B. Kompleks (węzłowisko) niższości

Węzłowisko niższości jest tak samo oparte o najbardziej zasadnicze uczucia Istnienia Poszczególnego (żywego osobnika), a nawet może jeszcze jest bardziej istotne dla jego istnienia jak kompleksy erotyczne i rodzinne, jakkolwiek ostatecznie od erotyzmu się wywodzi. Chodzi tu o potwierdzenie samego faktu istnienia w jego najpierwotniejszej nagości: człowiek jest nie przez to, że jest po prostu i koniec, ale przez to, że ma pewien kierunek, rozwija się, że staje się czymś więcej, niż jest w danej chwili, że przerasta siebie, a przez to przerasta innych, staje się czymś wyróżniającym się, coraz wyraźniejszym dla siebie, często pośrednio lub bezpośrednio i z jakiegoś punktu widzenia dla gatunku czymś lepszym od reszty osobników. Jest to zasadnicze prawo wewnętrzne i zewnętrzne rozwoju indywiduum, a przez to rozwoju gatunku, który rozwija się właśnie w osobach najbardziej rozwijających się osobników. Z tego punktu widzenia węzłowiska erotyczne jako takie, poza samą prostą ich strukturą związaną z naturą popędu, muszą być do pewnego stopnia funkcjami szerszego ogólnego dążenia do samopotwierdzenia się i ugruntowania gatunku, będącego źródłem kompleksu niższości, związanego z tym pierwotnym faktem, że istnieć to znaczy rozwijać się i iść naprzód (i to do ostatnich nieomal chwil życia), a stanie na miejscu jest równoznaczne z cofaniem się, z powolną śmiercią. W tym „transcendentalnym” prawie (w znaczeniu Kanta i Corneliusa, tzn. absolutnym prawie ontologicznym, jak bym to raczej sformułował) leży źródło kompleksu niższości, na tym tle, że mimo iż jest nam dany, jak by wyraził się Tadeusz Miciński49, „rozpęd do nieskończoności”, nikt z nas nie może go w swoim istnieniu w całej pełni ziścić i życie nasze jest wypadkową najróżniejszych starć naszych danych z otaczającym nas układem osób, sił społecznych i natury materialnej, których wypadkowa, często z punktu widzenia żądań jednostki wykoślawiona lub wręcz dla niej katastrofalna, stanowi to, co określamy mianem historii naszego życia.

Dobrze spełniony („wygrany” — lepsze określenie, ale nie podoba mi się jego, że tak powiem, „muzykał”) kompleks niższości, przy odpowiedniej dla istotnego rozwoju danego osobnika sumie warunków, może być powodem najistotniejszej, najautentyczniejszej jego twórczości, począwszy od objawów czysto indywidualnych: sztuki, filozofii, nauki, aż do działalności najbardziej bezpośrednio społecznej: na szczytach władzy prawowiernej lub rewolucji; źle spełniony staje się powodem przykrych deformacji osobnika, który przejawia się wtedy w życiu w formach wykoślawionych niespełnionej ambicji i zatruwa tak siebie, jak i swe otoczenie ptomainami50 swego psychicznego rozkładu.

Węzłowisko niższości, według tak powszechnych, najistotniejszych dla samego czynnego bytu indywiduum jego źródeł, musi być tak powszechne, jak są na tle konieczności przedłużenia istnienia gatunków węzłowiska erotyczne51: wynika ono z samych podstaw istnienia, które jest rozwojem, i z ograniczeń, które ten rozwój z konieczności na swej drodze napotyka. Ta zasada ograniczenia, to jest druga zasada transcendentalna (w znaczeniu konieczności dla całego aktualnego i wszelkiego możliwego bytu, a nie jakichś metafizycznych kombinacji w rodzaju „form zjawiskowych” czy „kategorii”52), jest tą, z której wypływają zasadnicze tego bytu cechy: wielość jego elementów ograniczonych czasowo i przestrzennie, powtarzalność stanów wewnętrznych i zjawisk i ich prawidłowość indywidualna, wewnątrz danej osobowości, biologiczna i psychologiczna, i prawidłowość statystyczna, w złudnym, a koniecznym świecie „materii martwej”. Z tego stanu rzeczy wynika, że właściwie różne formy kompleksu niższości muszą wytworzyć się u wszystkich indywiduów, poczynając od najniższych, a kończąc na najwyższych, bo właściwie pragnienia nasze — w związku z nieskończonością czasu i przestrzeni i potencjalną, graniczną, subiektywną możliwością nieskończoności we wszystkich swoich spełnieniach (zaczynając od pragnienia wiecznego trwania i rozpierania się nieskończonościowego w przestrzeni) — są nieogarnione i spełnienie ich jakiekolwiek musi być w pewnym sensie ich ograniczeniem i kompromisem. Stąd smutek nieuchronny spełnionych zamiarów i marzeń, specyficzna melancholia dokonanych czynów, pewnych szczytowych osiągnięć, znana tak dobrze wszelkim działaczom społecznym, twórcom życia, władcom i transformatorom rzeczywistości. Może wolna od niej do pewnego stopnia jest twórczość artystyczna i filozoficzna; pierwsza przez ograniczone z założenia w swym wyrazie prawo całego istnienia o zasadę jedności w wielości, dające się poznać w konstrukcjach będących jakby skondensowanymi pigułkami Tajemnicy Bytu, wyrażonej czysto formalnie, a nie treściowo — zniszczenie absolutnego nienasycenia przez jego poglądową formalizację i stworzenie zamkniętej w sobie, absolutnie samowystarczalnej strukturalnej jedności; druga, tj. filozofia, przez ujęcie czysto pojęciowe w całościowej formie zasadniczych rysów Istnienia we wszystkich jego przejawach (materii martwej, stworach żywych, psychiki i życia społecznego tych stworów), przy czym za cenę pośredniości symbolicznej, w przeciwstawieniu do bezpośredniości rzeczywistej dzieła sztuki, zyskujemy całość absolutną, czego w zawsze cząstkowym, choć realnym tworze sztuki osiągnąć się nie da. Ale i tu nawet, mimo pozornego graniczenia z rzeczami ostatecznymi, prześladuje nas zasada ograniczoności: są to zawsze twory, tu i teraz przez jakiegoś ograniczonego „ktosia” dokonane, objęte zasadą niedoskonałości wszelkiego ludzkiego tworzenia, jego niesamowystarczalnością. Nieskończoności Aktualnej nie zgłębimy nigdy: ani pojęciowo, ani bezpośrednio, ani w przeżywaniu, ani w twórczości, a jednak musimy ją przyjąć — tu leży źródło wszelkich tajemnic i niezwalczonych zagadek bytu. I w tych sferach, pozornie zaprzeczających zasadzie Tożsamości Faktycznej Poszczególnej (czyli w języku Leibniza kontyngencji — tość i takość, a nie inność), oczekuje nas konieczny smutek i melancholia rzeczy dokonanych. Dlatego to nawet najbardziej doskonale „wygrany” kompleks niższości, objawiający się zrealizowaniem wszystkich marzeń w danym zakresie, pozostanie właśnie — na tle absolutnego bytowego nienasycenia Istnienia Poszczególnego — tylko i jedynie kompleksem nie do rozwiązania, jeśli popatrzymy na osobnika w ogóle pod kątem psychologicznym, a nie mierząc wartości jego według standardu dokonanych czynów, które mogą być wielkie i wspaniałe, a twórcy swemu — na tle niedosiężnej nieskończoności — pozostawić tylko wrażenie istotnej nudy i niesmaku mimo powierzchownego zadowolenia z samego faktu dokonania czegokolwiek bądź. Oczywiście, jak to z samej analizy tej psychologii wynika, schizoidzi mają w stosunku do tych uczuć i stanów pierwszeństwo przed cyklotymikami.

Tak więc węzłowisko niższości, które specjalnie od wczesnego dzieciństwa — na tle ciągłych ograniczeń pożądań, chętek i zamiarów dziecka — musi się rozwijać, tzn. że ciągle tworzą się urazy stwarzające z tych pożądań kompleksy właśnie, tj. nieświadome źródła ujemnej oceny swej osobowości przy świadomym dążeniu do przezwyciężenia nurtującego w głębiach przykrego poczucia upośledzenia53, może być przyczyną największych czynów ludzkich, mających pierwszorzędną wagę dla całej ludzkości, a jednocześnie może być źródłem wszelkich niskich, najniższych może ze wszystkich, uczuć: zazdrości, zawiści i bezsilnej wściekłości tak zwanych z rosyjska „nieudaczników” (może nieudanków lub nieudałków) w stosunku do tych, których życie pociągnęło wzwyż. Ha, trudno! Nas będzie tu zajmowało specjalnie węzłowisko upośledzenia źle wygrane i nieprzyjemne skutki tego stanu rzeczy dla otoczenia obciążonych w ten sposób osobników, a także fakt istnienia tak szczególnie wielkiej ilości ludzi o tych źle wygranych (czy rozegranych) węzłowiskach, które zakładamy na tle powszechności pewnych praw u wszystkich absolutnie, najbardziej nawet zresztą względnie udanych ludzi w naszym kraju. Tu będę musiał się puścić na daleko idące hipotezy, których podstawy przekraczać będą znacznie moją kompetencję.

Istotą kompleksu niższości (węzłowiska upośledzenia) jest54 pewne podświadome niezadowolenie ze swojego położenia czy stanowiska w świecie i ze stosunku otoczenia, które zdaje się być zbyt obojętne czy negatywne wobec rzekomych wartości i czynów danego osobnika. Zaznaczyć trzeba, że odbywa się ta ocena często w głęboko podświadomych warstwach i nikt by często nie poznał w danym, pozornie zadowolonym z siebie, osobniku kogoś ciężko psychicznie zranionego swoim nieodpowiednim położeniem w układzie, w którym los żyć mu kazał. A jednak nieświadome ognisko złych myśli promieniuje swą ciemną emanacją, zmieniając różne reakcje na rzeczywistość do tego stopnia, że dana ofiara kompleksu często by się nie przyznała do swoich własnych, niezauważonych zwykle, drobnych postępków, do ich istotnego kierunku i intencji, gdyby mogła widzieć cały mechanizm swego wewnętrznego stawania się. Tak więc dwie są drogi wyjścia z fatalnego położenia stworzonego przez węzłowisko upośledzenia, o ile nie nastąpi zupełna równowaga między pragnieniami a rzeczywistością, marzeniem a jego spełnieniem, równowaga kompromisu i ugody, normalnego półzadowoleńka wydzielonym kęskiem istnienia i nasycenia własną osobowością, które jednak stanowi większą część ludzkiego bytu, miąższ wegetatywny społeczności, na której inne, obce jej pozornie wyrastają osobniki, uczucia i myśli; dwie są drogi: jedna droga — rzeczywistości — wiedzie przez realny trud do czynów usprawiedliwiających, choćby w męce, istnienie danego stworu na tej ziemi i w świecie całym i pozwala mu pozostawić za sobą, jako ślad jego bytu, wartościowe dla niego samego i dla innych, pośrednio lub bezpośrednio, twory; druga droga, droga nieprawdziwego napuszenia urojoną wielkością, którą na pewien czas nawet innych zamamić można, wiedzie przez kraj brzydkiej i małej fikcji do niesławnego końca, który można by przyrównać do rozprucia pustego, nadętego śmiesznie balonu.

Ale często zdemaskowanie nie następuje równo z końcem danego napuszonego na sztuczną wielkość osobnika. Czasem on sam przez innych systematycznie podbechtywany uwierzy w swą ważność z taką siłą, że do końca życia w jej poczuciu dotrwa, a nawet długo po śmierci błąka się między ludźmi jego wydęty ponad wszelką miarę majak — balon, zanim sąd nadeszłych, nieomamionych pokoleń, sąd historii już powoli dech sztuczny z niego wypuści, okazując jego nicość i wewnętrzną pustkę. Nie mówię o wypadkach przeciwnych: rozpoznania ważności tych, których za życia za nieważnych w nieświadomości swej i głupocie uważaliśmy, bo jest to wprost codzienny banał, nieomal od najdawniejszych dziejów ludzkości. Nie idzie mi tu o te wielkie społeczne przejawy owej złudy, tylko raczej o ten codzienny jad małych zdarzeń tego typu, przejawiający się w małych duszach, niezdolnych nawet do wielkich kłamstw i zakłamań. On to bowiem stwarza atmosferę ogólną danej grupy, miasta czy społeczeństwa całego, na której dopiero inne bakcyle potężniejszych i straszniejszych chorób się zahodowują55.

Jest jasne, że pewna część tzw. „ludzisków” musi na tę chorobę chorować. Możliwe, że wszyscy w mniejszym lub większym stopniu natężenia i utajenia ją mamy. Ale na czym polega, że nasz właśnie kraj nieszczęśliwy, którego cała historia zda się być jedną wielką potworną omyłką, cierpieć zda się właśnie najbardziej ze wszystkich, o ile mi się zdaje, krain naszego globu?56 Czemu przeciętnemu, a nawet, co najgorsze, wybitnemu osobnikowi naszej nacji zda się bardziej wprost zależeć, by się wydać czymś wydatnym niż być nim w istocie? Czemu nam właśnie wystarcza złuda naszej ważności wobec nas samych, a nade wszystko wobec innych, samo napuszenie się na wartość, sam blichtr dostojeństwa zewnętrzny niż sama ważność owa jako taka, sama wartość istotna, samo wewnętrzne dostojeństwo, oparte o rzeczywistość, a nie pozór spełnionych czynów? Nigdzie, zda się, ani w historii, ani w chwili obecnej nie nastąpiło ani nie następuje takie przemieszczenie i zwichnięcie wartości, jak w naszym nieszczęsnym narodzie57. Czy większa część nieszczęść, które naród ów sam na siebie w ciągu dziejów sprowadził, nie na tym mechanizmie utajonym każdej poszczególnej duszy się zasadza? Bo nie brak nam wielkich danych i wielkich talentów, zdolności i możliwości — tego bezsprzecznie odmówić nam nie można. I gdybyśmy inne cechy charakteru, konieczne dla realnej twórczości, posiadali — cuda wprost przy tamtych danych osiągnąć byśmy mogli. Ale unosi nas łatwa w pewnych warunkach do spełnienia żądza chwilowego, a nie dalekodystansowego świecenia blaskiem gwiazd pierwszej wielkości i dlatego stwarzamy raczej sztuczne, zwodniczym światłem błyszczące niby-gwiazdy, a w istocie tanie rakiety, które tylko pewien czas prawdziwe gwiazdy udawać mogą, a potem gasną bez śladu, nie zostawiając nawet trwalszej świetlistej smugi po swoim przejściu. A przekleństwem atmosfery kraju, w którym przewagę ma napuszenie nad ważnością samą, jest to, że gdy się zjawi wreszcie prawdziwie ważny ktoś, to materiału dla twórczości wedle swego wymiaru i potęgi nie znajduje i sam przez to zmarnieć musi. I czyż nie jest pełną przykładów takich, zmarnowanej ludzkiej potęgi, historia nasza?

