy jeszcze większą potwornością: są to bowiem rzeczy wprost dosłownie bezcenne.
Tylko system wartościowania dzisiejszego człowieka jest jeszcze mylny, a winą tego jest ustrój społeczny, który na skutek złogów psychicznych w mózgach warstw rządzących nie może zbyt długo minąć fazy pośredniej (i przez długotrwałość swą niepotrzebną stającej się kłamliwą, fazy mdło-demokratyczno-kapitalistyczno-łże-nacjonalistycznej) i zahamowuje możliwy wspaniały rozwój nowej ludzkości. Ale w tej chwili nie o to nam chodzi: wszystko jedno na razie, dlaczego człowiek dzisiejszy często bywa duchowo (częściej niż dawniej) chory, a dawne środki lecznicze okazują się często niewystarczające; ponieważ zaś nie zawsze można człowiekowi temu dać odpowiednie warunki, np. wyjazd do Egiptu lub na polowanko do Sudanu czy na tajfuny chińskie i pierwszorzędne dziewczynki anamickie, dla rozwiązania kompleksów nienasycenia metafizyczno-erotycznego, czyli w ogóle dać mu dość zajmującą fabułę dnia codziennego, więc trzeba na to szukać innych sposobów. Jednym z nich jest psychoanaliza. Z Kretschmera dowiadujemy się ogólnikowo, do jakiej szufladki możemy siebie włożyć i za jakim numerkiem odnaleźć; z Freuda czerpiemy głębszą wiedzę, kim jesteśmy dynamicznie, w samym przebiegu zjawisk: jakie są nasze wewnętrzne niebezpieczeństwa i zasadzki, możliwości schwiań, zakłamań i upadków. Dostajemy z tego czystą wiedzę o nas samych i drugich i stuprocentowo wzmożoną możność świadomego, rozumnego kierowania naszym życiem niż przed „wymyciem duszy”, gdy byliśmy przeważnie tylko igraszkami bydlęcych poruszeń właśnie w kwestiach życiowo najważniejszych, stanowiących podstawę do wszystkiego, jak smar podkładowy do nart jest podstawą do mazania ich subtelniejszymi, odpowiadającymi zmiennym warunkom, ingrediencjami. Jedną z tych potęg najważniejszych jest erotyzm.
Nie rozumiejący nic psychoanalizy laicy pomawiają Freuda o erotomanię psychologiczną i sprowadzanie wszystkiego do erotyzmu, a nawet po prostu o babranie się w nieprzyzwoitościach jako takich, o jakąś psychokoprolalię czy coś w tym rodzaju. Twierdzę, że jest to nieprawda. Akurat tyle poświęca Freud uwagi erotyzmowi, ile on na to zasługuje. A bądź co bądź jest to jedna z istności sławnej i wcale dotąd nie zdyskredytowanej trójcy podstawowych potęg życia: głodu, strachu i miłości, tej ostatniej pojętej na razie bez żadnych uwzniośleń, jako prosty popęd do rozmnażania się i zachowania gatunku, w którym indywidua są bezwolnymi ofiarami jakiejś przerastającej je, dla nie znanych nam dalszych celów wytworzonej potęgi życia, zazębionej w świat materii martwej z mocą wprost niesamowitą. O ile nie będziemy patrzeć na tzw. „materię żywą” (koniecznie zindywidualizowaną) jako na pewne połączenia chemiczne — tak nietrwałe, „wybuchowe” wprost związki, a tak odgraniczające solidnie żywe stwory od ich podłoża, połączenia powstałe przypadkowo ze zderzeń i połączeń atomów, według wszystko tak upraszczającej sztucznie tzw. „billiard ball theory of matter”, czyli kulobilardowej teorii materii, w najszerszym znaczeniu aż do elektronów i pól włącznie — to kwestia przedstawia się wysoce tajemniczo: życie nie da się sprowadzić do fizyki, biorąc rzecz czysto choćby biologicznie, nawet z wykluczeniem wszelkiej psychologii. Strach jest wielki pan i głód też władcą jest pierwszorzędnym, ale erotyzm jest też potęgą dość wściekłą.
Na darmo mówił Karol Szymanowski swoim niezapomnianym subtelnym głosikiem metafizycznego władcy krainy jakichś hiperefebów nie z tego świata: „Wiesz, dla mnie erotyzm to jest coś tak piekielllnego, że wprost, wiesz, to jest oburzające...”
