Hodowla przyjemniaczków

Przyjemniaczkami w ścisłym znaczeniu nazywam takie typki, które inni sobie po prostu „przyhołubiają”, aby z nich mieć pociechę jako z okazów do systematycznego zlekceważania i okazywania pogardy.

Przede wszystkim wszelkie drabiny hierarchiczne w urzędach państwowych i prywatnych instytucjach dają pole do stałego nasycania poczucia swej wyższości, często zresztą uczciwie zasłużonego. Nierówność nie da się usunąć w żadnym ustroju, nawet falansterowym; chodziłoby tylko o to, aby każdy typ człowieka był odpowiednio do swych zdolności i w ogóle danych zużytkowywany i aby z tego faktu, że dany osobnik z konieczności stoi w danej hierarchii niżej od innego (jako zastosowanie danego stopnia inteligencji czy charakteru), a dalej — wskutek tego stanu rzeczy — niżej jako odpowiedzialność, nie były wyciągane konsekwencje co do możliwości jego osobistego traktowania jako stwora godnego specjalnej pogardy. Przeważnie drabina hierarchiczna daje możność pewnym typom ludzkim (raczej nieludzkim) do odgrywania ich węzłowiska upośledzenia przez znęcanie się nad swymi podwładnymi. Ci upośledzeńcy, którzy w danej hierarchii nie są w stanie się ze swymi kompleksami wyładować, używają sobie w innej sferze: np. gnębiony urzędnik odbija sobie doznane upokorzenia w domu czy też na innego rodzaju „najbliższym otoczeniu”. Zjawiska tego rodzaju, pomijając notorycznych, urodzonych sadystów np., a nie ludzi kompleksowych, mogłyby być przez psychoanalizę zupełnie usunięte, a uświadomione poczucie niższości znalazłoby swoje naturalne, produktywne, dodatnie ujście.

Nie dość jest jednak znaleźć odpowiedni typ do nasycania wymienionych wyżej niezdrowych pożądań zlekceważania jakiejś żywej ludzkiej istoty (są takie prymitywy, którym wystarczają zwierzęta), trzeba go umieć, mimo systematycznych zlekceważeń, przy sobie na stałe zatrzymać. Bo cóż z tego, jeśli się kogoś raz machnie, a ten wypnie się na nas i odejdzie. Umiejętność tę nazwałem właśnie „hodowlą przyjemniaczków”. Są ludzie, którzy po prostu w tym celują. A sprawa nie jest łatwa, gdyż trzeba zaprowadzić jakąś szatańską miarę między przyciągającym pochlebstwem i zręcznie podpuszczaną trucizną, i to w takiej formie, aby poszkodowany musiał ją połknąć, nic nie mówiąc, nie stawiając problemu explicite (o czym mowa poniżej — jest to problem zupełnie specjalny), bo takie postawienie niszczy wszystkie wyniki hodowli i obezwładnia zlekceważyciela momentalnie. Dlatego „oni” (wyraźna mania prześladowcza) bardzo nie lubią eksplicitnych „rozmów istotnych” na ten temat.

Dozowanie jadów zlekceważenia jest główną sztuką hodowców. Mam wrażenie, że ja specjalnie nadawałem się do tych celów z moją naturą pykniczną w kierunku „bliźnich” i z moim niewyraźnym stanowiskiem jako malarza, pisarza czy filozofa. Dlatego poznałem dobrze ten mechanizm, do tego dołączyło się dziwne szczęście natrafiania przeważnie na typy wyrafinowanych hodowców. Chociaż twierdzę, że pewne typy budzą w większości ludzi ukryte nawet własności, bo przy moim obiektywizmie i absolutnym braku manii prześladowczej (qui s’excuse s’accuse127) trudno przypuścić, abym spotykał tylko typy wyraźnie sadystycznych zlekceważycieli i to zręcznych hodowców. Na tym kierunku pyknicznym w stosunku do ludzi, a następnie na iście leptosomicznej wrażliwości na złośliwość, chamstwo, brutalność i w ogóle świństwa wszelkiego rodzaju polegało to moje słynne już teraz zrywanie ciągle ze wszystkimi, o którym nie wahał się pisać w poważnym swym organie dowcipniś tej miary co Antoni Słonimski128. (Na tym miejscu oświadczam, że na skutek jego dowcipów właśnie, niezbyt pierwszej jakości, zrywam z nim stosunki definitywnie — 26 IV 1936.) Zlekceważyć tak sobie byle znów kogo to nie jest maksymalna frajda. Wyjść na rynek i okazać pogardę jakiejś przekupce czy woźnicy albo zgoła gówniarzowi nieszczęsnemu, co ekskrementy z miast nieskanalizowanych usuwa lub w kanałach pracuje129, to niewielka pociecha. Bo w świecie panuje niestety nierówność i hierarchia, która będzie przez odpowiednie zużytkowanie i poprawienie ogólnego bytu złagodzona, ale całkowicie usunięta nie będzie nigdy.