Ja historię znam zbyt mało, aby się tutaj w zbyt uczone dysertacje wdawać. Ale gdy czytałem kiedyś dzieje nasze, to wprost aż wyłem z oburzenia i rozpaczy i mimo woli pięści zaciskałem z wściekłości, że podobne rzeczy dziać się mogły i że naród tak wielkimi możliwościami wewnętrznymi i zewnętrznymi rozporządzający tak mało istotnego zdziałał i stworzył, a wszystkich prawie swoich, rzadkich zresztą, prawdziwie wielkich mężów — przez brak podtrzymania ich, a tępy zasię opór przeciw ich wielkości i hojnej dla innych potędze — zmarnował i mówiąc dalej tym trochę napuszonym stylem, zgnoił58. I tak było aż do czasów ostatnich i coraz rzadziej widzieliśmy prawdziwą wielkość między nami. Bo nie chodzi tylko o wielkość danych osobników, tylko o to też, jak ta wielkość całość bytu ludzkiego w danym społeczeństwie na wyższe szczeble podnosi59. Zaraz na ten temat pewną teoryjkę przedstawię, opierając się na doskonałej książce panów Moreta i Davy’ego: Des clans aux empires (Od klanów do imperiów). L’Evolution de l’humanité. Synthèse collective. La Renaissance du livre.

Znaczenie indywiduum w rozwoju społecznym i tragedia upośledzonych

Wspomniani panowie: Moret60 i Davy61, opisują w niezwykle ciekawy sposób tajemniczy wysoce proces powstawania zaczątków indywidualnej władzy w pierwotnym, prawie zupełnie komunistycznym klanie. Taki pierwszy zalążek władcy, jaki widzimy w formie australijskiego klanowego „alatunji” (magika), jest postacią dość nieokreśloną. Według Frazera62 (którego znam Golden Bough63) wszystko zaczyna się od publicznego czarodzieja; wiadomo, że magia jest najpierwotniejszą formą religii, odnoszącą się do potęg prawie jeszcze nieosobowych. Według mnie u podstawy ich leży cała „reszta” istnienia, czyli wszystko to, co nie jest „mną”, czemu ja się w pewnym sensie przeciwstawiam. Zaznaczę mimochodem, że jestem przeciwnikiem sprowadzania uczuć religijnych do uczuć życiowych, jak to czynił w swych Wierzeniach religijnych Bronisław Malinowski64. Jest to stanowisko tzw. naukowe (dla mnie „pseudo”), które polega na tym, aby nie implikować zaraz u podstawy badań jakiejś mniej lub więcej określonej metafizyki, a właściwie ontologii. Ale czasem to właśnie niby-naukowe stanowisko prowadzi prostą drogą do stworzenia najbardziej jadowitej, bo fałszywej w dodatku, metafizyki, czego najdoskonalszy przykład widzimy w tragikomedii materializmu, podjętej dziś na nowo na wielką skalę w trochę zmienionej postaci przez tzw. „Wiener Kreis”, szkołę filozofów wiedeńskich65.

Prócz tego w każdym kraju znajduje się pewna ilość mniej lub więcej inteligentnych materialistów pseudonaukowców, których kierunek wiedeński sobie akaparuje, stwarzając filie po świecie całym. Jak to we wszystkich moich pismach starałem się udowodnić66, jakaś metafizyka, w znaczeniu Ontologii Ogólnej, jest konieczna — chodzi tylko o to, jaka. Otóż udowodniona jest chyba dostatecznie niesamowystarczalność poglądu fizykalnego (ostatnia transformacja materializmu na nim się opiera) w opisie całości świata. Pogląd ten tkwi korzeniami w poglądzie życiowym, w którym również tkwi cała problematyka filozoficzna. Pogląd fizykalny jest częścią poglądu życiowego, odpowiednio przetransformowaną i rozwiniętą. Przy pomocy tego poglądu, wbrew twierdzeniom wiedeńczyków i innych mniej perfidnych gatunków materialistów, twierdzeniom opartym w ostatecznej instancji na niespełnialnych obietnicach wyników przyszłych eksperymentów67, nie możemy absolutnie wyjaśnić istnienia zindywidualizowanej materii żywej, żrącej, przetwarzającej „materię martwą” na żywą, rozmnażającej się i regenerującej się, a nade wszystko nie możemy wyjaśnić istnienia czuć (a dalej myśli). Raczej jest częściowo prawdziwe psychologistyczne (poglądy Berkeleya68, Macha69, Avenariusa70 i najdoskonalszy, najkonsekwentniejszy pogląd Corneliusa, też mimo wszystko niesamowystarczalny — bo co robić z wielością jedności osobowości i takością, a nie innością świata?) sprowadzenie całego poglądu fizykalnego do danych „psychicznych” i wyrażenie go w terminach tych „bezpośrednio danych” (oj, dana, dana, ty moja bezpośrednio dana!), tj. części naszych przeżyć — jakości prostych: dotyków wewnętrznych (czuć organów i mięśni), zewnętrznych, barw, dźwięków, zapachów i smaków — bo z tych ostatecznie elementów, plus wspomnienia i wyobrażenia, ujętych w zespoły, czyli kompleksy, składają się ostatecznie tak nasze najsubtelniejsze uczucia, jak i najbardziej wzniosłe czy abstrakcyjne myśli, poza ich utrwaleniem w odpowiednich znakach. Ale tam, gdzie dla mnie jest „kupa jakości”, tam jest pani X sama dla siebie jako taka, rozciągła, cielesna, i na to nie ma rady, i tu zaczyna się właśnie monadyzm; bo czymże jest tzw. „materia martwa”, jeśli nie zbiorowiskiem takich bytów samych dla siebie (cielesnych jaźni), jeśli w ogóle realnie trwa, a nie jest majakiem idealistów, cudownie dla jedności świadomości skonstruowanym „intencjonalnym korelatem” ich „intencjonalnych przeżyć”? Fu — do czorta! Podobnym do błędu materialistów i psychologistów jest błąd antymetafizycznych antropologów, etnologów i socjologów, chcących z niczego zrobić coś i ze strachu, miłości i głodu, tych uczuć fundamentalnych „życiowych”, tylko w jakichś niesamowitych natężeniach, stworzyć nowy wymiar: magiczny, a dalej religijny przeżywania, będący podstawą dalszej transformacji w pojęcia: „mana71 totemicznych konstrukcji i innych wyższych kultów, aż do czci jednego Boga. Otóż nie, największe natężenie głodu i strachu (zwykłego, tzn. przed określonym niebezpieczeństwem) nie potrafi stworzyć zupełnie nowego wymiaru religijnego przeżywania. Wymiar ten stwarza się w erotyzmie, bo tam wchodzi już w grę dziwność innego, podobnego stworzenia i zupełnie specyficzny do dziwności tej stosunek chwilowy, nietrwający ciągle i stale. Można by to samo powiedzieć o głodzie; ale tu jest przepaść, bo w miłości występuje kwestia drugiej „jaźni”, co zawiera już w sobie pewien element tajemniczości, podobnie jak sam fakt przeciwstawienia się cielesnego „ja” temu, co nim nie jest i którego częściami są inne, podobne temu „ja” stwory. Czyli w samym fakcie istnienia ograniczonego stworu żywego jest pewna tajemniczość jego dla niego samego, a także tajemniczość otaczającego świata, niebędącego nim, a wypełnionego podobnymi stworami. Bez tej „metafizyki” koniecznej — raczej prymitywnej, koniecznej ontologii za metafizykę w złym znaczeniu tego słowa uznanej, bo metafizyka72 znaczy tylko to, czego w terminach czystego poglądu fizykalnego opisać absolutnie nie możemy (a więc psychologia i biologia wraz z anatomią, fizjologią, a dalej z paleontologią i historią wszystkich żywych stworzeń i ludzkiego rodzaju, a dalej socjologia) — nie da się stworzyć specyficznych uczuć religijnych jako zlepków z dobrze znanych z najcodzienniejszego przebiegu codziennego dnia uczuć życiowych. Wtedy, gdy to staramy się zrobić (a nie wtedy, gdy wpadamy w „metafizykę” pozornie, według naukowców typu materialistycznego i pochodnych), deformując rzeczywistość, fałszujemy ją właśnie gruntownie pod pozorem twierdzenia, że nie można dzikiemu Arunta73 czy Kuakiutl74 imputować naszego, opartego na długowiecznej kulturze światopoglądu. Zaprzeczamy wtedy temu podstawowemu faktowi, że istnienie (IP) (żywego stworu) jest przeciwstawieniem się jego całej strasznej i tajemniczej w najwyższym stopniu dookolnej rzeczywistości, że jest to fakt pierwotny, którego pewnego rodzaju zrozumienie wymaga minimum świadomości refleksyjnej, jaką już w wysokim stopniu przez mowę obdarzone są ludy najpierwotniejsze; a tkwi dalej po prostu w fakcie jeszcze pierwotniejszym: koniecznego ograniczenia każdego stworu w nieskończonym świecie i niepojętości zasadniczej dla niego samego tak istnienia jego samego, jak i tego świata.

Nie biorąc tego stanu rzeczy pod uwagę, tylko rozpatrując uczucia religijne i ich wytwory jedynie jako pewną fantazję z punktu widzenia oddziwnionego kompletnie codziennego poglądu życiowego najpospolitszego naszego cywilizowanego człowieka prymitywnego (np. zmechanizowanego robotnika, urzędnika albo behawiorysty), wtedy dopiero fałszujemy kompletnie i beznadziejnie stan rzeczy, który opisać mamy.

Dlaczego zaś pierwotny człowiek wybiera zwierzęta i rośliny jako pierwsze pochodne uosobienia nieokreślonego, bezosobowego „mana”, będącego według mnie pierwotnie całym dookolnym światem, wydaje mi się znajdować objaśnienie w tym stanie rzeczy, że stwory te, wykazując pewne analogie do jego własnej osoby i jego jednogatunkowców, posiadają, poza pewną określoną indywidualnością osobową, właśnie pewną dziwność i odrębność, która nadaje się najlepiej do symbolizowania tajemniczych potęg opiekuńczych lub złowrogich, w każdym razie tajemniczych (bo pochodnych od samej Wielkiej Tajemnicy) przestrzeni otaczających Istnienia w całości. Ciekawe jest — zaobserwowałem fakt ten w muzeach australijskich, nieporównanych jako bogactwo etnograficznego materiału — że u dzikich o większej stosunkowo kulturze, wyobrażających w drzewie i kamieniu swoje bóstwa, twarze tych ostatnich stanowią zupełne przeciwieństwo typu posiadanego przez ich twórców. To samo daje się zauważyć w rzeźbach murzyńskich.

Ale dość tej dygresji — wróćmy do pierwotnego klanu totemicznego jako organizacji społecznej.

W najpierwotniejszej formie swej jest to społeczeństwo bardzo ograniczone (przeważnie najwyższymi jednostkami są dwie fratrie, podzielone na pewną ilość klanów — wyższe skupienia tworzą się dopiero przy już bardziej rozwiniętej i skonsolidowanej władzy) co do ilości członków, żyjące prawie że w komunistycznej wspólnocie wszystkich dóbr, pierwotnie o macierzystym dziedziczeniu nazw, totemów75, odznak. Potem dopiero, w miarę osiedlania się koczowników i przejścia w wyższy stan kultury rolniczej, następuje zmiana macierzystego dziedziczenia na ojcowskie.

Zauważyć trzeba, że pierwotni dzicy nie mają pojęcia, że stosunki płciowe wywołują zapłodnienie kobiet, i wierzą, że wszyscy pochodzą wprost od totemu klanu, który bezpośrednio (przy przejściu np. niedaleko niego) zstępuje na swoją oblubienicę. U wielu dzikich ojciec żyje w chałupie żony swej jedynie jako partner płciowy, niańka swych dzieci (o których nie wie, że od niego pochodzą) i robotnik domowy i leśny (myśliwy), a rządzi rodziną brat jego żony, uważany za istotnego tej rodziny władcę, będący u siebie w domu takimże niepozornym faktotum76.