Otóż Freud wcale nie babrze się w erotycznych, delikatnie mówiąc, niestosownościach (świństwach), tylko odwrotnie: stara się uświadomić laików w kwestii podświadomości co do ich podziemno-płciowych nurtów, aby mogli się oni wyzwolić od ich ciemnego, nieopanowanego działania, a uwolniwszy się, zdobytą w ten sposób wolną energię zużytkować na tzw. „cele wyższe”; chodzi mu o stworzenie tego właśnie świadomego transformatora, bo przecież podświadomie działo się tak zawsze: z wysublimowanych (a nawet zahamowanych) erotycznych uczuć powstawała cała najistotniejsza twórczość ludzka. I nie trzeba myśleć, że to jest dla niej coś ubliżającego, to szukanie źródeł jej w tej sferze. Jest faktem empirycznym i historycznym, że tam te źródła tkwią. Chodziło tylko o podanie mechanizmu tych transformacji, do niedawna tajemniczych i ciemnych. Ten tzw. panerotyzm Freuda należy rozumieć tak: u pierwotnego stworzenia świadomość to („jako żywo”) tylko świadomość ciała, z bardzo krótkim i niewyraźnym skrawkiem wspomnień najbliższych cielesnych „przeżyć”. U komórek najniższych rozmnażanie następuje w formie ich dzielenia się. Całe ciało komórki przyjmuje w tym udział, zaczynając od jądra, a kończąc na obwodzie. To musiało być połączone z bardzo gwałtownymi dodatnimi czuciami cielesnymi — inaczej może komórka nie „chciałaby się” dzielić wcale, tak jak my nie chcielibyśmy może poddać się pewnym procederom. W jaki sposób następuje przejście do dwupłciowców — nie wiem. Faktem jest, że komórki zaczęły zbliżać się do siebie (podobnie, jak to robi np. plemnik z jajem) i łączyć się zamiast się dzielić, aby wydać nowe indywiduum czy ich wielość29. To łączenie się cielesne komórek w większe jednostki jest niezmiernie istotne — z wielkiego stopnia złączenia i jednocześnie zróżniczkowania powstaje wielościowy organizm, mający jednak, na skutek dokładnego zbicia się komórek powierzchniami przy narastaniu, jako trwanie samo dla siebie, jedną „psychikę”, czyli świadomość. To jest ten podstawowy, że tak powiem, „cud istnienia codzienny”, którym jesteśmy my i wszystkie żywe stworzenia. I możemy pytać materialistów: jakże to z martwych „kulek”, pojętych zresztą jak najszerzej, aż do elektronów i pól zderzających się czy działających na siebie przypadkowo, powstać mógł żywy organizm? Bo to musi być wytłumaczone albo materializm musi pozostać w pewnym sensie bzdurą. I tak jest na pewno, bo wiele zjawisk biologicznych w żadnym materialistycznym schemacie przestrzennym wyjaśnionych być nie może. Ale nie możemy pytać, jakże to z wielu komórek, które są przecież organizmami mającymi jakąś rudymentarną świadomość, powstać może wielokomórkowy organizm mający wspólne trwanie ich wszystkich, jedną świadomość, nieobejmującą w dodatku wszystkich tamtych trwań poszczególno-komórkowych, bo to jest właśnie faktem pierwotnym, jedynym realnym naprawdę faktem, nieskończenie realniejszym od wszystkich faktów fizycznych, z którego mamy jakoś [sobie] zdać sprawę, o ile w ogóle to jest możliwe w związku z ogólnym poglądem na całość Istnienia. Bo możliwe jest, że właśnie to jest najpierwotniejszy fakt prowadzący do monadyzmu, fakt, który leży u podstawy całego — i martwego, i żywego — Istnienia. Monadyzm biologiczny jest to pogląd, w którym — nie mogąc sprowadzić materii żywej zindywidualizowanej do martwej — przyjmujemy, że wszystko się składa z jednostek żywych, z których na mocy statystycznego zsumowania działań możemy ukonstytuować materię martwą. Wracając do poprzedniego: każdy więc taki stwór musi się chronić (zachowywać), unikać niebezpieczeństw, żreć, tj. spełniać ciągły drugi cud żywego bytowania: przemiany materii martwej na żywą, i spełniać też w jakiś sposób pęd rozrodczy. Ten pęd to jest jakby zalążek tzw. u nas „ducha”, czyli tych treści, które nie są aktualnym poczuciem ciała i jego wspomnień, to jest treści wyobrażeniowych, a dalej, u nas, myśli (skonstruowanych w pewien sposób w jakąś całość „celową”, a nie będących zupełnym chaosem30). Chaos jest czymś nieomal dla nas niewyobrażalnym, na mocy zasady ograniczoności i powtarzalności, tzn. nic nie może być aktualnie nieskończonym i absolutnie nowym, musi być w organizmie widzianym i „z boku”, i „od środka”, tzn. [jest] w jego przeżyciach pewien porządek: nie doskonały, nie taki, jak, złudny zresztą, porządek absolutny na mocy zasady Wielkich Liczb, czyli statystyki, panujący w otaczającej nas materii martwej, ale jakiś w każdym razie, a mianowicie porządek biologiczny i psychologiczny. Chodzi mi o to, że jeśli odrzucimy na chwilę strach i głód, jeden jako niemający na razie w danej chwili przyczyny, drugi jako na razie zaspokojony, to zostaje nam erotyzm jako stały, latentny31, potencjalny, utajony w czuciach cielesnych wewnętrznych podkład wszystkich „przeżyć” najprymitywniejszego nawet żywego stworzenia. Tylko bezpośrednio po zaspokojeniu na bardzo krótki czas ginie to uczucie pierwotne w bardziej zdecydowanej formie; poza tym uczucia te są w nas stale jakby zaczajone, jako pewien potencjał energetyczny stanowiący integralną część naszej osobowości cielesnej, którą właśnie w naszych przeżyciach sami dla siebie jesteśmy. Proszę nie myśleć, że wmawiam ogólną erotomanię wszystkim wymoczkom świata. Ale wydaje mi się, że stan tendencji rozmnożeniowej jest w różnych wariantach najbardziej stałym tłem, a nawet bardzo często dominantą całości samoczucia się każdego osobnika. Dlatego to Freud, według mnie, ma głęboką rację, że w erotyzmie właśnie szuka zalążka i motoru prawie wszystkich „wyższych” przeżyć indywiduum, nawet tak skomlikowanego, jak względnie inteligentny człowiek współczesny. Na tym bowiem podłożu wyrastają wszystkie twory ducha jako transformacje i sublimacje pierwotnego samoczucia się indywiduum i jego chęci wyższego potwierdzenia, poza tym prostym samoczuciem się właśnie, samego faktu swego istnienia.
