Lokale publiczne
To samo co na ulicy dzieje się też w lokalach publicznych, tylko w jeszcze bardziej intensywny sposób. O ile na ulicy ludzie śpieszą się, myślą o rzeczach aktualnych, dla których się śpieszą, są zatroskani i roztargnieni i tylko bokiem, że tak powiem, załatwiają wzajemne okazywanie pogardy, o tyle w lokalach — poza zabawą, która zaczyna się przeważnie po większych już dawkach alkoholu, paraliżującego, jak wiadomo, przeważnie nastawienie pogardliwe, a wyzwalającego, przynajmniej we wczesnych stadiach nałogowego zatrucia, pogodną i pobłażliwą megalomanię (u pederastów megalopedię) — okazywanie pogardy wchodzącym, wychodzącym, moszczącym się i już siedzącym staje się chorobą nagminną. Jest to niemal jedyna rozkosz lokalu poza wdychaniem ohydnych wyziewów tytoniowych (nie palę bezwzględnie trzy i pół roku120 — o tym później w appendiksie), słuchaniem rwącej nerwy na strzępy muzyki, tarciem się w tańcu i mówieniem bzdur, które na szczęście tłumi ogólny gwar i ryk ludzi i instrumentów, bo przecie o rozmowie tzw. dawniej „istotnej” (typ ten rozmów jest obecnie prawie na zaginięciu wobec ogólnego zgłupienia i spospolicenia, popieranego usilnie przez odpowiednią literaturę podlizywaczy wstrętnej klępy — publiki) nie może być w lokalu mowy. Za to puszenie się „odchodzi”, jak pięknie mówiono dawniej w Małopolsce, na całego. „Jak ty śmiesz, szuropadło jedne, siedzieć, gdzie ja się znajduję” — zdają się mówić oczy wszystkich. Ogólne patrzenie na siebie Polaków w miejscach publicznych przypomina bardzo dewizażowanie się wzajemne kobiet, szczególnie tej „lepszej” (elle est tres bien121) w stosunku do tej troszkę gorszej.
Nikt tak szybko (znowu) nie rozpozna i nie zanalizuje czyichś wad psychofizycznych, jak trochę brzydsza kobieta u tej trochę ładniejszej, wobec której jest speszona: lewe ramię niżej, krzywy obojczyk, nos w lewo, oko prawe opada, rysa koło ust, O-Beine122, paznokcie na każdym palcu inne, kolana za grube, szyja w fałdach, kostki za cienkie, podbicie za niskie, prawdopodobnie na małym palcu nagniotek — to jest w stanie powiedzieć kobieta o przeciętnej spostrzegawczości o swojej rywalce po piętnastosekundowej obserwacji w ruchu. Otóż podobnie, o ile mi się zdaje, starają się na gwałt odkryć wady „przeciwległe” dwaj Polacy, dążąc przede wszystkim do najszybszego zlekceważenia swego przygodnego vis-a-vis, interlokutora czy świeżego znajomego.