Otóż ja, ponieważ byłem kimś do pewnego stopnia znanym, a jednocześnie nieuznanym i posądzanym o czort wie co, o blagę, nabieranie na powagę wymyślnych, udanych teorii130, pisanie na farsę dramatów i powieści, plus jeszcze dzikie i niesamowite plotki, które się mojej osoby stale czepiały, nadawałem się specjalnie do tej roli, w którą dzięki naiwności i braniu ludzi takimi, jakimi mi się wydawali, zawsze po uszy właziłem, a następnie, zraniony jakimś już wyjątkowo chamskim wyczynem, zrywałem z „hodowcą” stosunki, co było często pozornie nieproporcjonalne do danego przewinienia, a wynikało z podsumowania w danej chwili całego szeregu poprzednich nieodreagowanych złośliwości i zlekceważeń. Trudność sytuacji polega na tym, że nie każdy może się zdobyć na rozmowę wyjaśniającą; na to trzeba mieć środki specjalne: przede wszystkim trzeba być dobrym dialektykiem, a następnie dobrym psychologiem, że tak powiem „detalicznym”; inaczej hodowca ośmieszy swą ofiarę w ten sposób, że przez ambicję będzie ona musiała się nadal poddawać jego wybrykom w milczeniu i zjadać jad w dowolnych dawkach, na tle właśnie wypadku nieudanego wyjaśnienia mechanizmu puszczonego w ruch przez dręczyciela.

Opisując jednak powyższy mechanizm szczegółowo, daję broń w rękę nawet tym moim kolegom-ofiarom, którzy sami nie posiadają dość środków pod ręką, aby wydać walkę zręcznemu dręczycielowi; bo w razie gdy jeden atak na hodowcę się nie uda, biada nieszczęsnemu przyjemniaczkowi: nigdy nie zdoła on się już podnieść z upadku.

Daję broń ofiarom, ale mogę uświadomić też danego hodowcę, który nie jest urodzonym, świadomym, zimnym drańciem na małą skalę i który tylko przez nieuświadomienie odgrywa w tak parszywy sposób swój nieszczęsny kompleks niższości zamiast zużyć tę energię na faktyczne podniesienie się w hierarchii myślących (IPN).