Otóż to jest punkt istotny: potwierdzenie istnienia; nie dość jest istnieć po prostu, nierefleksyjnie, biernie, negatywnie, trzeba jeszcze istnienie swe zamanifestować wyraźniej, na tle możliwej śmierci i otaczającej nicości, która stanowi jakby tło negatywne wszystkich istnień, jak przestrzeń międzygwiezdna stanowi rodzaj podkładu dla istnienia gwiazd, planet, komet i naszych własnych ciał. Trzeba to istnienie w pewien sposób zobiektywizować, potwierdzić i utwierdzić niejako w wieczności, w wieczności subiektywnej lub co najwyżej gatunkowej, skończonej, złudnej, „psychologicznej”, względnej. Do tego służy instynkt rozrodczy, którego działanie sięga poza byt indywidualny, poza efemeryczne „ja” poszczególnego stworu i w którym właśnie następuje transcendencja ograniczonego osobnika (Istnienia Poszczególnego) poza jego nieubłaganie ograniczone trwanie. Ta chęć przetrwania za bądź jaką cenę wyraża się we wszystkich złudnych teoriach nieśmiertelności tzw. „duszy”, której jako „substancji” bez ciała stanowiącego z nią, tj. ściślej — z osobowością trwaniową, jedność, nikt nigdy nie widział i nie zobaczy. Teorie te na tle zasadniczego prawa istnienia, zasady ograniczoności, za cenę której tylko istniejemy, musimy uznać za nieistotne szukanie sposobu przezwyciężenia metafizycznej potworności istnienia, realnie nigdy niepokonanej. Dlatego to wszelkie czyny nasze, w których staramy się przez twórczość najogólniej pojętą — od życia do abstrakcji — przerzucić złudny most między ginącą beznadziejnie osobowością a wiecznością, musimy uznać za pochodne od instynktu erotycznego, za jego pewne transformacje, bo właśnie on jest tym pierwotnym przezwyciężeniem indywidualnego przemijania, które jest udziałem najniższego nawet stworu32. Dlatego wydaje mi się słusznym, że Freud wszelką twórczość uważa za przekształcenie i uwznioślenie instynktu rozrodczego, w którym też pierwotnie zwraca się jeden stwór indywidualny ku drugiemu, szukając w transcendencji pozaosobowej uczuć ratunku przed absolutną samotnością zamkniętych beznadziejnie w swych nieprzepuszczalnych osobowościach żywych istot33.
Mylnie twierdzą niektórzy, chyba w ogóle nierozumiejący mowy ludzkiej lub programowo Freuda zrozumieć niechcący, że celem jego jest zdeprecjonowanie naszych uczuć i wytarzanie nas w jakichś wysublimowanych nieczystościach, w „świństwach i kale”, jak się pięknie wyrażają. Właśnie na odwrót: jak to postaram się dalej wykazać, Freud przez zanalizowanie mechanizmu kompleksowych zahamowań chce nas z tego bycia igraszkami naszych kompleksów wyzwolić.
Ale o tym szczegółowo później.
Oczywiście błędem jest hipostaza „stanu podświadomego” do wyżyn jakiejś drugiej odrębnej osobowości, która — obdarzona jakby wyższym od normalnego rozumem — kieruje tym „ja” codziennym naszym świadomym, jako jakimś niższym tworem. Nie można rozdwajać naszej osobowości i czynić z niej pola walki dwóch jakby odrębnych potęg. Pojęcia takie jak „stan podświadomy” np. muszą być używane z całą świadomością ich skrótowatości psychologicznej, w której hipostazujemy pewne kompleksy czuć prostych, aby móc je łatwiej opisać.