Ale nie o to chodzi. Główną sprawą, która nas tu zajmuje, jest fakt, że totemiczny klan komunistyczny w dalszym swym rozwoju wytwarza jednostkową, indywidualną władzę, aby — najwyraźniej — móc rozwijać się dalej i pozwolić członkom swym osiągnąć wyższy stopień kultury. Dzieje się to tak automatycznie, instynktowo, a nie programowo oczywiście, jak wszelkie cuda instynktu u owadów, opisywane przez Fabre’a77. Wygląda na to, że życie społeczne o pewnym stopniu kultury, a nade wszystko związana z tym stopniem mowa, w związku z rozwojem kory mózgowej (ośrodków asocjacyjnych), co jest podstawą poprzednich zjawisk i wzbogaceniem na tym tle życia psychicznego, wymusza dalszy rozwój w pewnym kierunku, który może dalej polegać na podniesieniu kultury duchowej i niesłychanym, w stosunku do pierwotnych warunków, podniesieniu stopy życia pewnych członków tego społeczeństwa, raczej całych klas, na niekorzyść innych; te inne traktowane są przez demona gatunku raczej jako pewnego rodzaju gatunkowa gleba, na której rosną dopiero rzadkie okazy wybitnych indywiduów, prowadzących całość danej grupy ku wyższym jeszcze stopniom kultury i wyższym przeznaczeniom. Natrafiamy tu też na jakieś prawo „transcendentalne”, absolutne, które widać musi rządzić wszelkimi możliwymi zjawiskami społecznymi w całym wszechświecie; prawo rozpuszczania się — w znaczeniu roztworu — wielkich ludzi w masie ludzkości, która rosnąc przez to w potęgę, utrudnia pojawianie się nowych wielkich indywidualności aż do zupełnego ich zaniku i zaniku indywidualnej twórczości.

Nie będę tu wchodził w szczegóły rozwoju indywidualnej władzy, tak świetnie przedstawione w książce Moreta i Davy’ego (warto by ją przetłumaczyć na polski zamiast tuzina np. jakichś obskurnych powieścideł, służących tylko do jeszcze większego zaklajstrowania i zagwazdrania mózgów naszej z dnia na dzień spadającej w umysłowej kulturze publiki). Ograniczę się tylko do paru słów.

Z tego, co różni ludzie piszą, widać, że powstawanie indywidualnej władzy nie jest procesem tak bardzo jednoznacznie dla wszystkich wyklarowanym. Są duże dywergencje zdań co do ważności różnych czynników tego procesu; jedno widać jasno, że proces ten jest złożony i że różne czynniki skupiają jakby swe wysiłki, aby władzę tę ukonstytuować. Jest to melanż społeczno-religijny, przy czym robi wrażenie — o ile można puścić się na nic niewyjaśniające zresztą skrótowe hipostazy — jakoby „demon gatunku”, chcący go podnieść na wyższy stopień (prawo ewolucji jest jednak faktem — jest to integralny element samego istnienia indywiduum i gatunku), zużytkowywał poczucie Tajemnicy Istnienia dla celów organizacyjno-społeczno-kulturalnych i przy pomocy sankcji magiczno-religijnych umacniał władzę wybitnej jednostki, która to władza ma źródło swe w istnieniu rodziny rządzonej ostatecznie zawsze przez kogoś, a nie stanowiącej bezstrukturalną masę. Tak jak coś jest w nas, co pcha nas do zakreślenia pewnej — stałej w pewnych granicach dla wszystkich — linii rozwojowej, która jest istnieniem naszym, tak samo jest coś takiego w gatunku. Takie pojęcia jak „elan vital” Bergsona78, wprowadzone jako ogólne skróty dla pewnych faktów, mogą być przyjęte na końcu danego systemu wykazującego konieczność danego stanu rzeczy przy pomocy innych pojęć; umieszczone na początku, jako niby pierwotne pojęcia hipostazyjne (lepiej niż hipostatyczne), nie wyjaśniają nic, tylko uwalniają — na tle powierzchownego (jak w wierze jakiejś dogmatycznej) uspokojenia — od dalszego badania ich źródeł w głębszych koniecznościach samego faktu istnienia żywego stworu, w wielościach indywiduów tego samego gatunku wśród „materii martwej”.

Specjalnie interesuje mnie tu nie skład tego cocktailu organizacyjno-religijnego, stanowiącego pierwszy stopień władzy, z którego ona, jakoś jeszcze odrętwiała i niemrawa, nie może ruszyć ku dalszej konsolidacji, ile stopień dalszy, którego warunki stwarza znów demon gatunku (skrótowo-zastępcze wyrażenie antyhipostazyjne) przez instytucję zwaną „potlatsch7980. Robi to znowu wrażenie, jakby wyrwanie komunistycznego totemicznego klanu z jego samozadowolonego marazmu przy pomocy środków sankcyjno-religijnych nie doprowadziło do pożądanego rezultatu w kwestii uintensywnienia rozwoju. Wszystkie dane są: skrawek kory mózgowej w pysznym gatunku gotowy; jest prymitywna, niezbyt bogata może w osobne słowa dla podobnych rzeczy mowa; są zaczątki kultury materialnej (narzędziowej), mogącej rozwinąć się daleko; jest ogień; jest wiara, która nadaje już władzy nimb metafizyczny, a klan nie rusza się w dalszą drogę. A tu stworzywszy to wszystko, trzeba wyzyskać warunki do stworzenia wyższych wartości81 — wszak (ohydne słowo, a tu muszę go użyć) żyje się tylko raz: gatunkowo i indywidualnie tak samo. Raz pewno tylko na całą wieczność powstały takie akurat wymoczki, płazy i ssaki, no i my też. „A nuże” — jak dziwnie krzyczały makbetańskie czarownice — trzeba wykorzystać ten niepojęty cud istnienia jak najpełniej i najpotężniej; gatunek — ma się wrażenie — „myśli” zupełnie tak jak indywiduum: oczywiście „myśli” tak sumą indywiduów, z których się składa.

Poza płciowymi przeżyciami samce nie są bardzo zdolne do rywalizacji, wolą zasadniczo byt spokojny i zrównoważony. A tu tylko ostra rywalizacja może wykrzesać coś nowego z zasypiających w wygodzie tych właśnie, w których tląca się potencjalnie, a odpowiednio rozdmuchana wyższość nad innymi może pchnąć całą grupę na wyższe tory przeznaczeń. Nie będę wdawał się tu w detale tak świetnie opisane w cytowanej książce francuskiej. Z pół religijnych, pół na ekonomicznej podstawie82 opartych świadczeń w naturze między grupami organizacyjnymi wytwarza się powoli owa ciekawa instytucja indywidualnego „potlatschu”, jakby pewnego rodzaju pojedynku bez broni, w którym chodzi o to, aby zaćmić w jakikolwiek sposób przeciwnika, wywyższyć się ponad swe otoczenie i następnie (i to mi się wydaje istotne, jakkolwiek nie jest zaakcentowane u wspomnianych autorów) dociągać całą grupę do swojego podwyższonego poziomu. Tu jest istota społecznego znaczenia „potlatschu” i wynikającej z niego wszelkiej władzy. Wydaje się, jakby sam klan komunistyczny nie był w stanie wydźwignąć się z danego niskiego [w] stosunku do możliwości tkwiących w korach mózgowych jego członków [poziomu] na wyższe poziomy kultury, na wyższy, potencjalnie już jakby istniejący jej szczebel. Musi powstać władca posiadający specjalne właściwości, przewyższający całe otoczenie siłą fizyczną, odwagą, inteligencją i zdolnością narzucenia swojej woli innym, musi wziąć klan za mordę i przez tresurę całej grupy, którą będzie starał się dociągnąć do swojego standardu (czyli wzorca?), rozpuści w niej tę siłę swoją jak cukier w ciepłej wodzie, uczyni własnością wszystkich, podwyższając natężenie duchowe, a przez to i materialną kulturę całego otoczenia. Wydaje mi się, że przebieg historii jest taki, że do pewnego punktu obie wielkości: natężenie indywiduum władającego (względnie jego najbliższego otoczenia i tych, między których ono rozdziela swą władzę) i natężenie całości społeczeństwa utrzymuje się w pewnej równowadze, przy czym następuje powolny podział na kasty, a dalej na klasy. Władca nie rozpuszcza się w swej potędze równomiernie między wszystkich i stwarza (również prawdopodobnie dla celów doraźnych, a w gruncie rzeczy instynktowo dla celów dalekodystansowych, gatunkowych) nierówności społeczne i różne napięcia społecznego potencjału wewnątrz grupy, która też przez to w całości wzmaga swój potencjał ogólny i swoją twórczość we wszystkich dziedzinach. Do tego przyczyniają się wojny, ten „potlatsch” międzygrupowy, a dalej międzynarodowy. Po pewnym czasie występują objawy pewnego skostnienia tego ustroju; klasy rządzące przez ciągłe łączenie się między sobą degenerują się (prawo „egzogamii” nie jest w tym wypadku — na tle kwestii dziedziczenia dóbr i honorów — zachowane), a jednocześnie następuje coraz większe rozprzestrzenienie się i równomierniejsze rozłożenie dóbr duchowych między całą grupę („naród”), przy jednoczesnej nierównomiemości materialnej. Następuje przeganianie się klas w pewnego rodzaju wyścigu i ostatecznie dawna struktura — na skutek samouświadomienia się i potęgi klas dorabiających się takiej, że aż przerastającej potęgę indywiduum w ogóle (a specjalnie rządzącego osobnika i jego najbliższej klasy: „podpór tronu”) — rozpada się i następna klasa (dorabiająca się) dostaje władzę w swoje ręce. Po czym następuje okres „kłamliwy”, zdaje się też konieczny, tzw. demokracji, czyli panowania kapitału. Początkowo kapitał tworzy nowe wartości kulturalne, przez swą koncentrację koncentrując organizację mas, po czym zaczyna się zmieniać w pasożytującego na ludzkości nowotwora, grzebiącego większą część jej w swoich konstrukcjach i zużytkowującego cynicznie dla swych celów (zysku) dawne pozytywne nigdyś i twórcze uczucia narodowe w postaci wojen. Międzynarodowej organizacji kapitału przeciwstawia się międzynarodowa organizacja robotnicza (czasowo też u początku swego istnienia na małych odcinkach kompromisowa organizacja faszystowska), po czym kapitał prywatny zostaje usunięty na korzyść samorządzącego się państwa pracy, obejmującego całą ludzkość i organizującego racjonalną (w przeciwieństwie do dzikiej, dla zysku) wytwórczość i rozdział dóbr.

Cóż się dzieje w tym przewrocie z indywiduami władczymi, z typami dawnych władców? Następuje kompletna transformacja władcy rozpuszczającego mimo woli potęgę swą wśród mas na władcę-sługę klas dorabiających się: początkowo trzeciego, a potem czwartego stanu83.

Zdaje się, że ten proces jest nieunikniony i jeśli kultura wyższa ma być na jakiejś planecie, wśród jakichś (IPN), (żywych stworów)84 operujących mową, osiągnięta, to musi to odbywać się mniej więcej w taki sam sposób, jak u nas.

Od razu nie można osiągnąć i wyższej kultury, i ogólnego szczęścia: najpierw jedno, poprzez męki uciśnionych — musi być ludzka miazga, na której wyrastają pyszne kwiaty wielkich indywiduów-obdarzycieli całości, a potem dopiero drugie, na tle samouświadomienia się masy i już innego gatunku zaprzężenia wielkich indywiduów (ale już innego typu) do świadomej pracy dla dobra całej ludzkości.

Nie jestem tutaj jakimś „rzecznikiem wstecznictwa”: przeciwnie, mam najradykalniejsze przekonania społeczne (można by to nazwać pewną formą nie falansterowego, broń Boże, socjalizmu85) — chodzi mi tylko o to, czy może być zasadniczo inny przebieg procesu wytworzenia idealnego szczęścia na ziemi, tj. braku nędzy i nierówności dóbr przy jednoczesnym wysokim kulturalnym poziomie; przychodzę do wniosku, że nie. Jest to, zdaje się, tragedia wszelkich gatunków (IPN) we wszechświecie. Chodzi tylko o to, aby kłamliwy — pozornie dający równy start dla wszystkich, a w gruncie rzeczy implikujący najohydniejsze niewolnictwo — okres fałszywej, zakłamanej demokracji trwał jak najkrócej. Niestety, nie możemy przetelegrafować naszych zdobyczy na księżyc Jowisza, gdzie może tworzy się właśnie jakaś ludzkość w postaci odpowiadającej naszej Rewolucji Francuskiej. Ba (jak to mówią i piszą niektórzy), sami dla siebie nie umiemy wyprowadzić najprostszych wniosków z naszej własnej historii. Zamiast rewolucji od góry, która mogłaby dać szczęście milionom, bez żadnego rozlewu krwi, przy pomocy jednego dekretu podpisanego przez uświadomionego co do obowiązków swych władcę, co chwila widzimy wyrzucanych gwałtem władców tych, którzy z dziwnym uporem trzymali się beznadziejnie swych fikcji, oraz walkę klas, która jest widać złem koniecznym, nie do uniknięcia na tym tzw. „padole”.