Weźmy jakiś przykład konkretny. Dla mego przyjaciela, wysokiego dygnitarza, np. jestem świetnym medium dla jego upośledzeniowych odgrywek. Nie pójdzie przecie do Boya czy Irzykowskiego, czy innego jakiego akademika i nie będzie się przed nim wypinał. To są wielkości uznane i szybko by takiego pana z jego złośliwościami zlikwidowały. „Przyjaźń” zaś ze mną daje mu specjalne prawa: tu może sobie pod tą pokrywką na wiele bezkarnie pozwolić. Zresztą człowiek taki (o ile człowiekiem go nazwać można) ma doskonałą intuicję, taką miarę dozwolonej nieprawości, jak biedny Bigda131 miał swoją „miarę czasu”. Nie powie czegoś takiego, wskutek czego przyjaciel jego (nawet przy tym kolosalnym koeficjencie, czyli po prostu współczynniku zrywalności, co ja np.) zerwać by stosunki się odważył. On powie coś takiego, czego owoce będzie sam w cichości smacznie pożywał, podczas gdy jego ofiara w bezsilnej złości skręcać się po cichu będzie, bo na wyzwolenie się z pajęczych sieci sił jej nie starczy. Będzie tak, o ile oczywiście ofiara ta kwestii explicite z całą ostrością nie postawi. Wtedy po chwilowym tryumfie132, o ile ofiara wytrzyma w ataku, w którym przewagę daje właśnie tortur-majstrowi explicitne postawienie kwestii, może zacząć być z nim źle. Tylko nie ustawać i dognębić do końca, a może, poza osobistym tryumfem, uratujemy uczciwego snardza od wielu pozornie małych, a jednak z punktu widzenia przyjaźni np. dość grubawych świństewek.

Muszę podać tu jeden choćby przykład konkretny, który starczy za tomy całe omawiających wyjaśnień. Jest to przykład nieomal klasyczny i dlatego mimo pewnych osobistych dla mnie niedokładności w nim zawartych muszę go tu detalicznie omówić. Nie uważam się bynajmniej za geniusza (jak to mi paru niepoczciwców starało się wmówić — tzn. nie genialność bynajmniej, tylko właśnie uważanie się za geniusza jako takie), ale znowu nie mogę zgodzić się z sądami różnych, niezbyt oczywiście dla mnie miarodajnych czynników, które chcą mnie zmieszać z błotem i odmówić wszelkiej wartości malarskiej, pisarskiej, scenicznej i filozoficznej. Jestem dość od siebie wymagający i mam wrażenie, że mój trzeźwy sąd (jestem przecie spsychoanalizowany dokładnie — to jest bardzo ważne) o sobie niewiele odbiega od rzeczywistości in plus, a w chwilach depresji in minus. Dowcipy i aluzje na temat megalomanii byłyby dowcipne w stosunku do kogoś, który by zdradzał tę wadę. Ów dygnitarz jest zaś znawcą dowcipu i czyjąś nawet lekką gafę ocenia natychmiastowo z dużą dozą słuszności. Jest przy tym jako życiowiec wyjątkowo sprawiedliwy i czuły na najdrobniejsze psychologiczne subtelności, mogące przynieść zmianę w ocenie czynu w kierunku dodatnim dla „oskarżonego”. Jest to człowiek notorycznie dobry i uczynny, czego nieraz na sobie doświadczyłem. Jest przy tym normalnie bardzo delikatny, nawet subtelny w obcowaniu z ludźmi. Czemuż niektórzy stanowią w stosunku do niego trwały (jak ja), inni zmienny wyjątek?

Ogólne moje twierdzenie jest: gdziekolwiek widzisz, że notorycznie dobry snardz okazał się okrutny, zimny, bezwzględny i nieuczynny, gdziekolwiek osoba zwykle delikatna (tj. taka, która „nie mówi o sznurze w domu powieszonego”) lapnie nagle jakąś obskurną brutalnostkę dla kogoś niezmiernie przykrą, jeśli ktoś poczciwy jak baran nagle wypuści z siebie śmierdzącą złośliwość itp., itp. wypadki bez liku, w których gość zaprzecza znienacka swemu istotnemu charakterowi, szukaj kompleksu, a przede wszystkim źle odegranego kompleksu niższości, czyli węzłowiska upośledzenia. W ten sposób da się wytłumaczyć mnóstwo odstępstw od charakteru, mnóstwo niespodzianek, wobec których często i dobrzy nawet psychologowie normalnego typu stają jako wobec nierozwiązalnych zagadek, a przez nowy pogląd na te sprawy mnóstwo sądów bezwzględnych o ludziach, nieporozumień, zadanych niepotrzebnie ran, zerwań, a nawet zbrodni (psychicznych i zwykłych fizycznych) może być łatwo usuniętych. (Chciałbym choć raz w życiu być „dobroczyńcą ludzkości” bezpośrednio i może mi się to uda, o ile myśl moja o groźności małych pozornie truciznek codziennego życia zostanie należycie zrozumiana, a prośby o wglądnięcie w zakamary własnych niemytych dusz wysłuchane133).