Po tym usprawiedliwieniu rzekomego panerotyzmu Freuda przejdźmy do określenia freudowskiego pojęcia „kompleksu”, czyli, jak będę dalej często mówił, „węzłowiska”. Skonstatowaliśmy przedtem, że każdy stwór żywy dąży przede wszystkim do zapomnienia jak najprędszego doznanych przykrości. Chodzi o to, aby zbadać, jakie są wtórne nieprzyjemności tego, zupełnie w prymitywnej psychologii usprawiedliwionego, procederu. Otóż zatłamszone świadomie przykre zdarzenie, zdawałoby się zupełnie wytrzebione z naszej świadomości, nie ginie w niej zupełnie, nie rozwiewa się w kompletną nicość, jak by się to z introspekcji (wewnętrznego obserwowania danego osobnika przez niego samego) zdawać mogło. Zdarzenie to wiedzie dalej żywot utajony, podświadomy, tym intensywniejszy, im samo było silniejsze i im silniej zatłamszone. Pojęcia podświadomości używam w znaczeniu Hansa Corneliusa34: „unbemerkter Hintergrund” — „niezauważone tło”. Zaraz to pokrótce wyjaśnię: patrzymy na bardzo absorbujący nas obraz w kinie, podczas tego „przygrywa” nam (jak to mówią) muzyczka. Jesteśmy tak przejęci losami bohaterów, że nie słyszymy absolutnie trwającej cały czas muzyki, a jednak w jakiś sposób jest ona w naszej świadomości: wyrażamy ten stan rzeczy pojęciem „podświadomego”. Ale co właściwie oznacza ten w potocznej mowie mętny, a w filozofii nadużyty termin? Według mnie jeden Hans Cornelius podał istotną definicję i istotny opis odpowiadającego mu zjawiska: podświadome istnieje w postaci działania swego na treść świadomą — tak istnieje w pewien sposób dla nas i cała nasza przeszłość, nawet w tych jej częściach, których zaktualizować we wspomnieniu nie potrafimy, tak jak i stan ogólny całego naszego ciała, którego części i ich stanów poszczególnych możemy sobie w danej chwili, a nawet nigdy (np. stan przysadki mózgowej lub lepiej jeszcze części mózgu) jako takich nie uświadamiać. Istnieje podświadomość w postaci szczególnego „zabarwienia”, które nadaje ona treściom aktualnie przesuwającym się przez centr naszej świadomości. Można to pokazać na przykładzie zabarwienia dosłownego, a nie w przenośni. Patrzę na białą plamę na zielonym tle. Uwaga moja jest tak skupiona na owej plamie, na której np. coś ma się za chwilę ukazać, że nie widzę zupełnie jako takiej otaczającej ją zieleni. A jednak plama owa nie jest właśnie dla mnie w tej chwili biała: wskutek działania zielonego tła, na zasadzie kontrastu, czyli tu specjalnie na zasadzie tzw. barw dopełniających35, widzę ową „obiektywnie” (tzn. jaką byłaby na czarnym np. tle) białą plamę jako z lekka zaróżowioną wskutek zielonego sąsiedztwa, mimo że jako takiego tła, które to zjawisko wywołuje, nie dostrzegam. Przykład ten może być rozszerzony, z odpowiednimi dla danej sfery modyfikacjami, na wszystkie rodzaje naszej odczuwalności. Znany jest (np. choćby z Pana Tadeusza) wypadek budzących się wskutek zatrzymania młyna młynarzy: dla nich moment ciszy na tle odpowiedniego hałasu miał charakter budzącego stuku; dowód, jak dalece tło zupełnie pozornie nieistniejące może zmieniać rysujące się na nim przeżycia. W ten właśnie sposób istnieją „treści podświadome” w znaczeniu freudowskim: teorię Corneliusa można uważać za ogólny fundament pod teorię Freuda, w obrębie której podświadomość nie jest tak ściśle zdefiniowana.
Po tej dygresji koniecznej36 wracamy do kwestii węzłowisk, czyli kompleksów. Znanym faktem, dawno jeszcze przed powstaniem psychoanalizy rozważanym, jest tzw. „nurtowanie” w nas utajonych treści. Dajmy na to: ktoś nam, jak się wyrażał Sienkiewicz, „szpetnie przymówił”; my zamiast wydobyć szpadę z pochwy i pchnąć gościa w brzuch, jak to czynił z zasady natychmiast Bogusław Radziwiłł, przemilczeliśmy jakoś tę historię z powodu chwilowego — powiedzmy — braku dowcipnej odpowiedzi (tzw. „esprit d’escalier”, czyli „wyskrzyk” czy „duchotrysk” schodowy) lub pewnej małostkowości samej sprawy, z której robienie wielkiej afery mogłoby nas ewentualnie ośmieszyć. Niby nic, a wstyd. Coś nas gnębi i nurtuje. Chwilami ów incydent staje nam żywo w wyobraźni: tysiące dowcipów skrzy się jak stado piór śniegowych w słońcu, dochodzi w myśli aż do mordobicia — nic z tego, chwila przeszła: „skoczyłem”, jak mawiał Lord Jim Conrada. Potem obraz blednie, nie widzimy go jako takiego, jak tego zielonego tła w przykładzie z białą, a właściwie różową plamą; ale coś nas gnębi jak zgaga: nie smakuje nam np. tak świetna zwykle galaretka z nóżek i duże, świetnie wypielęgnowane i nalane piwo, a nawet czułe spojrzenia jakiejś damy, które w innych warunkach przyjęlibyśmy zupełnie inaczej. (Umyślnie daję przykłady trochę ohydnawo-wulgarne, aby być zrozumiałym absolutnie przez wszystkich.) To się nazywa, że nas coś nurtuje, podminowuje, nie daje używać życia i jego tzw. „darów”. Ale tu mamy do czynienia z niedawnym np. wypadkiem, z obrazem, który raz po raz „wychynywa37” z niepamięci, aby nam zatruć jakieś skądinąd rozkoszne wrażeńko aktualne. Bywają jednak (jak często!) wypadki takie, że obraz przykrego zdarzenia ginie nam z pamięci bez śladu i pozornie żadna siła nie potrafi go z naszych śmierdzących czeluści duchowych na światło świadomości wydobyć; a jednak nawet wtedy działa, kanalia, i potrafi najbardziej „promienną” teraźniejszość zapaskudzić, stworzyć fatalne, stale