Chodziłoby o to, aby zmądrzały nareszcie klasy rządzące tam, gdzie nie zostały jeszcze zmienione przez władców innego typu, pochodzących z zupełnie innych warstw społecznych i psychicznych — to najważniejsze — i zaczęły robić rewolucję od góry, póki czas. Mając w swym ręku skondensowaną już władzę, nie potrzebując z trudem jej zdobywać, jest to po prostu igraszką: parę dekretów i koniec. Ale przekleństwem ludzi władających tego typu jest to, że muszą być — po niepotrzebnym wylaniu rzek krwi, cofnięciu kultury, zniszczeniu tzw. kulturalnego dorobku — na zbity łeb wylani, choć mogliby być błogosławionymi po wieczność dobroczyńcami ludzkości. Mieć władzę i nie użyć jej dla dobra większej części społeczeństwa, i popierać międzynarodową bandę wyzyskiwaczy i maniaków siły kapitału dla jego siły — jest mimowolną czasem, ale jednak zbrodnią. Ale rewolucja od góry jest widać niespełnialną utopią, bo mężowie stanu są to przede wszystkim ludzie nieumiejący wyciągać wniosków z przeszłości na przyszłość, niedbający o dobro ogółu w szerokim znaczeniu tego słowa i jeśli nie dbający o wartości osobiste, jakie daje władza, to w każdym razie zapatrzeni w jakieś fikcyjne prestiże, wielkomocarstwowe imperializmy i niewidzący tego, że ziemia pali się im pod nogami. „A nuż za mojego życia nie trzeba będzie zrezygnować”, tak sobie myśli każdy albo z powodów ogólnoideowych, albo osobistych. Ale te elementy splatają się czasem w nierozdzielną całość, a u „niemytych dusz” łatwo jest bardzo o wszelkie podstawienia, mniej lub więcej wygodne. Utożsamić się z ideą, „jedząc langustę w cylindrze”86 (tzn. mając samemu cylinder na głowie, a nie to, że niby sama langusta itd. — nie warto gadać, jak mówił pewien stary hrabia), jest bardzo łatwo; trudniej jest uczynić to siedząc w smrodliwym więzieniu i będąc zjadanym przez robactwo i bitym systematycznie po mordzie: są idee wygodne i niewygodne. Uświadomić sobie niewygodną ideę i wprowadzić ją w czyn jest bohaterstwem. Mało jest bohaterów na czołowych stanowiskach kuli ziemskiej: są albo szczerzy stronnicy ginącego świata w imię przebrzmiałych w istocie dawno już fikcji, albo cynicy. Fikcje te zdają się być potrzebne tylko jeszcze jedynie przedstawicielom gnijącego nowotworu — kapitału, dla ich potwornych przedśmiertno-drgawkowych machinacji87. Trudno — rewolucja od góry jest widać beznadziejną utopią, a podburzanie i rewoltowanie rządzącej elity — co tu na małą niezmiernie skalę robię — pracą beznadziejną i niewdzięczną.

Jeśli tylko wyjątkowi ludzie mogą świadomie zmniejszyć materialny standard swego życia na rzecz innych ludzi lub jakichś wartości duchowych, trudno wymagać tego od osobników rekrutujących się przeważnie z klas, którym zależy na jak najdłuższym przynajmniej utrzymaniu status quo ante, lub też będących dorobkiewiczami, arywistami z klas niższych.

Niezaprzeczalnym faktem historycznym, dotąd ważnym na naszej planecie (ale zdaje się, że i wszędzie nieuniknionym — przynajmniej inna droga osiągnięcia pewnych wartości jest niewyobrażalna), zdaje się być konieczność epoki, w której tworzą się wielkie organizmy państwowe, oparte na władzy jednostki lub nielicznej grupy najbliższego jej otoczenia i na nierówności, na hierarchii klas, przy czym najniższe klasy zmuszone są wieść żywot względnie nędzny, nie mogąc sobie nawet uświadomić w tych warunkach bezcennej wartości samego faktu istnienia w związku z olbrzymią przewagą ujemnych przeżyć: po prostu i niedelikatnie mówiąc, życie ich jest torturą. Ten stan rzeczy, potworny i ohydny w swej istocie — jeśli staniemy na punkcie widzenia istotnej zasadniczej równości potencjalnej wszystkich członków naszego gatunku (a świadczy o tym wybijanie się wyjątkowych osobistości z klas najniższych przy odpowiednich warunkach) — jest widać, na nieszczęście, konieczny dla stworzenia podwalin kultury i materialnej, i duchowej, na której podstawie dopiero, przy ukróceniu jednostki przez organizującą się masę, świadomą już swych dróg i możliwych osiągnięć w przyszłości, może powstać możliwość ogólnego szczęścia i sprawiedliwości, przy zachowaniu zdobytej już kultury — ale za cenę pewnego zmniejszenia natężenia porywu indywidualnej twórczości. Czymś trzeba za to zapłacić — to trudno. Asceta za swą wewnętrzną doskonałość płaci wyrzeczeniem się bogactwa przeżyć i użycia — musi zapłacić i ludzkość, z tym trzeba się pogodzić. Jeszcze przed wojną, w r. 1912 i [19]13, doszedłem do wniosku, że za cenę doskonałości uspołecznienia ludzkość musi zapłacić: a) końcem religii (i tak zresztą w naturalny sposób kończącej swą rolę długowiecznej wychowawczyni ludzkości) jako „pierwszego metafizycznego przybliżenia”88, b) samobójstwem filozofii — w postaci negatywnego raczej (ograniczającego granicę Tajemnicy, implikowanej przez niemożność zdefiniowania wszystkich pojęć systemu i konieczność przyjęcia pojęć pierwotnych) co do swych wyników systemu ogólnego, do którego zdążamy i który połączy pozorne sprzeczności, implikowane przez istnienie w każdym ujęciu pojęciowym i c) upadkiem sztuki, która wyczerpawszy przedwcześnie wszystkie środki działania, musi skończyć się albo w powtarzaniu tego, co było, albo w zupełnej perwersji, obłędzie i dezorganizacji swych form konstrukcyjnych. Oczywiście dawniej, zaledwie wychylając się ze swego arystokratyczno- (ale nie w hrabskim znaczeniu) -estetycznego światopoglądu, podszytego zwątpieniem filozoficznym na tle utknięcia w systemie Corneliusa, którego studiowałem od dziewiętnastego roku życia, byłem z wymienionych wyżej powodów w rozpaczy. Teraz, po wyrzeczeniu się sztuki i napisaniu mego główniaka (1917–1932), pogodziłem się z tym wszystkim jako z wielką koniecznością dziejową i sądzę, że tak powinni pogodzić się z tym wszyscy, a wtedy zapanuje raj na ziemi: niestety łatwiej byłoby to zrobić mnie niż np. Karolowi Rumuńskiemu. Trudno. Wyciekną tzw. morza krwi, kultura się cofnie, nic się już wartościowego w wymiarach tej walki po stronie tzw. „konserwy” nie stworzy — to jest „więcej niż pewne”, jak to mówią — a wyjdzie na to samo, gdyby bez tych wszystkich ujemnych stron tego procesu ktoś nacisnął guzik i jednym dekretem zmienił kurs całej historii świata. Ale ci, którzy mają w swych rękach napięcia społecznego na kwindecyliony parowych Aleksandrów Macedońskich, wolą tę siłę powoli zmarnować, aby zgniła im w ręku, wolą żyć poniżej samych siebie lub być sługami ginącego świata, gnijącego nowotworu, niż zużyć ją we właściwy sposób, choćby mieli przy tym sami pęknąć lub co najmniej zmniejszyć standard życia i osobistego napuszenia władzy na wzór dawnych tyranów.

Czy okres gnębienia warstw niższych i tworzenia kultury indywidualnej, z której potem korzystać może dalszy rozwój kultury kolektywnej, społecznej, jest absolutnie konieczny, nie moim zadaniem rozstrzygnąć tu definitywnie; w każdym razie konieczność ta wydaje się nieskończenie prawdopodobna.

Następuje powolne rozpuszczanie się wielkich ludzi w ludzkości i powolne wzrastanie siły klas tzw. niższych, przy czym następuje powolne również przemieszczanie się typu władcy, przy jednoczesnej jego transformacji, z jednej warstwy do drugiej. Przykładem niech będzie panowanie nad światem dzisiejszej finansjery, należącej do stanu trzeciego, który zwalił (raczej zaczął walić) świat wielkich mocarstw i „dobrze urodzonych” władców dawnego typu od Egiptu i Asyrii do Rewolucji Francuskiej. Dawni władcy, o ile się utrzymali za cenę kompromisu, grali i grają rolę błazeńskich, symbolicznych postaci, będących w gruncie rzeczy marionetkami w rękach istotnych rządców świata, podobnie jak narzędziami ich są idee narodowo-szowinistyczne, narzędziami koncentracji ich ponadnarodowej potęgi, mającej źródło w zysku bez względu na dobro i potrzeby reszty ludzkości. Dlatego skrajni, szczerzy narodowcy wszelkich gatunków89 należą dziś według mnie do omamionych: wydaje im się, że postępują według najszczytniejszych w ich mniemaniu idei, a tymczasem działalność ich jest tylko tajną funkcją jakichś zamaskowanych potęg kapitalistycznych, zużywających nacjonalizm dla ich bezproduktywnych i implikujących krzywdę milionów ludzi celów.

Chodzi mi w tej chwili o uwydatnienie różnicy pomiędzy Polską a innymi krajami kuli ziemskiej w tym czasie, kiedy się tworzyła nasza zachodnia kultura. Na mnie robi to takie wrażenie, jakbym na względnie czystej i pięknej twarzy oglądał jakiś ropiejący wrzód. Przestańmy rozdymać fikcyjne wielkości naszej przeszłości i wmawiać w siebie, żeśmy mieli wszystko, i sztukę, i naukę, i heretyków morowych, i filozofię, i technikę, i diabli wiedzą co, bo w gruncie rzeczy mieliśmy to przeważnie urządzone, a w każdym razie zapoczątkowane przez obcych. A co do osławionego indywidualizmu polskiego, którego rozwojowi nic na przeszkodzie (w wymiarach szlacheckich) nie stało, i „wzniosłych” (niby) instytucji poświęconych swobodzie, jak np. liberum veto (które podziwia komediancki prorok nigdy niespełnialnego snu o nadczłowieku-indywidualiście w tej właśnie epoce ludzkości), to właśnie całość tych instytucji (może dobra, gdyby się stosowała do wszystkich — ale na to trzeba znów większej kultury) i przedwczesny ten, a zarazem spóźniony indywidualizm, raczej nieodpowiednie rozłożenie jego wśród jego różnokulturalnych warstw szlacheckich, były przyczyną wszystkich naszych nieszczęść dawnych i obecnego niskiego pod każdym względem prawie poziomu naszego kraju.

Historia polska jest historią tragicznych i ohydnych (słabościowych) omyłek. Nie będę tu, nie mając odpowiedniego wykształcenia, wdawał się w ich krytykę. Pierwsza zasadnicza omyłka: przyjęcie chrześcijaństwa i w ogóle kultury z Zachodu, a nie od strony Bizancjum, było tym błędem inicjalnym, który zwichnął całą naszą historię i misję narodową, a wszystkie dalsze pomyłki są już jego prostą funkcją; ciągłe szarpanie się w połowiczności między istotnym przeznaczeniem a skutkami pierwszego potknięcia się, a do tego jeszcze pewne nasze wyłącznie specjalnostki, w szczególności zaś jedna, która jak tamten błąd niosący w sobie potencjalnie wszystkie klęski zawiera w sobie źródło zwichnięcia naszego charakteru narodowego, zahamowania swoistej kultury i wypaczenia tych właściwości duszy, które mogłyby być podstawą wielkich czynów społecznych i wielkiej twórczości: mam tu na myśli tego potwora, którego nikt w tych czasach nie spłodził, tylko my: szlachecką demokrację. Sama nazwa swą jakąś dziką, bezczelną sprzecznością budzi dreszcz wstrętu i obrzydzenia. „Jest to potwór, który raz się rodzi i nigdy lat swych nie dochodzi” — można powiedzieć o tej ohydnej hybrydzie instytucyjnej; rzeczywiście lat swych nie doszła, bo znudzone naszą ohydą państwa ościenne odebrały nam swobodę dalszego gnicia we własnym śmierdzącym sosie. Kara była w zupełności zasłużona, ale jakim sposobem stało się, że naród tak pod każdym względem uzdolniony mógł sprowadzić na siebie tak zasadniczo kłamliwą i niemrawą formę bytu, podczas gdy wszędzie gdzie indziej, mimo wszelkich wojen, zamieszania i chaosu, utrzymywała się w społeczeństwach hierarchiczna struktura wewnętrzna, po której powierzchni tylko przewalały się wszelkie zdarzenia, struktura pozwalająca na to, aby mimo całej „niespokojności czasów” kultura poszczególnych krajów prawie równomiernie rosła niemal aż do Rewolucji Francuskiej, markującej tak prawie zasadniczy etap rozwoju ludzkości, jak powstanie wielkiego państwa z totemicznego klanu. Jedynie równie ważnym zdarzeniem jest Rewolucja Rosyjska, ten na fantastycznie wielką skalę zrobiony eksperyment, markujący90 znowu początek końca kłamliwej ery demokracji i panowania kapitału91. My zrealizowaliśmy jakąś karykaturę demokracji wcześniej niż wszyscy — przecie Polak zawsze pierwszy! — i to stanowi naszą hańbę, coś, co zaprzecza istnieniu w nas zdrowego instynktu rasowego i społecznego. Brak wszelkiej struktury w naszej kulturze, przypadkowe przyjmowanie wszystkiego z zewnątrz, wspaniałe początki bez odpowiednich końców (ta kardynalna cecha najbardziej nawet wybitnych Polaków, podczas gdy każda krytyka potępiona jest jako tzw. „samoopluwanie się a la maniere russe”), brak wszelkiej oryginalności w wytwórczości naukowej, artystycznej i filozoficznej, przy kolosalnych danych na tę oryginalność (to jest najokropniejsze!), to wszystko przypisuję bałaganowi szlacheckiej demokracji, stwarzającej bagno chaosu i rozpad indywiduum bez dyscypliny wewnętrznej zamiast jego swobodnego rozwoju. Swobodę trzeba zdobyć — to jest kardynalne prawo ewolucji społecznej i indywidualnej, a do tego potrzebna jest dyscyplina.