A więc „do dzieła”, jak mówiono dawniej — tylko z góry nie opierajcie i nie zauporzajcie się, o kotki me: wierzcie, że nie mam ani tzw. nadwrażliwości, ani manii prześladowczej, tylko jestem zwykłą (może nawet niezupełnie — dodaję to dla obiektywności), ale za to dość porządnie umytą duszą. Tym samym nie twierdzę, że jestem bez wad. Przeciwnie: mam wady zapewne nieuleczalne, ale widzę je dość jasno. Wściekłość mnie tylko porywa, jak widzę zupełnie porządnych ludzi zdanych na pastwę ich kompleksów, popełniających drobne, ale jadowite świństewka, na widok których, żeby mogli je zobaczyć, wzdrygaliby się i rzygali nawet ze wstydu i wstrętu.

Otóż nie ma nic gorszego, gorszego ośmieszenia i poniżenia dowolnego snardza, jak wskazanie przy pomocy aluzji przy osobach trzecich, że uważa się on za geniusza (lub w ogóle za coś dużo lepszego, niż jest), podczas gdy wiadomo przecie, że jest on takim a takim sobie bubkiem i koniec. I oto taki „przyjaciel”, który by mi nieba w normalnej świadomości przychylił, „łapie” w obecności mało mi znanej przystojnej i interesującej damy taką rzecz à propos rozmowy o moim ewentualnym i mało zresztą prawdopodobnym zaginięciu w górach: „I gazety napiszą, że zginął w tajemniczy sposób genialny Witkiewicz”. Przy tym oczy tortur-mistrza błyskają dzikim zadowoleniem, a szczęki rozsuwa bestialski, okrutny śmiech. I tak postępuje najlepszy w świecie człowiek, który — wiem o tym — ma nawet dla mnie w zwykłej świadomości pewne uznanie i szacunek. Kobieta uśmiecha się również zadowolona (w każdej kobiecie musi być sadystka — to stanowi urok ich i niebezpieczeństwo — musi, bo mają takie, a nie inne organy i środki działania, dane im na udrękę i rozkosz samców przez naturę) i obserwuje pilnie (jak i sam kat również), jakie objawy zachodzą na twarzy ofiary.

Przez moją twarz przechodzi cień głuchego bólu, wstydu i bezradności. Bo co tu robić w takiej sytuacji? 99,99% ludzi kurczy się w takich razach w sobie i poprzysięga zemstę przy innej sposobności. Dajmy na to, ja mógłbym doczekać np., kiedy rzeczony dygnitarz (który miał kiedyś lekkie aspiracje muzyczne) będzie jechał na urlop do Rymanowa, i powiedzieć od niechcenia: „I oto w «Rymanowskim Gońcu Zdrojowym» (czy czymś takim) pojawi się notatka, że wielki muzyk zawitał do skromnego zdrojowiska”. Byłoby to świństwo pierwszej klasy, bo wiem o muzycznych dążeniach dygnitarza i wiem równie dobrze, że mimo całej sprawiedliwości, sumienności, dobroci i uczoności w ekonomii wielkim człowiekiem nie jest, nawet w swym własnym zawodzie (a nie tylko in potentia134 w opuszczonej dla wyższej kariery czy też przez intuicję swych miernych zdolności muzyce), nie mówiąc o jakichkolwiek innych sferach działalności ludzkiej.