powtarzające się, niekorzystne dla nas nastawienia, wywołać w nas stałe zgubne reakcje na pewne zdarzenia, wplątać nas w nie-do-pozazdroszczenia sytuacje, uwikłać po prostu w świństwa, a nawet zgubić. A my możemy nic o tym nie wiedzieć i być przekonanymi, na tle pozornej samorzutności naszych impulsów, że działamy według najistotniejszych praw naszej świadomej natury, lub też tworzyć świadomie programy działań, których potem, na tle kompleksowych zwałów w nas drzemiących, nigdy urzeczywistnić nie będziemy w stanie, postępując wbrew wszelkim świadomym i słusznym założeniom. I nie będzie to żaden brak woli: w innych okolicznościach wykażemy się nią znakomicie. Ale będą na pewno pewne typy zdarzeń, związane z naszymi utajonymi węzłowiskami, wyrosłymi na zatłamszonych w świadomości przeżyciach, które będą nas stale zmuszały do pewnych postaw, do których potem znów w świadomości normalnej (bo przecie nie cała świadomość każdego jest podminowana węzłowiskami) będziemy mieli wstręt najgłębszy. Zahamowana reakcja, niewyżyty odruch, zagnębione uczucie, dawno zapomniane widma już od lat i ich dziesiątków nieważnych dla nas zdarzeń będą w danej sferze panować nad nami niepodzielnie, autorytatywnie, podczas gdy w innych, niezaplugawionych nierozegranym podświadomym, będziemy dalej swobodnymi twórcami naszych egzystencji. Taką jest straszliwa potęga podświadomości, której wielki bohater podziemnych gąszczy ludzkiej duszy, Zygmunt Freud, wydał bezlitosną walkę, dając nam wszystkim broń przeciw potajemnie żyjącym w naszych piwnicach i suterenach potworom i gadom, zatruwającym wyższe piętra naszego zaiste, nawet u tzw. niepięknie „maluczkich”, wspaniałego ducha. Jeśli świadomi siebie tzw. „inteligenci”, analizujący pozornie każde włókienko swych przeżyć i charakterów, nie mogą uniknąć działania tych podpowierzchniowych potęg, to cóż mówić dopiero o ludziach nieposiadających odpowiednich narzędzi analizy i obrony, a zdanych na pastwę komplikujących się warunków naszego bogatego, ale zadławiającego nas życia wśród dzisiejszej cywilizacji, która rozpętana przez nas niebacznie, nie dba już o jednostkę i dąży ku swoim niezbadanym celom.
Otóż dziś mało kto może obejść się bez psychoanalizy, tak jak dawniej mało kto mógł żyć bez zwierzeń i spowiedzi — wyładowanie podświadomości i rozplątanie jej bezwyjściowych pozornie zawikłań jest konieczne. Środki ku temu daje nam Wielki Spowiednik Ludzkości, Zygmunt Freud. Ale iluż nie umie słuchać jego wszechmądrego i dobrotliwego głosu, iluż w imię prawa „zachowania kompleksów”, przywiązania do choroby, którą wynagradzają sobie wszystkie braki „poskąpione” im przez przeznaczenie, przez fałszywy wstyd i również fałszywą ambicję — te dwie najzgubniejsze potęgi codziennego życia — przez programowe niezrozumienie i bezrozumny opór, odrzuca jedyne zbawienie w postaci ułatwienia poznania swych błędów i ukrytych chorobowych ognisk, z których wyrastają niepojęte pozornie, przeczące — i zasadom, które się wyznaje, i charakterowi (to jest najważniejsze) — czyny. Jeśli wyczerpane są wszystkie środki świadomego samopoznania, a mimo to machina nie idzie dobrze i ciągle się coś psuje, i zdarzają się szarpania ze sobą i z ludźmi, to jakaż może być droga duchowa postępu, jak nie pozwolenie komuś na zagłębienie się w — czekające po prostu z utęsknieniem swego rozwiązywacza — plątowiska, bagna, „gappo”38 i potworowiska podświadomych głębin. Sam człowiek wobec siebie jest tu bezsilny: nie ma dlań takiego punktu zaczepienia, który by mu pozwolił zahaczyć o tak zdolne do dalszego prucia misterne konstrukcje podświadomych kłamstw; człowiek wie tyle, ile mu ta jego przeklęta, strzegąca zazdrośnie swych tajemnic podświadomość pozwoli — ani mniej, ani więcej. Instynkt, nieomylny w warunkach prostych, dla których był stworzony w tajemniczych pomrokach przeszłości, staje się wrogiem, gdy warunki zaczynają się zbyt szybko zmieniać w stosunku do zmian, niemogących im nadążyć zmian strukturalnych już nie ciała — o tym u nas mowy nie ma, możemy się tylko degenerować i upadać — ale zmian tak dotąd podatnych i plastycznych organów wyższej kontroli i świadomości: mózgu i systemu nerwowego.
Wszystko ma swoje granice, dokonaliśmy cudów, ale nie można pędzić tak dalej, bo grozi to katastrofą: rozpętane zmiany warunków zewnętrznych przerastają o tyle plastyczność naszych ciał i organów, że całość grozi zwaleniem się w pierwotną nicość, w ciemność duchową, równającą się mrokom totemicznego klanu, z której wtedy, dawno, wyjście było jedno jedyne — poprzez władzę i cierpienia mas na wyżyny cywilizacji obecnej. Ale tak wiecznie w kółko kręcić się nie można, choć zdawał się wierzyć w to Oswald Spengler39, nie wypowiadając jakby wniosków ostatecznych i zdający się nie uznawać absolutnej nieodwracalności przemian społecznych, tego „transcendentalnego” (w znaczeniu H. Corneliusa) według mnie prawa, obowiązującego wszystkie możliwe zbiorowiska społeczne we wszechświecie: społeczeństwo stwarza gnębiące je jednostki, aby wznosić się wyżej w hierarchii duchowej istnienia, rośnie w przez nie stwarzaną potęgę, aż po wielu fluktuacjach, dających pozory odwracalności, zabija twórcze indywiduum, aby odpocząć w bezruchu absolutnej, równej dla wszystkich doskonałości. Ale o tym później.