O ile cały rozwój kultury w innych krajach zachodził wewnątrz ściśle zhierarchizowanej piramidy i przez to właśnie mógł posiadać wewnętrzną dyscyplinę na skutek rozłożenia ciśnień wewnątrz tej piramidy92, posiadającej określoną formę, to u nas piramida ta nie istniała prawie wcale: płynne instytucje, płynna przechodnia władza, chaos i rozpad. To jest właśnie ciekawe, że Zachód (a nawet Wschód, „barbarzyńska Rosja” — tam była jednak struktura, prymitywna i dzika, ale była — Piotr Wielki miał przynajmniej dobry materiał dla swej twórczości) wytrzymał tak potworny chaos wojen i walk religijnych, nie tracąc kulturalnej wysokości. Twierdzę, że było tak dlatego, że wśród spiętrzonych fal armii przelewających się z kraju do kraju rdzeń krain tych pozostał nietknięty; walczyli przeważnie królowie i panowie na czele najemnych wojsk — jądro danego kraju (w przeciwieństwie do dzisiejszych wojen wplątujących do czynnej postawy wszystkie warstwy narodu): chłop i mały burżuj pozostawali nietknięci. A przy tym ci, co walczyli, to nie była nadęta hołota, tylko prawdziwi, względnie rzadcy, rasowi panowie, którzy jednak swoją potęgą, siłą swych ambicji, pragnień, idei i przekonań wynosili też walczące pod ich dowództwem grupy na wyższy poziom życiowego natężenia. Wszystko to robione było z potęgą: był to jeszcze okres rozpuszczania się wielkich ludzi w tłumie i względnie słabej więźby społecznej, poza gniotem władców i ich wasali.

Oczywiście, jak piramida zaczęła gnić od góry, jak typy władców fizycznie i duchowo się zdegenerowały, jak klasa ich przestała wydawać naprawdę silne indywidualności, a karmiące się tylko siłą przodków wśród form i prerogatyw władzy, przerastających jej rzeczywistą wydajność w ich karlejących postaciach, piramida musiała zgnić i runąć i nowe czynniki musiały objąć kierownictwo twórczości życiowej i społecznej ludzkości. W każdym razie na Zachodzie, a później na Wschodzie, konflikt został doprowadzony do ostatnich granic dramatyczności i napięć sił działających. U nas, w ohydnej, gówniastej demokracji szlacheckiej, siły rozkładały się bez wielkich różnic potencjałów i napięć i dlatego wytworzył się ten ohydny kocioł społecznego, narodowego i indywidualnego niżu, to zagłębie psychicznego, społecznego i ideowego upadku, w które musiały wlać się sąsiednie, debordujące potęgą twórczą twory państwowe. Państwa (i ludzie też) nie lubią próżni dookoła: popuść no trochę „bliźniego”, a zaraz ci na mordę wlizie; cóż dopiero mówić o plemiennych czy narodowych albo sztucznie państwowych grupach ludzkich o wysokiej prężności i wynikającej z niej skłonności do ekspansji, na tle dawnej i głębokiej kultury, która jeszcze nie zaczęła się degrengolować93.

Jest faktem chyba pewnym, że Polska utrzymywała się we względnej równowadze i jakiej takiej twórczości, dopóki jeszcze były w niej ślady klasycznej struktury tych czasów (nazwijmy ją piramidalną), dopóki „piramidał” jej był względnie zachowany. Oczywiście — na tle specjalnego położenia geograficznego i stosunków etnicznych, w związku z popełnionym kardynalnym bykiem: przyjęcia kultury z Zachodu, na tle przeszłego okresu walk książąt dzielnicowych, co utrudniło tak przyszłą konsolidację — zachowanie tego „piramidału” było niezmiernie utrudnione, a trudności te spotęgowane były jeszcze cechami narodowymi, które wszyscy znamy. „Mądry Polak po szkodzie” (byłoby jeszcze dobrze, ale on i po szkodzie bywał głupi, tzn. nie głupi — inteligencji u nas nie brakło — tylko lekkomyślny), to „jakoś to będzie”, krótkodystansowość, aprenuledelużyzm94, robienie wszystkiego „na łapu-capu” (piękne słówko, co?), ten, że tak powiem, „jebał-piesizm” (termin zmarłego pejzażysty Jana Stanisławskiego), ten parszywy pseudoindywidualizm, dobry wtedy, gdy trzeba było się bić, gardłować, pić i jeszcze co najwyżej nabijać kabzę, ale nie myśleć — to były wady, które razem z poprzednimi „koordynatami” musiały dać w rezultacie zupełny upadek.

Nie moją rzeczą jest głębsza analiza tych spraw na tym miejscu i w ogóle, ponieważ brak mi w tym kierunku wykształcenia, a nawet ochoty. Nie mogłem nigdy czytać dużo o historii polskiej, bo mnie zatykało ze wstydu i oburzenia, tym bardziej że sam, jak i wszyscy moi ziomkowie, byłem produktem tej okropnej machinacji dziejowej — czułem sam na sobie jej skutki. Ale muszę stwierdzić, że dzięki pewnej pracy nad sobą, dzięki Kretschmerowi, Freudowi i dr de Beaurain zdołałem przynajmniej pewne rzeczy odparować. W ostatnich czasach wiele dał mi do myślenia widok (inaczej nie mogę powiedzieć, bo niestety patrzyłem na to jak z loży, nie będąc w stanie przyjąć w tym żadnego udziału z powodu schizoidalnych zahamowań) Rewolucji Rosyjskiej, od lutego 1917 do czerwca 1918. Obserwowałem to niebywałe zdarzenie zupełnie z bliska, będąc oficerem Pawłowskiego Pułku Gwardii, który je rozpoczął95. Uważam wprost za nieszczęsnego kalekę tego, który tego ewenementu z bliska nie przeżył. Bliższe opisy i wyjaśnienia znajdą swe miejsce w pismach pośmiertnych. (Tom XIV, wyd. 1978 r.)

Podczas tego, gdy inne ugrupowania ludzkie, w przybliżeniu narodowe, wypracowywały w mękach twórczych swoje kultury, stwarzając podstawy dla samouświadomionej już cywilizacji o tendencji wszechludzkiej naszych czasów (mimo potwornych sprzeczności, błędów i programowego cynicznego świństwa tak jest — może w małym jeszcze stopniu, ale to cechuje okres, który rozpoczęła Rewolucja Francuska), co działo się właściwie u nas? Oczywiście działo się coś podobnego, co gdzie indziej, tylko w szalonym stopniu zahamowania przez wyżej wspomniane czynniki wewnętrzne, psychiczne i będące do pewnego stopnia ich funkcją czynniki instytucyjno-formalne.

Zamiast tego, aby piramida gniotła wszystkich równomiernie, względnie do ich stanowisk, potęgowało się coraz bardziej rozwydrzenie ambicji arystokracji, której przedstawiciele musieli mieć większe ilości adherentów, na których znów mogliby się w walkach swoich oprzeć. Dlatego uszlachcali całe masy ludzi niemających środków do tego, aby podołać i moralnie, i fizycznie spadającemu na nich dostojeństwu, które w dodatku, teoretycznie tylko, ale i tak wystarczająco, aby wykoślawić charaktery i odebrać wszelki krytycyzm, czyniło ich „równymi” największym panom, a nawet, w zasadzie, królowi; bo teoretycznie nawet najnędzniejsza jakaś szerepetka też do korony pretendować mogła, nie mówiąc o magnatach, z których każdy uważał się za pokrzywdzonego, że nie jest królem lub co najmniej księciem udzielnym na swoich dobrach, co praktycznie często się zdarzało. Tak więc (nie wiem dokładnie, kto zaczął ten proceder upadku, ale zdaje się raczej magnateria zbyt „zindywidualizowana”) spsienie arystokracji połączone było ze spsieniem, zdemokratyzowaniem i zdewaluowaniem w kulturalnym procesie samej instytucji szlachectwa, która w innych krajach w tej epoce służyła do podciągnięcia wyżej całej danej społecznej struktury; bądź co bądź wszystko jedno, czy z obecnego punktu widzenia uważamy to za złe i wolelibyśmy chrześcijańskie katakumby lub totemiczny klan jako ustrój całej ludzkości, wtedy tradycja szlachecka — przez ambicję dociągnięcia się do sławnych (zawsze) z czynów nadzwyczajnych przodków — była czynnikiem pchającym całość wzwyż.

U nas, na tle tego, że takie ilości ludzi zostawały szlachtą za byle co, głównie za podlizywanie się i służalstwo wobec możnych96, potrzebujących podpór dla swych wychodkowych zaiste troników, kwestia tradycji i atmosfera wielkich czynów, poza czysto szablową odwagą, była odwartościowana. Oczywiście nie neguję wartości odwagi osobistej, z której Polacy słynęli. Odwaga to wielka rzecz; ale jeśli nie jest oparta o całokształt dodatnich właściwości danego osobnika, traci niezmiernie na swej wartości. Iluż jest odważnych bandytów lub awanturników bez czci i sumienia? Za dużo było u nas odważnych do szaleństwa warchołów i wtedy tym gorzej dla nas, bo lepiej by było, aby właśnie warcholi mieli mniej temperamentu i byli na mniejszą skalę stworzeni, w zamian za ludzi uczciwych, którzy jakoś znów u nas przeważnie jaj nie mieli lub też mieli je zbyt jakoś ukryte. Wielki charakter, wielki rozum i wielka odwaga stwarzają dopiero prawdziwie wielkiego człowieka. Takich było mało albo ginęli u nas w ogólnym bałaganie niewidocznie, jak muchy w lepie. Naprawdę na pewno nie można chyba powiedzieć, kto zaczął, ale że chyba arystony były najbardziej winne, to jest bardzo prawdopodobne; bo oni przecie musieli hodować i korumpować szarą ćmę szlachecką, aby z niej sobie wiernych wasalów na sejmikach stworzyć, a ewentualnie spreparowaną już dobrze bandę w gardłowych sprawach, zajazdach czy to już jawnych buntach przeciw władzy swojej (a dla obcej) używać.

Tak więc banda ludzi bez wykształcenia, bez poczucia obowiązku i właściwie bez uświadomionej dobrze przynależności państwowej, niezdyscyplinowana, niezhierarchizowana, banda, w której, na wzór jej elementów-pierwowzorów (o ile tak powiedzieć można), tj. magnaterii, każdy — według potwornej na owe czasy z punktu „europejskiego” widzenia zasady: „szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie” — uważał się za pierwszego i nadymał się też odpowiednio, aby swoje ubóstwo, swój strój szaraczkowy, swój brak ogłady i wykształcenia pokryć.

W instytucji jedynej w swoim rodzaju demokracji szlacheckiej mamy główne źródło tej naszej wady narodowej, na którą w wymiarach pychy rodowej pierwszy explicite w naszych czasach zwrócił uwagę Boy, tj. tzw. przeze mnie puszenia się. Każdy Polak, na tle charakteru struktury (pseudo) swego społeczeństwa, powoli skonsolidowanej w ciągu historii, musiał się napuszać na większą wartość i potęgę niż ta, którą istotnie posiadał.

Zasada, że każdy szlachcic mógł zostać królem, pogłębiająca różnicę między szlachtą a nieszlachtą (czy gdzie trzeci stan lub chłopi byli traktowani z podobną pogardą jak u nas?), była przyczyną przede wszystkim napuszania się do pęknięcia nieomal wielkich panów. Bo mało było prawdopodobieństwa, żeby królem został np. pan Piegłasiewicz, ale że mógł nim przy pewnym napuszeniu się i zwerbowaniu odpowiedniej ilości zwolenników zostać jakiś Lubomirski czy Radziwiłł, to było zupełnie naturalne.

W ten sposób każdy magnat napuszał się faktycznie już, a nie tylko teoretycznie, na możliwego króla i uważał się w gruncie rzeczy za pokrzywdzonego, jeśli nim nie był. W każdym razie, nawet przy braku świadomego dążenia do władzy królewskiej, taki był zasadniczy podkład podświadomy jego psychiki — stąd też (chyba) nazwa „królewięta”. Pycha i chęć wyniesienia się ponad drugich były dominującymi uczuciami każdego panka i co gorzej, półpanka, a ponieważ nikt nie mógł zadowolić swych ambicji, więc biedne arystony nadymały się sztucznie do pełna ze swymi pożądaniami, sztukując wzrost (w znaczeniu przenośnym), „obcasami” i „czapami z piór”. Stąd każdy Polak ma tendencje do wspinania się choćby na palcach, aby wydać się wyższym, i do tworzenia sobie tego, co nazywam „kołpakiem napuszenia”, sztucznej nadbudówki ponad siebie, pustej, a dekoracyjnej, mającej omamić drugich co do istotnej wartości głowy, która się pod tym kołpakiem kryje. Nie dokonywanie wielkich czynów w celu faktycznego wzniesienia się nad drugich przez „potlatsch”, przy pewnym zefasowaniu swej indywidualności w ramach państwowych i ścisłym zhierarchizowaniu wartości istotnej, stało się celem głównym, ale napuszenie się do rozmiarów pseudo-króla, królika w swoim powiecie czy województwie, odgrywanie wobec odpowiednio pomniejszonej widowni (pomniejszonej nie tylko ilościowo, ale jakościowo — to jest ważniejsze) roli absolutnie fikcyjnej zamiast rzeczywistej — w tym ostatnim wypadku nie na fikcyjnym wierzchołku, tylko na miejscu realnym, gdzieś trochę poniżej faktycznego szczytu władzy. Oczywiście hierarchia była, ale piramida zamiast piętrzyć się twardo prostymi liniami „wybrzuszała się”97, niebezpiecznie się deformowała i galareciała, stawała się koloidalną, aż wreszcie zmieniła się w bezkształtną kupę na wpół płynnych ekskrementaliów za Sasów i Poniatowskiego.

Mimo istnienia wysiłków wyjścia z tej ohydy u pewnych jednostek wskutek chronicznego upadku ogółu i połowiczności nawet wielkich względnie ludzi, nie nastąpiła żadna poprawa radykalna. Gdyby uwolniono chłopów i gdyby gilotynka porządnie sobie parę lat u nas popracowała, inaczej by wyglądała Polska, a nawet pośrednio i Rosja wieku XIX.