Po chwili milczenia (w której tłamszę obrazę i żal — tamci liczą, że na takie rzeczy nie ma odpowiedzi, bo odpowiedź wkopuje tylko zaatakowanego jeszcze gorzej, dając dowód, jak się ofiara ciosem tym przejęła — delikwent musi pożreć wszystko na oczach otoczenia, które napawa się jego upokorzeniem i „niewiedzeniem-co-począć”135) z trudem podnoszę się do walki eksplicitnej z nieznośnym stanem rzeczy: czyn, który spełniam z całą świadomością olbrzymich środków psychologicznych i życiowej znajomości tzw. „natury ludzkiej” (przeważnie jest to dobrze zaklajstrowane świństwo — to, co nim nie jest, nie należy jakby do tego gatunku, jest jakimś irracjonalnym wyjątkiem, bo niezmiernie cienka jest warstewka lakieru, którym pokryte jest niby uspołecznione bydlę ludzkie — banały, ale trzeba o tym wspomnieć), jest objawem niezmiernie rzadkim: olbrzymio większa część ludzi poddaje się w wypadku takim bezwładnie, maskując w jakikolwiek sposób rzeczywisty stan uczuć i licząc na odegranie się w przyszłości.

Mówię:

— Czyż nie czujesz, Gustawie, że mówisz teraz rzecz przykrą, niesmaczną, niedowcipną, tylko aby mnie nie wiadomo po co poniżyć i fałszywie przedstawić wobec panny Ludwiki i mieć nade mną wątpliwej wartości przewagę. — (Brwi kobiety skaczą do góry ze zdziwienia — wygląda, jak zwykle zdziwiona samica, wspaniale.)

GUSTAW (Twarz powleka mu bladokrwawy cień zniecierpliwienia, a nawet lekkiej złości, która potem umiejętnie zostaje przetransformowana na żal jakiś, oburzenie przyjaciela na niesprawiedliwość, głębokie zranienie najpiękniejszych uczuć.) — Ależ Stasiu, wstydziłbyś się z takiego głupstwa robić kwestię. Przecież powiedziałem to ot tak sobie.

JA — Nie, kotku, nie ot tak sobie, tylko chciałeś odegrać twój kompleks niższości. Ja specjalnie nadaję się do takich rzeczy...

GUSTAW (Już tryumfuje: ofiara wpadła w wilczy dół — można ją przytłamsić jeszcze więcej. Kobieta oblizuje się z zadowolenia wywołanego świadomością asystowania przy walce dwóch bezrozumnych samców. [Gustaw] mówi, stukając się palcem w czoło.) — Stasiu, Stasiu — źle jest z tobą: wyraźna mania persecutionis acuta136. Już parę osób mówiło mi o tym. Z tobą trzeba ciągle uważać...

JA (Z goryczą) — Tak: ty uważasz. Ty naumyślnie robisz takie kawały, a potem mówisz o specjalnej uwadze...

GUSTAW (Już cały rozpłynięty w rozkoszy wyższości.) — Musisz się leczyć. Znałem podobny wypadek. Dziś siedzi już w Tworkach. Naprawdę jest z tobą źle. (Bierze mnie lekko, niby czule — to najgorsze — za rękę, którą wyrywam ze wstrętem „jak oparzony”.)

JA — To niby staranie o moje zdrowie jest nową złośliwością. Robisz ze mnie wariata, abym nie mógł się obronić przed twymi złośliwościami.

GUSTAW (Już naprawdę oburzony — on to lapnął podświadomie, a kara go spotyka jak za przestępstwo. Na tym polega pełna oburzenia, ale zupełnie dla nich szczera obrona niemytych dusz (NDN) — drugie N oznacza, jak zawsze u mnie, liczbę mnogą.) — To ty jesteś niesprawiedliwy przez tę twoją nieznośną nadwrażliwość. Wiesz, że nie masz życzliwszego człowieka ode mnie, i imputujesz mi rzeczy wprost brzydkie. (I nie wie biedaczek-kat-Gustaw, że faktycznie je popełnia, tylko boczną rurką idącą wprost z bebechów, tak zwanym psychowypierdnikiem, niepodległym kontroli ośrodków wyższych, w obrębie których do rany go można ze skutkiem przykładać.) To jest już krzycząca niesprawiedliwość!