Na razie chodzi tylko o granice wytrzymałości ludzkiego systemu centralnego w stosunku do wymagań współczesnej cywilizacji. Sądzę, że jesteśmy niedaleko od punktu krytycznego i należy zastanowić się nad najbardziej doraźnymi środkami obrony przed zbliżającą się katastrofą. Są to problemy ważne w każdym ustroju społecznym i nic nie uwalnia nas od jak najintensywniejszego zajęcia się nimi natychmiast.
Demoniczne, niesamowite działanie węzłowiska ukrytego w gąszczu narośniętych nań podobnych przeżyć-reakcji (np. jak raz było w danym miejscu zahamowanie, zdarzy się drugi raz, trzeci i czwarty, stwarzając coraz grubszą warstwę otorbień, nieprzebijalną dla chcących dotrzeć do pierwotnego faktu przy pomocy introspekcji) najlepiej pokazać można na przykładzie — tu żadne czysto teoretyczne określenia nie pomogą, wyjaśni to najlepiej mechanizm danego poszczególnego zdarzenia. Weźmy przykład fikcyjny, może trochę „naciągnięty”, ale może właśnie dlatego lepiej sprawę ogólną ilustrujący: „dajmy na to” (jak to mówią w niektórych dzielnicach), że pewien pan idzie zerwać z narzeczoną, która „trochę” się niestosownie zachowała, robiąc oko do pewnego huzara na przykład. Obmyślił to wszystko bardzo pięknie: jak wejdzie, jak ucałuje ją wspaniałomyślnie w „czółko”, jak powie jej o swojej niezgłębionej miłości i proporcjonalnej do niej ambicji i wściekłych wymaganiach od siebie i najbliższych sobie, od otoczenia i życia w ogóle, a potem z godnością, „udrapowany” cierpieniem, wyjdzie, by nigdy nie wrócić.
Zaznaczamy mimochodem, że pan ten jest schizoidem hiperestetycznym (nadczułek) z lekką komponentą cyklotymiczną. Zaznaczamy jeszcze fakt pozornie nic nieznaczący z wczesnego dzieciństwa owego pana. Oto podczas lekcji francuskiego, gdy miał lat siedem, został, jak to mówią, „czynnie znieważony” przez przystojną nauczycielkę, pannę Eufrozynę, której bardzo jakimiś figlami (np. komponowaniem słów bez sensu) dokuczył. Panna Eufrozyna dała mu lekko w mordkę. A on zamiast jej to oddać skurczył się w sobie z bólu nie tyle fizycznego, co moralnego, poczerwieniał jak piwonia, łzy zdławione nie trysnęły z odpowiednich gruczołów (łzowych) i mało nie pękł z wściekłego wzruszenia, które nie było jednak czystą złością — to jest najważniejsze. Przecie owa panna Eufrozyna to była już jego druga dziecinna miłość. (Łączyła się z jakimś potajemnie przeczytanym nieprzyzwoitym wierszem o „złotym cielcu”, była tą, której nogi chciałby obejrzeć, tak jak oglądał je u dziewcząt wiejskich, niekrępujących się tak bardzo obnażania od dołu, ale nie takich jak Eufrozyna tajemniczych.) Otóż snardz ów nie oddał ciosu i po chwili tłumaczył już jakiś kawałek z polskiego na francuski, dusząc w sobie kłąb nierozplątanych myśli i uczuć, łykając z trudem przez zaciśniętą grdykę olbrzymie pakiety wzgardy dla samego siebie. Fakt ten został po roku gruntownie zapomniany. Pozornie śladu pamięci o nim w świadomości p. X nie było. A jednak w istocie trwał w nim, jak go Freud nazywa, utajony uraz psychiczny i wszystkie podobne do poprzedniego fakty wtłaczały się już jakby w pewną koleinę, odegrywując40 tamtą, dawno zapomnianą, zahamowaną reakcję. Fakt [ten] wyznaczał stosunek p. X do najróżniejszych spraw życiowych i wiele razy już cierpiał ów X bardzo z powodu pewnej „niezdolności czynu” w chwilach odpowiednich. (A może był tu też wrodzony masochizm fizyczny, połączony z sadyzmem psychicznym?) Tu nie palnął w mordę snardza, który mu coś przykrego powiedział, tam nie zbił jakiejś damy, która go bezczelnie zdradziła, tam okazał słabość wobec puszącego się nad nim przyjaciela, który go po prostu na dudka wystrychnął itp., itp. W ogóle wszędzie, gdzie p. X był skrzywdzony, zawsze reakcja jego była zahamowana i nie dochodziło nigdy do takiej siły wybuchu, jaka właśnie w danym wypadku mogła być wymagana: czyli zakręcone węzłowisko nie mogło się rozkręcić i rozpętać w reakcję dającą pełne zadowolenie spełnienia kompletnego, autentycznego czynu. Aż wreszcie przyszedł czas, że napięcie uczuć wzrosło do odpowiedniego stopnia, ale wyzwolona reakcja jako proporcjonalna odpowiedź na podnietę nie udała się: niby kompleks w pewien sposób sam się rozwiązał, ale nie w takim stopniu, jaki dla zdrowia duszy byłby konieczny, a przy tym w ogóle nie było pacjentowi uświadomione, dlaczego on właśnie tak, a nie inaczej na wszystkie tego samego rodzaju podniety reagował. (Oczywiście dla wytworzenia się pewnego typu kompleksów potrzebne są podłoża o pewnym charakterze — i tu wracamy znów do Kretschmera: inne będą oczywiście kompleksy leptosomów, a inne pykników.)