Znałem człowieka wyjątkowo inteligentnego, który przedstawiał typ nałogowego, zawodowego lekceważyciela; a ponieważ był odważnym (bił się kilkakrotnie w pojedynkach) i mocnym w pysku dialektykiem, więc nie ograniczał się do ironicznych spojrzeń, podśpiewywań, przytupywań i uśmiechów, tylko miażdżył wprost ludzi zupełnie. „Ilu żeś ich dziś zlekceważył, drogi Percy?” — pytaliśmy go z innym typem gnębiciela bliskich (na zimno, podstępnie, nieznacznie), trawestując Szekspira — tam było: „zabił”. „Tylko siedmiu — niech diabli wezmą takie bezczynne życie” — odpowiadał dosłownym zdaniem biednego Percy’ego, bo do tego znał na pamięć wszystkie podpisy w ilustrowanym wydaniu Szekspira ze wspaniałymi rysunkami de Seluze’a (kto tego nie zna, jest dla mnie po prostu kaleką). Oprócz spojrzeń i uśmiechów, i wydęcia całej postaci (co było najwyraźniej dla niektórych zlekceważycieli za mało) weszło ostatnio po wojnie w modę podśpiewywanie przy mijaniu na ulicy lub nawet w polu czy w lesie. Idzie taki pan zupełnie spokojnie; aliści na kilka kroków zaczyna śpiewać czy nucić przeważnie bezsensowną melodię, nuci cały czas mijając i jakie jeszcze dwa-trzy kroki za, potem nagle urywa. Trudno za taką rzecz bić z punktu w mordę, a jednak u wielu pozostaje pewien nieprzyjemny osad, o ile nie zdobędą się na szybką reakcję i nie zaryczą np. jakiejś arii na cały głos. To zwykle peszy bardzo subtelnego zlekceważyciela i z podkurczonym ogonem oddala się jak niepyszny. Ale jeśli przechodzień na śpiew ten nie zareaguje — zdradliwy śpiewak cudownie się zaraz po minięciu ofiary swej poczuje, jakoś mu raźniej się zaraz zrobi, świat się piękniejszy zda, kolacyjka i tzw. „kobietki” lepiej smakować będą i sen przyjdzie „niefrasobliwy”, czy jak tam jeszcze ohydniej wszystko to wyrazić można. Zlekceważył taki gość, nie wiadomo po co, Bogu ducha winnego bliźniego i w ten sposób wywyższył się przed sobą, i własna nicość nie gniecie go już tak parszywie w dołku jak przedtem.
Wszystkie takie drobne objawy, zadowalając czające się w głębiach węzłowisko upośledzenia, nasycając żądzę własnej ważności w sposób drobnostkowy i niski, uniemożliwiają przez rozmienienie istotnej wartości tego kompleksu na „drobne”, i to dość parszywe, zużytkowanie go na tle skumulowania ukrytej w nim siły działania w sposób wartościowy. Ciągłe rozpraszanie sił indywidualnych na czynności osłabiające zbiorowość musiało odbić się ujemnie na twórczości całego narodu, która stoi bezwzględnie poniżej przeciętnej europejskiej. Nic tu nie pomogą pocieszania się stuletnią niewolą i krótkością samodzielnego bytu państwowego — właśnie powinno być inaczej: sto lat niewoli powinno było u normalnego narodu skondensować siły, które powinny były wybuchnąć jak wulkan w czasie swobody. Nic podobnego nie widzimy; następuje coraz gorsze zagwazdranie naszych wartości kulturalnych: rozwija się tylko sport rekordowy, radio, coraz bardziej zapełniają się dancingi i kina, ale o wielkiej twórczości nie słychać nic.
Można by mnie zwrócić uwagę, że z tą pogardą to albo mam manię prześladowczą, albo jestem okazem wyjątkowym, słusznie nienawidzonym. Pierwsze, wobec niezwykłej jak dotąd pogody ducha u mnie, mimo przeciwieństw, jest jawnym fałszem. Co do drugiego, to nie wypada mi się tu wygłupiać w żądaniach choćby obiektywnego sądu, bo jak mówią Niemcy, „Selbstlob stinkt” — samochwał śmierdzi. Nie — nie wszystkie takie historie są złudzeniem; coś takiego obiektywnie istnieje i trzeba walczyć z tym przez uświadomienie, bo większość ludzi tak postępujących nie czyni tego przez złość wrodzoną i cynizm, tylko przez nierozpoznanie u siebie fatalnie skierowanego działania węzłowiska upośledzenia, którego napięcia ześrodkowane w kierunku realnej pracy i twórczości mogą dać wspaniałe rezultaty. Skanalizowanie kompleksu niższości powinno być jednym z postulatów wychowawczych w naszym kraju, od wczesnej młodości odpowiednich bubków zaczynając. (Mam wrażenie, że kobiety mają znacznie mniej tego problemu od mężczyzn: one tylko obserwują bacznie wydęcia tych ostatnich i zastosowują do ich stopnia swoje postępowanie, ale jako takie puszą się stosunkowo bardzo mało i to ich puszenie się wpływa niewiele na zatrucie ogólnej atmosfery moralnej. Tak mi się zdaje — oby to było prawdą!)