JA — Widzisz: wywracasz kota ogonem, i to w worku: z krzywdziciela robisz z siebie zręcznie ofiarę i mnie stawiasz w roli wariata o manii prześladowczej, ohydnego tzw. „nerwusa” (asocjacja: nerwowy duchowy oberwus), nadwrażliwca, jakąś kurczącą się glistę, połączoną z niesprawiedliwym kwerulantem (czyli po prostu kłótnikiem), fałszywym przyjacielem i niewdzięcznikiem. (Gustaw robi gest wzywający Boga o pomstę w kierunku kobiety, która uśmiecha się życzliwie: jestem, sądząc z tego symptomu, pokonany. Ale nie — muszę zwyciężyć lub zginę — jak? — nie wiem, ale zginę na pewno.)

GUSTAW — Pani widzi, przecież to jest maniak.

JA — Gustawie, ulituj się: mówmy jak stworzenia rozumne. Każdy, który poddany zostanie psychoanalizie, wykazywać musi opór. Jest to klasyczny wypadek, opór musi być — trzeba go przezwyciężyć i wtedy dopiero ukazują się wspaniale perspektywy życia ponad kompleksami dla dusz naprawdę umytych. (Staram się być pojednawczo dobry, opanowawszy pierwszy odruch złości — chcę się porozumieć, jak to inteligentom przystało. Nic z tego: kompleksy grają sobie dalej jak katarynki, głusząc głos rozumu.) Wszystko to robisz podświadomie...

GUSTAW — Otóż to. Wmawianie komuś czort wie czego pod pozorem uczonej teorii, a gdy to się nie da, mówienie mu o jego podświadomości. W ten sposób wszystko zainsynuować można...

JA — O nieszczęsny! Ty nie widzisz, że każdy musi na sam cień psychoanalizy tak właśnie reagować. Człowiek chroni swoją podświadomość jak skarb. Poza tym, że nie chce wiedzieć już nic o przykrych rzeczach, o których zapomniał, nie chce, aby mu odebrano możność odgrywania bez hamulców jego kompleksów. Czymże by nasycił swoje poczucie podświadomej niższości!

GUSTAW — Teraz ty jesteś bezczelnie złośliwy. Skąd wiedzieć możesz, że mam taki kompleks, o ile w ogóle cały freudyzm nie jest bzdurą.

JA — Po uczynkach ich poznacie je. Twoje drobne świństewka przemawiają, na tle twojej pozytywnej wartości płynącej z warstwy świadomej, o tym, że zły kobold pracuje w podziemiach twojej duszy, każąc ci spełniać bezwolnie jego zachcianki — to jest właśnie podświadomość — nie wiesz, co czynisz — nie można mieć o to do ciebie pretensji, ale trzeba, aby ten drugi, prawdziwy „ty” dążył naprawdę do samouświadomienia. Zastanów się tylko, czy żeby tu na moim miejscu — znienawidzonego prawie przez wszystkich, a trochę uznanego przez niektórych — siedziały powagi w rodzaju Boya czy Irzykowskiego, czy zrobiłbyś takiego witza w stosunku do nich? Nie — to jest oczywiste.

GUSTAW — Zrobiłbym na pewno. (Mówi to z fałszywą żarliwością i pewnością siebie.) Ależ oczywiście, że zrobiłbym.

JA — A ja ci mówię, że nie. Mówisz to zupełnie nieszczerym tonem; wątpię, czy wierzysz w to sam. Nie masz siły wmówić tego nawet w siebie, a cóż dopiero we mnie.

GUSTAW — Wiesz, że to zaczyna być nudne — to babranie się we mnie, w jakichś szczegółach nic nikogo nieobchodzących. Ty jesteś w ogóle maniak, nie tylko maniak prześladowczy: mania grzebania się w sobie i w innych. Są rzeczy ciekawsze i piękniejsze, i pożyteczniejsze...