A więc „nasz”, jak to mówią, pan X wchodzi do narzeczonej i zaczyna z nią mówić ściśle według programu. Ale już po paru minutach rozmowy on sam czuje (a ona widzi przed sobą nie dawnego narzeczonego, tylko całkiem obcego jej, a nawet wstrętnego snardza), że plan wymyka mu się z rąk jak nieużyteczna szmata, wydarta podmuchem jakiegoś piekielnego samumu wiejącego mu z samych trzewiów, jakby z gorących warstw zwierzęcego mięsa i z tajemniczych centrów gruczołów rozmieszczonych po całym organizmie. I rozpoczyna się dzika heca. Dawny kompleks (węzłowisko) działa. Wszystkie piękne postanowienia diabli biorą jedne po drugich; jest to niby tak zwana walka uczucia z rozumem czy na odwrót, ale w gruncie rzeczy jest tu coś więcej: są dwa uczucia i jeden rozum, będący wyrazem tylko tego uczucia świadomego, to drugie działa z ukrycia, skrytobójczo, ale z tym większą pewnością — zwycięża prawie zawsze. Pan X zaczyna robić łagodne początkowo wyrzuty. Ale postać narzeczonej zlewa mu się z zapomnianą od wieków nauczycielką: jej jako takiej nie ma, została niejako „czysta forma”, w którą zostaje zapchana owa nieszczęsna huzarska kokietka; następuje tak zwana pseudomorfoza, jak kiedy dany roztwór krystalizuje się w formie pozostałej po innym krysztale i przyjmuje jego formę. Kończy się na tym, że doprowadzony do szału X, odegrywując całe okropne upokorzenie doznane wtedy od biednej panny Eufrozyny, wali narzeczoną w zapłakaną mordkę i wyzywa ją od ostatnich słów, a wreszcie ucieka, zapominając u niej ulubioną laskę, bez której nigdy w życiu kroku nie zrobił; będzie mu ona potrzebna jako pretekst — nędzny, ale przecie — dla powrotu, bo w gruncie rzeczy on świadomie czuje, że postąpił jak ostatnia świnia i będzie musiał narzeczoną przeprosić, choćby bez nadziei nawiązania stosunków na nowo, a bez pretekstu może nie mieć siły dla pokonania fałszywej ambicji — po prostu chce wrócić, a nie wie, jak to uczynić, i tu podświadomość go wyręcza.
Oczywiście każąc „podświadomości” działać jak odrębnej postaci, wyrażamy się skrótowo — zastępczo, jak mówi Tadeusz Kotarbiński41, nie robiąc zresztą żadnej hipostazy. Tak samo mówimy o miłości, inteligencji, intuicji itp., nie myśląc o jakichś tzw. „władzach” umysłu czy jaźni całej, tylko wyodrębniając z całości osobowości pewne jej względnie samodzielne (pozornie) momenty (części, które kompletnie niezależnie bez całości innych istnieć nie mogą); w ten sposób ułatwiamy sobie opis niesłychanie zawiłego gąszczu psychiki naszej, gdzie uczuciowość, czucia cielesne jako takie (do których po części uczuciowa strona jest sprowadzalna), pojęciowość, pamięć i wyobraźnia (do których to ostatnich „gry” pojęciowość jest bez reszty sprowadzalna) tworzą pozornie niedający się rozplątać chaos, w którym jakimś dziwnym trafem tylko zdaje się panować pewna stała względnie organizacja. Jeśli zawsze będziemy sobie uświadamiać skrótowość pewnych pojęć psychologii (choćby nawet pojęć fenomenologów: aktu, intencjonalności, ideacji itp.), możemy ich płodnie używać, nie popadając w fałszujące rzeczywistość hipostazy, tzn. uprzedmiotowienia ich, uosobienia, wynoszenia ich do rangi potęg, oddzielnych bytów, władz czy nawet nieomal bóstw jakichś, bliżej nieokreślonych. Pojęcie podświadomości trzeba trzymać na wodzy, podobnie jak pojęcie kompleksu: uważać trzeba, aby pojęcia te nie wyrwały się nam z rąk i nie zaczęły żyć samoistnym życiem, panując nad nami i naszą teorią w psychologii, stwarzając w jej obrębie swoistą metafizykę i mitologię. To grozi, według mnie, niektórym psychoanalitykom.