Ha, trudno — za późno trochę nad tym biadkać.

Mimo zarzutu, który można zrobić Piłsudskiemu, że nie zużył kolosalnych złogów swej siły i autorytetu moralnego, które zdobył, był to jedyny naprawdę wielki człowiek od XVI wieku w Polsce. Gdy inni spali w tchórzliwym wygodnictwie, on jeden dokonał czynu w samotności nieomal zupełnej, otoczony garstką przypadkowych współpracowników, których dane intelektualne mogły nie dorównywać w pewnych wypadkach natężeniu siły, odwagi, ofiarności i charakterowi. Ale i on nie mógł stworzyć tak wielkich rzeczy, do jakich był powołany. Obawiał się rozprężenia w razie daleko idących przekształceń społecznych, które by go zbliżyły do pierwszego okresu działalności, a po drugie, nie zawsze może umiał dobierać odpowiednich pod względem umysłowej struktury współpracowników. Tę trudną do zdobycia, w braku instynktu, właściwość posiadał np. Napoleon, który nawet skończonych wrogów swych: Talleyranda98 i Fouchégo99, umiał do ostatnich niemal chwil dla swoich celów wyzyskać. Ale Napoleon rósł w wielkość w miarę ciężarów, które brał na siebie. Dźwiganie Francji i świata całego na spiętrzeniach jego myśli wydźwigiwały znów myśl tę coraz wyżej, a siłę dawała mu także przeszła burza rewolucji, której musiał się stać wszechświatowym rozprzestrzenicielem: musiał — inaczej by zginął zaraz na początku swej kariery100. Polska nie miała takiej tradycji albo też ją zagubiła: prócz zyskania własnej swobody nie mogła nic dać światu. I Piłsudski, nad którego głową już zaczynało chwilami ukazywać się blade widmo piórami zdobnego kołpaka, przez dziwną ascezę w stosunku do wielkości chwili (bo chwila obecna jest od Rewolucji Francuskiej jedną z największych w historii naszej gałki) nie wziął na siebie całkowitego brzemienia odpowiedzialności i zamiast być całkowicie sobą pozwolił na swobodną grę sił obok swojej niezupełnie ucieleśnionej woli101. A Polska z niedoszłej czy też raczej zdeformowanej męczennicy stała się zwykłym państwem obecnej chwili. (Niezwykłym czymś, wszystko jedno, jak to będziemy interpretować, jest dziś w świecie tylko Rosja.) Cylindry, przyjęcia, ordery, posunięcia, posunięcia i posunięcia — ale idei kierowniczej nie ma i przy tym składzie i rozkładzie sił działających być nawet nie może. Idei nie można szukać i sztucznie jej wytwarzać: ona musi być w masie narodu i trzeba ją tylko ogniskować albo trzeba ją ze swych najgłębszych bebechów spontanicznie w jakimś szale twórczym stworzyć.

Ale wróćmy znów do dawnych czasów. Kiedy mówiłem o moich historycznych „teoriach” Karolowi Konińskiemu102, powiedział mi, że jakkolwiek też nie jest sympatykiem demokracji szlacheckiej, to jednak zdaje mu się, że ilość potworna szlacheckiego mrowia przez natężenie i skumulowanie ambicji indywidualnej dała tyle godności całemu narodowi, że pomógł mu ten stan rzeczy do godnego wytrzymania niewoli, a nawet do wybrnięcia z niej. Może tak i jest, ale wobec tego, że w razie wytworzenia się innej struktury w poprzednich okresach upadku mogło wcale nie być, słabe to byłoby dla mnie pocieszenie.

O ile tak się czuli magnaci, jak to starałem się przedstawić, to bardzo podobnie musiała się czuć reszta deformującej się piramidy, tylko w różnych proporcjach, zależnie od oddalenia od podstawy. Sama podstawa — chłopi, tzw. „czerń”, nie istnieli nieomal zupełnie. Była to kompletnie inertna, martwa masa, pozbawiona wszelkiej struktury i jakichkolwiek zorganizowanych dążeń, zagnębiona zupełnie niewolą u szerepetków, szlachciurów, półpanków (typ specyficznie polski) i panów prawdziwych.

Otóż wskutek takiego nastawienia warstw najwyższych, ciągle niezadowolonych z niemożności wygrania swego, pożal się Boże, tzw. „indywidualizmu”, warstwy o szczebel niższe czuły się też nie na miejscu i oczywiście zamiast starać się zmienić to miejsce przez jakąś wybitną działalność nadymały się sztucznie do rangi królewiąt i „robiły”, tj. odstawiały, wielkich panów nie w swojej nawet klasie, a o klasę wyżej, tzn. za wysoko, nieproporcjonalnie do swego istotnego położenia i środków. Wieczne niezadowolenie i wieczne nadęcie ponad możność, i życie ponad stan fizyczne i poniekąd duchowe, jeśli chodzi o poczucie ważności i władzy, stało się zasadniczym rysem psychicznym każdego niemal Polaka. W ten sposób dobra materialne, które mogły być zużyte na istotne podniesienie wytwórczości i kultury, szły na wzmożenie tzw. „blichtru”, na rywalizację, na „potlatsche”, ale niedotyczące wartości istotnych, tylko pozorów. Wskutek tego bogactwa kraju marnowały się w sposób nietwórczy i niedający nic na przyszłość. A ludzie kapcanieli i deformowali się w tym nadymaniu się coraz gruntowniej; wytwarzała się ta ogólnoszlachecka („ślachcicka”) choroba, której symptomy skomplikowane można streścić w tym zdaniu: że pozory są ważniejsze niż rzeczywistość, że wobec braku dalekich perspektyw użycie i pozorna twórczość jest istotniejsza niż spełnianie trudnych czasem i niewdzięcznych zadań na daleki dystans, z myślą o drugich współczesnych i dalszych pokoleniach. A wszyscy pięli się chaotycznie w górę jedni przez drugich, wywyższając się w fikcyjnych wartościach pochodzenia, bogactwa zużywanego na nieproporcjonalne do istotnego stanu efekty zewnętrzne i urojonego znaczenia.

Gdzie indziej wszystko było zhierarchizowane; aby przejść o klasę wyżej, należało czegoś dokonać naprawdę, a nie napuszać się lub podlizać się komuś więcej jeszcze napuszonemu. Jak to już raz wspomniałem w książce o narkotykach à propos puszenia się u nas w wymiarach rodowo-heraldycznych, które jest tylko jedną formą puszenia się ogólnego, we Francji np. książę de St. Simon walczył całe życie, zdaje się, o to, aby mieć wyższy numerek książęcy od pana marszałka de Luxembourg. Ale wynik tej walki nie zależał od siły napuszenia się obu tych panów, tylko od faktycznych danych: dat, zasług przodków i koligacji (czyli czystości rasy), i dlatego tak trudną i żmudną było rzeczą stosunek ten ustanowić. Ale właśnie te rzeczy ustanawiano i dlatego piramida nie wybrzuszała się, a jak się raz wybrzuszyła, to tak porządnie, że ją diabli wzięli, bo te warstwy (trzeci stan przede wszystkim), które ją podkopały (tzn. ten czubek właśnie tuż ponad trzecim stanem), były same nasycone potęgą przez to rozpuszczanie się sił pierwszorzędnej jakości od góry piramidy i związaną z tym wysoką tresurą, a dalej przez olbrzymią kulturę umysłową, przez stałe wyrabianie charakterów w stałej walce o prawdziwe podniesienie swego poziomu: społecznego i wewnętrznego. W każdej chwili pod dostatkiem było wybitnych ludzi na odpowiednie stanowiska, kiedy tylko sytuacja dojrzała odpowiednio do zmian istotnych. A tego nie można powiedzieć o naszym kraju, który wszystkie siły swe, zdaje się, wydał na wytworzenie pseudowielkich indywidualności w wiekach poprzednich; panuje u nas straszliwy brak prawdziwie morowych, genialnych ludzi, tj. snardzów mających intuicję chwili i umiejących w tej odpowiedniej chwili kondensować odpowiednie układy sił. Ale to daje przede wszystkim posiadanie jakiejś idei, naprawdę przyszłościowej na daleki dystans, w którą się naprawdę wierzy, która jest po prostu warunkiem koniecznym życia danego indywiduum (do tego musi dojść odpowiednie natężenie intelektualne, na które u nas nie zwraca się nigdy dostatecznej uwagi), a której wcielenie jest warunkiem istotnego postępu całej ludzkości, a nie tylko danego narodu lub klasy kosztem innych. Skończyła się epoka kultur izolowanych, ziemia stała się organizmem, a każdy jej dwunogi mówiący mieszkaniec stał się przynajmniej potencjalnie równym co do możliwości jego sprawiedliwego zużytkowania dla dobra jego i ogółu jej obywateli. W każdym razie musimy wierzyć, że w najbliższej przyszłości to nastąpi.

Tak więc pewne właściwości wrodzone narodowi polskiemu, połączone z jego potęgującą się w swych charakterystycznych rysach strukturą szlachecko-demokratyczną, będącą do pewnego stopnia też ich funkcją, wytworzyły z Polaków naród ludzi niezadowolonych ze swego losu, tzw. z rosyjska „nieudaczników”, którzy jako jedyny ratunek przeciw niespełnionym ambicjom musieli widzieć w sztucznym napuszaniu się do nieosiągniętej realnie wielkości: pić, bić się i puszyć się do ostatecznych granic możliwości — to był jedyny ratunek na nieprzyjemny podświadomy podkład poczucia własnej małości103. Więc przede wszystkim alkohol, ten wielki pocieszyciel, o którym przeczytać można parę nieuprzejmych słów w książce mojej o narkotykach, do której Appendix nr II będzie umieszczony na końcu niniejszego dziełka104.

Alkohol bowiem ma właściwość chwilowego podnoszenia każdego najnędzniejszego nawet stworu o kilka pięter w hierarchii Istnień Poszczególnych, podnoszenia oczywiście urojonego, po którym upadek trzeba zalać jeszcze większą porcją, aby osiągnąć tę samą wysokość, co poprzednio. Niestety prawo nałogu jest takie, że coraz wyższe dawki powodują coraz większą glątwę (moje doskonałe słowo na katzenjammer, które nie chce się uparcie przyjąć wśród ogółu alkoholików) i upadek, i coraz większych dawek trzeba, aby się z niego na platformę optymizmu wywindować. Ale i to nie jest procederem o stosunkach stałych, ponieważ poziom dobrego samopoczucia osiągalny maksymalnymi dawkami poniżej tzw. „zachlania się na trupa” staje się z każdą chwilą coraz niższy — potem już bez względu na dawkę, która osiąga również swoją wartość graniczną. Mówiąc bardziej technicznie, choć niedokładnie z punktu widzenia fizykalnego porównania, tzw. „Randbedingungen” (warunki kresowe) całego pijackiego pola zwężają swój zakres, a dawka osiąga swoją maksymalną wartość graniczną (Grenzwert) i następuje po prostu „szlus” — snardz (facet) jest „gotów”.

Bicie się (wojny, podjazdowe walki, zajazdy i pojedynki) były też świetnym usprawiedliwieniem dla wewnętrznej nicości i dla braku ochoty na wszelką twórczą, względnie tylko konstruktywną pracę czy robotę.

I tak wytworzyło się tzw. „odwalanie zajęć” na „olaboga” czy „na łeb na szyję” lub „na dżibol pajs” i przeżywanie reszty czasu w atmosferze tymczasowości, w oczekiwaniu jakichś szczęśliwych zbiegów okoliczności, które wszystko na lepsze zmienić mogą. Tymczasowość i ten ohydny, specyficznie polsko-szlachecki „jakoś to będzizm” to są przywary, które trwają dziś w nie mniejszym natężeniu niż za czasów saskich, a kto wie, czy nawet w ostatnich latach (trzydziestych) nie potęgują się powoli. Tymczasowy nastrój zaczyna się już na pewnej wysokości, poniżej trochę tych szczytów, na których panuje jeszcze „względnie radosna twórczość”. Na tym polega piekielny charakter miasta Warszawy, co do którego istoty długi czas nie mogłem zdać sobie sprawy: pośpiech gorączkowy powierzchowności (nie wytężona szybkość autentyczna istotnej pracy), wszystko na „aby zbyć” (a nie istotnie dokonane), tymczasowość i załatwianie „po łebkach”, bo nie wiadomo, co będzie jutro.

Niepewność materialnego jutra, a ideowego pojutrza i co gorsze, popojutrza jest rozpowszechniona do pewnego stopnia na całym świecie: cały kłamliwy okres demokracji jest czymś tymczasowym, przelotnym. Ale te narody i grupy, a nawet indywidua będą miały głos w organizacji przyszłej lepszej ludzkości, które w tym okropnym okresie szybkiego i słabego pulsu zachowają: 1. maksimum długodystansowości, 2. wiary w trwałe wartości wysiłków kulturalnych, może doraźnie nic niedających wobec parszywego tempa całości, może na razie spełnianych bezinteresownie, w szerokim znaczeniu tego słowa, obejmującym nie tylko pieniądze, ale i tzw. „sławę” i 3. uporczywej wiary w jakieś, zatracone obecnie wśród ogólnego cynizmu, wyższe wartości organizacyjne i społecznie twórcze rodzaju ludzkiego. Bo to, co dziś się za twórczość społeczną uważa, to są przeważnie trociny, które zdmuchnie pierwszy zefirek zwiastujący wielki huragan przemian na wielką skalę, którego (mówiąc poetycznie) odległy szum i palący dech (jak przed uderzeniem wichru halnego) daje się nieomal słyszeć i odczuwać od strony mrocznej dali burzliwej przyszłości. Mam tu na myśli organizację gospodarczą całej kuli ziemskiej przy zgodnym współżyciu narodów bez zatraty ich indywidualności, organizację podobną do współżycia organów w organizmie.