JA — Tak, to jest typowe: jest nudną rzeczą uświadamianie sobie swych drobnych nieświadomych, niegodnych nas w naszej pełnej świadomości postępków, które dają nam możność bezkarnego odgrywania swego życiowego „katzendreckera”, swego „nieudacznictwa”, nieudałości, na niewinnych ofiarach. A co najgorsze, że uświadomienie takie, o ile oskarżony zrozumie swoją winę i przyzna się do niej, raczej jeśli będzie do tego z absolutną oczywistością zmuszony, zamknie mu raz na zawsze drogę w stosunku do tego osobnika, który go uświadomił, a o ile nie jest bezwstydnym wobec siebie sadystą, to może i wobec innych w sferze tego rodzaju postępko-występków. Albo też zerwie ze swym uświadomicielem stosunki — to jest najpospolitsze.

GUSTAW — Żyć by nie można, gdyby człowiek się babrał ciągle w takich subtelnościach. Tego nie wmówisz w nikogo — nikt tego nie zniesie. Tylko ludzie będą ciebie unikać i zostaniesz w końcu sam jak byczy ogon na śmietniku.

JA — Wspaniały dowcip, godny zaiste Słonimskiego. Czyż ty nie widzisz, ile energii ludzie marnują na zupełnie nietwórcze przeżeranie się w witzach, dowcipach i złośliwościach, psując sobie nerwy też, ale głównie innym, którzy znowu psują nerwy im nawzajem. Cała ta energia mogłaby być użyta na co innego.

GUSTAW — To jest gruba przesada. A zresztą dość mam tego: jeśli ci tak chodzi o tego geniusza i tak głęboko jesteś tym głupstwem zraniony...

JA — O! to jest też wybieg zlekceważenia przeciwnika i uniemożliwienie mu napadu przez apelowanie do jego ambicji. Wielu możesz zatkać w ten sposób gęby, ale nie mnie...

GUSTAW — Tak, ty masz w gębie siłę trzystu koni, jak pisał Boy o pewnym poecie — ty każdego potrafisz na śmierć zagadać.

JA — Ty byś chciał bezkarnie wbijać szpilki innym za paznokcie i w skrytości cieszyć się ich bezsilnym cierpieniem...

GUSTAW — Robisz ze mnie wprost potwora. Panno Ludwiko — prawda?

ONA — Ależ oczywiście, żyć by nie można, gdyby się tak zwracało uwagę, jak tego chce pan Witkacy...

GUSTAW — A zresztą przychodzi mi na myśl, że ja przecie wcale nie powiedziałem tego inkryminowanego zdania od siebie, powiedziałem, że „napiszą w gazecie” — dosyć.

JA — Otóż to jest szczyt ohydy, bo teraz chcesz mnie zgnębić zlekceważając termin „geniusz”, którego nie tylko użyłeś podświadomie, aby mnie zranić — i zraniłeś, tylko nie tym, czym chciałeś, tylko tym faktem, że ty możesz być takim w stosunku do mnie — ale nawet w cudzysłowie, jakby od gazety, a nie od siebie. I tuś się złapał we własne sidła, bo tym samym przyznajesz się, że użyłeś tego słowa w znaczeniu jawnie humorystycznym, aby ośmieszyć wobec panny Ludwiki poważnego zresztą faceta, czyli snardza, którego naprawdę za geniusza byś mieć nigdy nie mógł; nawet gdybym nim naprawdę był, to nie byłbym nim dla ciebie jako dla mego przyjaciela.

GUSTAW — Teraz ja cię mam. A jednak masz ten problem naprawdę. Mimo pozorów jesteś megalomanem.

A — Powiedz jeszcze: blagierem i pozerem, a będzie seria epitetów, które nadają mi moi wrogowie spod ciemnej gwiazdy. Ale tego ty nie potrafisz, nawet ty...

GUSTAW — Co za niesprawiedliwość itd., itd.