Według opisanego zdarzenia urojonego możemy sobie wyobrazić łatwo działanie węzłowisk duchowych w każdym poszczególnym wypadku. Każdy przykry fakt: doznana krzywda, obelga, upokorzenie, zawód, zostaje możliwie prędko jako taki zapomniany. Ale jego skutki pozostają, stwarzając całe szeregi specyficznych reakcji wokół „otorbionego” (jak echinokok42 w swej wapiennej powłoczce) faktu pierwotnego, źle lub wcale nieodreagowanego. (Kompleksom tego rodzaju łatwiej podlegać muszą typy schizoidalne, o zahamowanych w ogóle reakcjach, niż łatwo się wyładowujący cyklotymicy.) I tak wlecze się ten utajony byt węzłowiska czasem życie całe, póki przypadkiem nie natrafi na swe ostateczne wyładowanie. Przeważnie jednak nie następuje to nigdy i człowiek do końca często jest ofiarą nieznanych mu, niepoznawalnych w ogóle, utajonych potęg. Wiele ciężkich chorób psychicznych da się w ten sposób wytłumaczyć i wiele też — przez uświadomienie i przez to usunięcie węzłowiska (tzw. jego „rozwiązanie”) — wyleczyć. Chodzi tylko o to, aby umiejętnie zabierać się do rozbabrania czyjejś duszy, by zamiast usunięcia zatruwającego psychicznego ropienia nie nabawić pacjenta nowych ognisk nienormalności przez zasugestionowanie mu rzeczy, o których mu się nigdy nie śniło — tu w dosłownym freudowskim znaczeniu, bo według jego teorii sen jest, poza różnymi pozornie dowolnymi, przypadkowymi omyłkami, przemówieniami się i tzw. „umyślnymi przypadkami” itp., tym zjawiskiem, w którym podświadomość, uwolniona z oków43 dziennej trzeźwości, zaczyna objawiać się pod postacią symbolicznych, pozornie nic z utajoną ich treścią niemających związku, obrazów, zdarzeń i przeżyć.
Nie będę tu streszczał obszernie rzeczy, które każdy znajdzie w książce Freuda w tłumaczeniu polskim pt. Wstęp do psychoanalizy (wydawnictwo Przeworskiego)44, wyjaśnię tylko, o co chodzi, na paru przykładach.
Po kilku dniach przerwy w pisaniu widzę, że wymyślenie dobrego przykładu na przemówienie się45 jest wprost niemożliwe: dowód to jeszcze jeden na korzyść teorii Freuda: przykłady takie mogą powstać jako rzeczywistości, a nie fikcje, stworzone muszą być przez prawdziwe „węzłowiskowe natchnienie” — wymyślić ich nie sposób. Mogę tylko, w braku chwilowym wspomnień osobistych (każdy z nas miał z pewnością dziesiątki tego rodzaju zdarzeń, tylko ich nie pamięta), zacytować przykłady freudowskie:
1. Morderca, który zabijał przy pomocy bakterii, zamiast napisać „przy moich doświadczeniach na świnkach morskich” napisał mimo woli „na ludziach” i tym się zdradził; 2. jakiś pan mając mowę i chcąc powiedzieć: „es kamm zum Vorschein” (wyszło na jaw), powiedział: „zum Vorschwein” (Schwein — świnia), ponieważ chciał ukryć, że przy sposobności wyszły na jaw jakieś świństwa, a „stan podświadomy” mu na to nie pozwolił, demaskując ukryte myśli przez przemówienie się. [3.] Przykład na chęć ominięcia niewygodnej sytuacji: pewien snardz idąc zerwać z narzeczoną (co było dlań bardzo przykrym) nie wiadomo czemu poszedł przez las, a nie, jak zwykle, drogą, wlazł w gąszcz i rozerwał sobie tak pończochy, że musiał wrócić do domu — wskutek czego odłożył przynajmniej przykrą sprawę „do jutra”.
Co do marzeń sennych, musimy stwierdzić, że przy powierzchownym nawet badaniu wykazują one pewną stałą symbolikę, której stałość i prawidłowość nie jest żadnym cudem, a polega po prostu na podobieństwie ludzi między sobą, a przede wszystkim na podobnych u nich zasadniczych sferach uczuć. Nie dziwimy się, że ludzie mają dwoje oczu i po jednym nosie, a nawet, że mają prawie te same uczucia i kompleksy myślowe, ale z chwilą kiedy kilku osobnikom, pod postacią panującego, profesora, księdza czy przełożonego lub pryncypała, śni się ojciec, to wydaje się nam czymś dzikim i naciągniętym. Tymczasem posiadanie ojca, specyficzne dla niego uczucia i specyficzne kompleksy czy węzłowiska, których te uczucia są powodem, są tak samo prawie wspólne wszystkim ludziom, jak para oczu i uszu lub uczucia erotyczne czy religijne. Wiele rzeczy, które w psychoanalizie rażą nas jako wynaturzone, wmówione, zasugestionowane, okazuje się zupełnie naturalnymi konsekwencjami wspólności struktur psychicznych, zupełnie analogicznymi do podobieństw konstrukcji cielesnych. Tak więc w snach przeżywamy wszystkie utajone w normalnej świadomości uczucia, kompensujemy je i uzupełniamy, jako też odegrywamy46 siebie w stosunku do stłumień, które nam narzuciło i narzuca życie rodzinne i społeczne i w ogóle stosunek nasz do całości gatunku.
Obok węzłowisk erotycznych i rodzinnych najważniejszym jest opracowany przez Freuda, a także przez ucznia jego Adlera47, kompleks niższości (Minderwertigkeitsgefuhlkomplex, inferiority complex), który będzie tu specjalnym tematem naszych rozważań48.