Umieć nie być tymczasowym w atmosferze palącego się domu i zakładać w nim np. dzwonki elektryczne, polewając drugą ręką płomienie z małego kubeczka, wielką byłoby zaiste sztuką. A takim musi być trochę człowiek dzisiejszy, o ile chce wytrzymać napór przemian przyszłościowych, które mogą się rozpocząć lada chwila, o ile biała rasa ogłupiałych geniuszów nie zginie samobójczą śmiercią w nowej długotrwałej wojnie. Ale wtedy jest kolej na rasy żółte i czarne — cała możliwa wiara jest chyba w tym „szwarcgelbie”, bo na białych nie można mieć już wielkiej nadziei. Ludzkość będzie żyć, ale na kolorowo, i może biali ludzie będą jeździć w wagonach z napisami „white people” (jak to jest dziś z Murzynami w Ameryce, którzy jeżdżą w wagonach z napisem „coloured people”) w idealnie urządzonym czarno-żółtym Państwie (pracy) Całego Globu. Ale to są ostateczności. Może odezwie się zdrowy zwierzęcy instynkt gatunku i przemówi ponad przemądrzałymi, bezsilnymi, ucylindronionymi głowami mężów stanu i dyplomatów105, przemówi do niezdegenerowanych jeszcze mózgów, że czas już najwyższy, aby elita mózgów, o ile naprawdę jest, dokonała bezkrwawej transformacji bez utraty wysokości ogólnej i bez zniszczenia dotychczasowego dorobku kultury. Może pomoże ludzkości w tym samouświadomieniu eksperyment rosyjski, który — częściowo chociaż pouczający w związku z tym, że odbywa się w nienormalnych warunkach — powinien wiele dać do myślenia, ale dotychczas — i to jest ciekawe — nie daje.

Ale wróćmy po tych dygresjach i powierzchownym zbadaniu tła węzłowiska upośledzenia u nas do szczegółowej analizy codziennych jego przejawów, zatruwających według mnie nieznacznie całość kulturalnego życia naszego kraju.

Czy jest gdzie tylu nieudanych ludzi, co u nas? Pewien Francuz mówił: „Mais c’est inouї — mais alors tous les Polonais sont des gens détraqués?106 I jest to do pewnego stopnia prawdą. Każdy Polak jest nie na swoim miejscu, każde miejsce jest dla niego za niskie. I mogłoby tak być, o ile do zajmowania miejsc wyższych dążyłoby się przez rzetelną pracę, uczciwy wysiłek i wytwarzanie realnych wartości, a nie przez wydymanie swej pustki do rozmiarów fikcyjnej, urojonej rzeczywistości. Czy gdziekolwiek jest tylu ludzi niespełniających swych najprostszych obowiązków, co u nas? Każdy wie, że tylko realnym wysiłkiem może wydobyć się ze stanu, który wydaje mu się nieodpowiedni. Wyłamują się z tego prawa tylko oszuści, złodzieje, bandyci i zbrodniarze. U nas jest jeszcze jeden środek: napuszenie, który w gruncie rzeczy jest wprost zbrodniczy. Ktoś powiedział słusznie: „you can fool some people all the time, you can fool all the people some time, but you can’t never fool all the people all the time”. (Można nabierać pewnych ludzi cały czas, można nabierać wszystkich ludzi pewien czas, ale nigdy nie można nabierać wszystkich ludzi cały czas.) U nas żyje się tak, jakby to ostatnie właśnie było możliwe, i dlatego tak często są krachy wielkich pozornie osobistości, załamania wzorcowych okazów, szybkie wykańczania się ludzi zdolnych i inteligentnych: brak im oceny własnej i charakterów; „eine masslose Selbstüberschätzung107, jak pisze Kretschmer o niektórych schizoidach, cechuje wszystkich. Jest szalenie trudną rzeczą poznać samego siebie (tego zdania z kaligraficznych wzorków nikt z nas nie bierze na serio), a jeszcze trudniej jest, szczególnie schizoidom, poznać „kimi” są w danej grupie, w danym narodzie, a nade wszystko w danym czasie: do jakiej grupy należą — schodzącej w dół czy wstępującej, do ludzi przyszłości czy też do degeneratów dawnego porządku. Mimo wszelkich wysiłków i pozornych sukcesów ja np. zupełnie nie znałem siebie (i drugich), aż do przeczytania Kretschmera i istotnego dopiero na tym tle zrozumienia Freuda, do lat blisko czterdziestu pięciu, mimo że bawiłem się w psychologiczne analizy i rady, w pisanie powieści i rysowałem psychologiczne portrety często nawet jako takie właśnie udane.

Nie ma na świecie istoty bardziej zakłamanej na temat swego stanowiska i znaczenia w czasoprzestrzennym kontinuum świata jak przeciętny Polak. W ogóle zaznaczyć pragnę, że mówię tu zawsze o wielkich przeciętnych, a nie o poszczególnych indywiduach i ich wyczynach. Na wszystkie wywody te mogą mi zawsze odpowiedzieć optymiści „różniczkowi”: ale przecież był Kazimierz Wielki, Skarga, Chodkiewicz, Żółkiewski, Zamoyski, Kościuszko, Kołłątaj itp. i inni — cytuję pierwsze lepsze nazwiska z dawnej przeszłości ze strony „duchów jasnych”, z prawa. Owszem byli — i co z tego? Czyż nie zmieniło się wszystko w śmierdzące świństwo już za Sasów, by skończyć się za Poniatowskiego i trwać w istocie, choć w mniejszych natężeniach, mimo przebłysku dwóch powstań, legionów Piłsudskiego i jego twórczości aż do naszych czasów? Byli morowi108 ludzie, ale z powodu braku materiału nie mogli stworzyć tego, co byliby stworzyć mogli. I może połowa niespełnionych czynów Piłsudskiego ma tutaj źródło swe, bo dajcie Michałowi Aniołowi kadź jakiegoś półpłynnego niepachnącego materiału zamiast marmuru, a też posągu z tego nie zrobi. Chybaby musiał ten „materiał” „zamrozić”, a na to nie każdy ma siły i ochotę, no i dostateczny „mróz w kościach” — na to trzeba być już satrapą z krwi i kości, jakim Piłsudski, mimo czysto zewnętrznych pozorów, z powodu choćby swej socjalistycznej tradycji w istocie swej nigdy nie był. Na to trzeba by innego kalibru indywiduów, o innej wprost jakości. Nie wytworzyliśmy ich dotąd i „da Bóg” nie stworzymy, bo za nas w dookolnym świecie zrobią inne „ugrupowania” tę robotę i nasza pomoc będzie już wtedy zbyteczna. My będziemy wtedy ograniczać prawa karteli lub podwyższać o 5% bezpieczeństwo robotnika w hutach czy coś podobnego. Ale świat nas minie w swej drodze ku sprawiedliwości i u nas zrobią to wszystko za nas obcy przybysze ze Wschodu czy Zachodu. Wtedy już będzie to zupełnie obojętnym. Polska zawsze mogłaby odegrać dziejową rolę, ale zawsze się od tego wstrzymuje. Wstrzymała się też nawet w osobie ostatniego na razie wielkiego swego człowieka, Piłsudskiego. Może to instynkt niepozwalający brać na siebie zbyt ciężkich przeznaczeń, niedający lekkomyślnie „mierzyć sił na zamiary”. Ale bez tego ostatniego nic się prawdziwie wielkiego w historii świata niestety nie wydarza i wydarzać nie będzie. Czy zgadzamy się z ideami i obecnymi metodami komunizmu, czy nie, w tym jest też, musimy to przyznać, wielkość obecnej Rosji. Było to nastawienie na wielkość bezwzględnie i u nas, ale z powodów wyżej wymienionych nie było do ostatka dociągnięte.

Potworne ilości napuszonych kłamliwie w arystokratycznej demokracji osobników (pojęcie wręcz sprzeczne) nie mogły dać innego rezultatu jak ten, który nagle w końcu XVIII wieku ku przerażeniu swemu ujrzeli płascy optymiści, jak również i wyznawcy maksymy, że „Polska nierządem stoi”. To dziedzictwo przygniata nas dotąd i przygniatać będzie jeszcze, gdy inni za nas, nami samymi, historię przyszłej ludzkości tworzyć będą. I kto wie, czy to nie będą u nas właśnie, jako typowi niezadowoleńcy, Żydzi (w tej chwili zrobił mi się „żyd” na papierze, a gdy chciałem go rozmazać, utworzył się obraz jakby Żyda z profilu — uważam to za proroctwo), bo tak jakoś na razie to wygląda109. Ale nie bawmy się w przepowiednie — teraźniejszość jest dość zajmująca jako taka, zajmująca i potworna — bez względu nawet na to, co z niej wychynąć może. Chociaż ja głęboko wierzę, że kłamstwo musi się załamać i nastaną lepsze społecznie czasy za cenę jedynie sztuki i filozofii, no i trochę zniszczonej kultury (ha, trudno — za wszystko musi się płacić, i za doskonałość społeczną też), o ile współcześni wszechświatowi mężowie stanu nie zmądrzeją i nie zarządzą jakiejś dekretowej transformacji od góry. Bo ostatecznie po co są?110 A tak dalej być nie może. Czemu ci właśnie panowie uważają się za upoważnionych do tego, aby w ich osobach ludzkość miała popełniać zbiorowe samobójstwo przez ich krótkowzroczność, ich klasowy mężostański egoizm i po prostu chwilami, zdaje się, brak inteligencji. Bo chyba nie tylko jakieś dziwne zaczarowanie dawno miniętej przeszłości prowadzi myśli ich i plany ani nie zwykłe niedbalstwo i zaślepienie w chęci użycia śmierdzącego już ogonka uchodzącej w dal niepowrotną przeszłości. Tak źle nie jest. Ale obserwując to świadome staczanie się w otchłań, musi się przyjść do wniosku, że działają tu siły międzynarodowe, ponadludzkie, mimo że przez ludzi pozornie kierowane, które wymknęły się spod naszej kontroli i „hasają” po świecie bez istotnego celu, jak krowy na wiosnę. Są to siły międzynarodowego kapitału, co był kiedyś organem i stworzył naszą obecną kulturę, a zmienił się z biegiem czasu w złośliwego nowotwora.

Na tym zakończę ten pobieżny szkic tła, na którym wyrasta nasza zbiorowa psychologia nadętych na wielkość nierobów, z których masą jako materiałem społecznej twórczości nawet prawdziwi geniusze czynu nic poradzić sobie ani w przeszłości, ani obecnie nie mogli. Mam wrażenie, że kompleks ten da się rozwiązać przez uświadomienie go, i piszę to wszystko: 1. nie przez chęć samoopluwania się (bo sam dzięki zbiegowi okoliczności zapewne mam tej wady narodowej względnie mało — mam inne, nie przeczę, ale ta jest u mnie wraz z zawiścią i zazdrością dość wytłamszona) ani 2. zrobienia komuś niepotrzebnej przykrości (czego nie cierpię — robię tylko przykrości programowe w imię tzw. „celów wyższych”), ani 3. przez megalomanię (bo nie uważam się bynajmniej za żadną doskonałość), tylko po prostu chcę raz zrobić coś dla drugich (poza książką o narkotykach) i przyczynić się, choćby minimalnie, do lekkiego choćby odmienienia ogólnej atmosfery naszego kraju, która jest już przykra dla ludzi mogących się od zbiorowego życia wyizolować, a dla pewnych osobników do tego życia społecznego zmuszonych może być wprost nie do zniesienia, nie mówiąc już o atmosferach w poszczególnych przestrzeniach i zakamarach współbytu kulturalnego. Działalność moja w kwestii choćby krytyki literackiej, filozoficznego i ogólnego wykształcenia literatów i rzeczowych dyskusji spaliła, jak to mówią, na panewce zupełnie. Może ta książka, która mi ani sympatii ogółu, ani popularności (za którą nigdy zresztą nie goniłem, uważając, że jest to nagminną wadą literatów polskich wojennych i powojennych) nie przyniesie na pewno, przyczyni się do tego, że każdy jej uczciwy (a jak mało naprawdę intelektualnie uczciwych ludzi jest u nas!) czytelnik zrobi sobie mały rachunek sumienia i zastanowi się na chwilę, w wolnej właśnie chwili od kart, radia, dancingu i kina (no i pracy zawodowej oczywiście) — kim jest, czym jest jego otoczenie, w jakich czasach żyje i co on ma właśnie przed sobą do zrobienia. To już będzie wiele. Mam wrażenie, że w innych krajach ludzie myślą na te tematy i nie marnują się tam przez to tak kolosalne ilości energii indywidualnej i społecznej na próżno.

Nie będę tu gadał wielkich słów (mam wstręt do tego — od tego są obchody), nie będę bił się w piersi i wyrywał pękami włosów, skąd się da (od tego są inni). Ale mam wrażenie, że ludzie u nas są tak zblazowani na frazes, że raczej może przemówić do nich ciche poufne gadanie niż ryk jakiegoś nawet genialnego frazesmana z odpowiednio przystrojonej estrady. Nie chcę też poruszać tu tzw. wielkich zagadnień — też nie jestem od nich, poza jedną może filozofią, specjalistą. Co innego w powieści — tam mogę sobie użyć w świecie ordynarnej fikcji, choćby nie wiadomo jak do rzeczywistości zbliżonej. Takie pisanie, jak to, to jest właśnie sama rzeczywistość i miara musi być w nim zachowana większa niż w najbardziej życiowym czy społecznym romansie, który też musi być uczciwą robotą, a nie bezczelnym podlizywaniem się najgorszej publice za parę groszy, co się u nas coraz namiętniej i nagminniej robi111. Zagwazdranie ogólne, fazdrygulstwo (fastrygowanie połączone z bałagulstwem) i gnypalstwo (grzebanie palcem w tym, czego traktowanie wymaga precyzyjnych instrumentów) doszło u nas do takich szczytów, że już łagodnie mówić i pisać o tym nie można.

Trzeba zacząć walić w mordy, myć niechlujne pyski i głowy, i trząść, i łbami zafajdanymi walić o jakieś chlewne ściany z całych sił, bo naprawdę, jak przyjdą wypadki przerastające naszą epokę obecną — łatwych tryumfów w Lidze Narodów czy czymś podobnym — to mogą zastać już nie naród, a kupę płynnej zgnilizny: „vermine de l’Europe112, jak nazywał swych ziomków pewien polski dyplomata.

Przejdę teraz nagle od zupełnych ogólników do całego szeregu drobnych zagadnień poszczególnych codziennego dnia w tym przekonaniu, że ten codzienny dzień, często niezauważony jako taki, nierozpoznany w swym charakterze, jest w stanie zatruć skumulowanym, scałkowanym działaniem swych różniczkowych wartości wielkie momenty dziejowe i uniemożliwić wyzyskanie wszystkich sił, gdy nareszcie w odpowiednim czasie wielka chwila nadejdzie. To samo tyczy się narodów, jak i poszczególnych osobników. Ważne chwile rozwojowo-zwrotne nie zdarzają się co dzień, podobnie jak chwile natchnienia113 w dowolnej sferze działalności ludzkiej: od społecznej aż do artystycznej. Cała sztuka polega na ujęciu ich w kluby, na maksymalnym, racjonalnym zużyciu wybuchowych materiałów, które każdy z nas ma w sobie: pyroksylina na wolnym powietrzu spala się spokojnie — w odpowiednim zamknięciu nabiera potwornej siły prężności. Charakter życia w Polsce jest przeciwny skupieniu wielkich zasobów sił i wydawaniu ich we właściwy sposób w odpowiednim natężeniu, raczej, i to na tle źle rozegranego kompleksu niższości (węzłowiska upośledzenia), prowadzi do powolnego rozładowania ich w drobnych utarczkach codzienności, w zażeraniu się marnym, choć wzajemnym, poszczególnych snardzów o jakiś ochłap, bez wytworzenia silnych potencjałów. Życie nasze jest bezforemne i rozproszkowane wskutek tego, że każdy nie spełnia drobnych obowiązków wobec siebie i innych, uważając się za postawionego na miejscu nieodpowiednim, oczywiście zbyt niskim, i pokrzywdzonego przez los. A ponieważ brak mu istotnych właściwości do faktycznego wzniesienia się ponad siebie, więc musi się z konieczności nadymać i puszyć niepomiernie. Nie mówię tu o faktycznie pokrzywdzonych przez bandę wyzyskiwaczy nieszczęśnikach ani o ludziach rzeczywiście zepchniętych poniżej ich zdolności i możliwości. Polska jest krajem niewyzyskanych zdolności — to jest inna sprawa, ale to, na tle zresztą tych samych właściwości duchowych, stosuje się tylko do wyjątków: całe tabuny ludzi, którzy mogliby podnieść faktycznie kulturę kraju, muszą zarabiać w nieistotny sposób na życie, aby resztkami sił, na marginesie swojej egzystencji, tworzyć rzeczy najważniejsze dla nich i dla innych — czego to ostatniego zwykle we właściwym czasie się nie dostrzega. Ale ogół składa się przeważnie z nadętych pyszałków, lepszych do wszystkiego, tylko nie do tego, czym są i być powinni. Dlatego poza wyjątkową (chyba Ameryka przewyższa nas pod tym względem) obojętnością na niedolę drugich odznaczają się Polacy wprost mistrzostwem we wzajemnym i niczym nie uzasadnionym okazywaniu pogardy — mówię: okazywaniu, gdyż w 98% nie mają do niej żadnej przyczyny — ani w swej własnej wyższości (bo ta jest na ogół urojona), ani w niższości swego przeciwwzgardziciela, którego sztucznie się poniża (przeważnie w myślach swych), aby nim skutecznie pogardzać móc. Bo jedynym prawie i niezawodnym środkiem wywyższenia się w sposób nieistotny jest pogarda dla drugich. O tych rzeczach chcę teraz pomówić szczegółowo.

Atmosfera miast114

Zastanawiałem się dawniej wiele razy, na czym polega to, co nazywamy atmosferą danego miasta, a które czyni, że w jednym mieście — i to niezależnie od takich rzucających się w oczy czynników, jak: architektura, kompozycja miasta jako całości (w razie jego małości) lub części (w razie nieobejmowalnej łatwo wielkości), stopień natężenia ruchu i jego charakter, które wpływają na stosunek nasz do danego skupiska ludzkiego, ale dają się łatwo wyeliminować w sądzie o nim przez odpowiednią analizę i abstrakcję — czuję się fatalnie lub świetnie. Otóż te „imponderabilia”, których dawniej jako zamknięty w sobie (raczej w sztucznej jakiejś przezroczystej kulce arystokratyczno-artystycznego światopoglądu) leptosom-schizoid nie widziałem, ujrzałem nagle po przejściu pewnej granicy spykniczenia, którą osiągnąłem, poza naturalnym rozwojem w tym kierunku, przez radykalne przezwyciężenie używania tytoniu115. Nie widziałem zaś ich dlatego, że byłem, en ma qualite de schizoide116, odcięty zupełnie od ludzi i nie rozumiałem ich wysoce zróżnicowanych charakterów. Odkrycie to może wydać się wielu z moich czytelników-pykników banalnym — dla mnie było epokowym, jak wszystko w ogóle w czasie tej gwałtownej zmiany charakteru i usposobienia. Otóż tym, co stanowi o nieuchwytnej różnicy międzymiastowej, co nadaje tak silne, a tak mało uchwytne jakości wszystkim naszym przeżyciom w danej miejscowości, którą zwiedzamy, jest ogólny charakter stosunku wzajemnego ludzi w niej panujący. Jeśli długo gdzieś mieszkamy, zatracamy zupełnie zdolność reakcji na dany stan rzeczy: najlepiej obserwować zjawiska atmosfery moralnej przy zmianie miejsca połączonej z przeniesieniem w okolice nieznane.

Twierdzę, że zasadniczym stosunkiem Polaka do Polaka jest wzajemna pogarda, jeśli nie naturalna, to sztuczna, a to jest jeszcze gorzej. „Morga castillana” — piekielne podobno puszenie się i dźganie się o byle co kastylskich grandów i szlachciców, jest niczym wobec naszej „morgi”, ale raczej w ponurym znaczeniu paryskim. U nich było to zhierarchizowane, obiektywne, u nas nie: puszenie się jest zdezorganizowane przez nadrabianie miną, zapychanie pustek pakułami, wydymanie pustych pęcherzy aż do granic pęknięcia. Na ten temat z dużym wysiłkiem humoralnym skomponował poeta następujący czterowierszyk:

Hrabia de Bushy117

Bardzo się puszy,

Lecz on wie z czego,

Choć to nic mądrego.

Pisałem już o tym puszeniu się w wymiarach pseudoarystokratycznych w książce o narkotykach, dziełku ku szkodzie ogółu mało niestety czytanym118. Ta sama zasada rozszerzyć się da na wszystkie dziedziny. Doszedłem do przekonania, że w Polsce np. są cztery gatunki hrabiów: 1. ci, co mają tytuł i używają go; 2. ci, co mają tytuł i nie używają go (gatunek niezmiernie rzadki, ale sam znam takiego, który dla idei opuścił dom, rodzinę, tytułu nie używa i żyje w nędzy); 3. ci, co nie mają tytułu i używają go i 4. gatunek najdziwniejszy, iście polski: ci, co nie mają tytułu i nie używają go, a jednak, nie wiadomo jak, mimo to hrabiami; on sam, pytany, stanowczo temu zaprzeczy, skarci lokaja, który doń tak powie, i słusznie, a jednak hrabią jest — nie ma na to rady, jak na pluskwy. Ktoś (pewien znany pianista) radził mi, abym się według mojej teorii zaczął teraz dobrze puszyć, to może na siedemdziesiątą rocznicę urodzin dopuszę się do hrabiego. Ale nie wykonałem tego mając inne rzeczy do roboty, a po wtóre nie wiadomo, jak świat za dwadzieścia lat wyglądać będzie — może nawet w Polsce takie rzeczy stracą wreszcie wartość.

Otóż u nas każdy napusza się tak, aby móc na drugiego z pogardą patrzeć. Twierdzę, że u nas 85% ludzi, poza normalnym odżywianiem się, żyje, wprost tyje i puchnie z pogardy dla „bliźnich”. Jest to tak dalece potrzebne dla większości naszego społeczeństwa jak oddychanie. Nie karmieni pogardą dla innych ludzie tacy więdną, zamierają, flaczeją i gasną marnie. Powrócę do tego problemu w innych transformacjach dalej — na razie chodzi mi o ulicę. Przede wszystkim zawsze można zrobić zarzut taki komuś, który takie rzeczy, jak ja teraz, opowiada: „Masz manię prześladowczą połączoną z megalomanią i wszystko to ci się tylko zdaje. Ciągle jesteś zwrócony na siebie, przewrażliwiony, przedrażniony, o chorobliwej ambicji” itp., itd.

Jest to bardzo przykry i rozpowszechniony sposób odparowywania wszelkich takich zarzutów, szczególnie jeśli chodzi o oczyszczenie z elementów ohydy zakłamania stosunków przyjacielskich. Jest to jeden z pierwszych objawów oporu u osobników, których przy pomocy analizy ich węzłowisk chce się trochę wyważyć z ich zbyt dobrego o sobie mniemania i uniemożliwić im np. znęcanie się nad drugimi przez odgrywanie na nich swego kompleksu niższości i zatłamszonych, nienasyconych ambicji. Przyznaję, że ja, z moim charakterem i położeniem społecznym, specjalnie byłem narażony na tego rodzaju traktowanie. Ale przeciwnie niż by wydawać się mogło, z wiekiem, mimo wielu gorzkich doświadczeń, i to nieraz na ludziach, którzy mi się zdawali najlepszymi przyjaciółmi, wszelkie rozgoryczenie, które może w małym stopniu miałem w młodości, opuściło mnie zupełnie. Patrzę na najgorsze świństwa względnie pogodnie, albowiem pojąłem ich ukryte mechanizmy. I tam, gdzie w wielu wypadkach widziałbym perfidię, złą wolę, sadyzm czy też świadomą chęć upokorzenia — widzę tylko nieszczęsnego snardza, zdanego na pastwę swych bolesnych węzłowisk i popełniającego trzy czwarte swych drobnych, a nawet wielkich świństewek zupełnie podświadomie, tylko dla odegrania się jakimś cudem ze swoim kompleksem niższości, w przekonaniu, że jest najszlachetniejszym człowiekiem pod słońcem. I w gruncie rzeczy onże szlachetnym i jest w istocie swej, tylko niemytą duszyczkę ma, o czym zupełnie nie wie i żadnych środków ku jej umyciu nie ma i nie przedsiębierze.

Wracając do tematu: zauważyłem, że chodzenie po ulicach Warszawy wyczerpuje mnie w specjalny sposób. Wychodziłem z domu zdrów i rzeźwy, i względnie zadowolony z dokonanych czynów, szedłem tam, gdzie miałem ochotę i gdzie nic złego spotkać mnie nie mogło, a dochodziłem na miejsce jakiś skwaśniały, zniechęcony i pożółkły, jakby w stanie lekkiej glątwy czy depresji i fizycznego nawet osłabienia.

Jako właściciel wielkiej firmy gębowzorów, czyli będąc po prostu psychologicznym portrecistą, mam tę wadę, że gęba ludzka w niesamowity sposób mnie interesuje. Normalnie idąc po ulicy musiałem każdą twarz zarejestrować: wziąć ją w siebie, szybko strawić, „intuicyjnie” określić i wyrzygać; każdą — to przesada, ale co drugą, trzecią na pewno, a kraj nasz obfituje w ciężko zakłamane, interesująco zamaskowane i dziwne, skomplikowane i życiowo zmasakrowane mordy — to trzeba mu przyznać. Po kwadransie takiego pracowitego spaceru byłem gotów: uciekała ze mnie wszelka radość życia i beztroska, mordy zatruwały mnie mniej lub więcej wyraźnie wyrażoną pogardą. Patrzyłem też, jak inni się patrzą na innych — to samo: pogarda, cicha, zatłamszona i jadowita lub bezczelna, pyszałkowata, „jurna, butna, junacka, zawadiacka” (ładne wyrazy, co?) i plugawa — zawsze plugawa i śmierdząca. Przestałem patrzeć na twarze i — „o dziwo!” (jak mówił poeta!) — zmęczenie przeszło, beztroska i zadowolenie trwały na ulicy nawet bez przerwy i donosiłem tam, gdzie chciałem, moje dobre samopoczucie bez uszczerbku. Odkryłem tajemnicę miast: tzw. „mal ochio” nie jest blagą — ludzie męczą się i wysysają spojrzeniami, tak jak dodają sobie energii i otuchy119. To ostatnie czynią narody o zdrowym instynkcie solidarności: Anglicy, Francuzi, Niemcy, Rosjanie, Włosi, Syngalezi, Tamile i dzicy Australczycy i pewno inni, których nie znam — Polacy nie! — zasadniczo nie szanują się oni wzajemnie, bo nikt nigdy, przynajmniej z początku, nie wie, czy ma do czynienia z pustym, wygniłym w środku, napchanym pakułami „diabłem”, czy też z naprawdę „ludzkim” człowiekiem i dlatego też z góry sobą pogardzają, sycąc w ten nieszlachetny sposób poczucie swej własnej małości i nędzy, zamiast dokonać czegoś, co by mogło ich naprawdę wynieść ponad siebie i świat ukazać w nieznanej piękności. Brrr...