Oto typ tego rodzaju rozmówek, które doprowadzają do rozpaczy. Ale jeśli się je z uporem przeprowadzi do końca i odkryje przez to hodowcy jego całą ohydę, to o ile jest on uczciwym człowiekiem, musi się wśród potwornych mąk samobiczowania poprawić. Niestety niewielu bardzo ma na tego rodzaju procedery czas i ochotę. Przeważnie ludzie te rzeczy załatwiają tak, że taplają się w bagnie najohydniejszych wzajemnych podświadomych odwartościowań i zadowoleń najniższych pożądań: wywyższania się kosztem drugich. Powtarzam, problemy te ważne są we wszystkich warstwach umysłowych i w każdym ustroju. Rozwiązanie ich, które jest kwestią dalekiej przyszłości, uwolni ludzkość od potwornego w swych rozmiarach, a zupełnie nieuświadomionego procesu samozatruwania się, który nie tylko zagwazdruje teraźniejszość, ale wisi jak zmora nad całą przyszłością. Drobne kątowe różnice szybkości urastają do kolosalnych rozmiarów przy odpowiednim przedłużeniu promieni. Tak samo jest z tymi zagadnieniami, jak i np. z problemem radia, które oprócz swych dodatnich efektów przyczynia się nie tylko do upadku samej muzyki, ale też do doszczętnego ogłupienia i zatłamszenia wszelkich wyższych aspiracji duchowych u większości tzw. niesłusznie inteligencji, tj. tzw. właściwie „surdutowców”, tzn. poprzebieranych cudacznie nieszczęsnych zwierzątek.

Pozycje węzłowiskowiczów-upośledzeniowców świetnie są bronione137. Nie każdy chce się narażać na klęskę, nie mając odpowiednich środków walki (ale zaznaczyć trzeba, że pierwszym warunkiem zwycięstwa jest absolutna szczerość, jakkolwiek bez odpowiedniej znajomości psychologii, freudyzmu i bez pewnej umiarkowanej dialektyki nic sama tu nie wskóra) łatwo może usłyszeć, że jest pesymistą w stosunku do ludzi, że ludzie wcale nie są tak źli, że chyba musiał doznać wielu krzywd (zwłaszcza od kobiet) i dlatego jest taki podejrzliwy, że jest małostkowy (w przeciwieństwie do dużostkowości kompleksowicza!) lub że jest wręcz obłąkany. To wszystko nie jest do wysłuchania przyjemne i obrona, jak to widać z naszkicowanej tu mojej rozmowy z Gustawem, nie jest łatwa. O ile po pewnym okresie oporu nie nastąpi nagle znaczna poprawa, trzeba przyjść do wniosku, że ma się do czynienia z „zimnym draniem” i zostawić gościa na lodzie.

Otoczenie myśli sobie: jeśli taki snardz jest tak jadowity i złośliwy, to cóż to muszą być na to za podstawy, a tymczasem często nic tam nie ma prócz jadowitej pustki i pretensji do „bytu w ogóle” i do losu138. A propos szczerości mała dygresja: nie zawsze źle zrozumiana szczerość jest czynnikiem dodatnim (przeważnie zresztą ludzie naprawdę szczerzy, np. ja, uważani są długie lata czasem za blagierów i pozerów — tę prawdę zawdzięczam Tomaszowi Zanowi, ale długo jej nie rozumiałem istotnie). Weźmy np. krytyki Słonimskiego, który zionie wprost niewygranym kompleksem niższości, o czym raz już publicznie wspomniałem139. Kiedyś mówiąc o Słonimskim z jedną z „dam hufcowych” „Skamandra” wyraziłem się o nim źle jako o krytyku, zarzucając mu brak subtelnego wartościowania i pewną stronniczość w ocenach, np. w stosunku do sztuk: Andrzeja Rybickiego i mojej (mniejsza z tym — kwestia ta nie jest ważna jako taka) — pani owa odpowiedziała, usprawiedliwiając go: „On jest za to zupełnie szczery”. Otóż szczerość absolutna jest tu nie na miejscu. Nie ma człowieka, który by na widok czyjegoś względnie morowego wyczynu nie doznał lekkiego choćby speszenia, objawiającego się przemknięciem charakterystycznego „cienia zawiści” po dokładnie choćby zamaskowanej twarzy, mordzie czy pysku. Nawet ja, którego czynami i sądami nigdy nie kieruje zawiść, doznaję tego wrażenia. Jeśli nagle jakiś snardz, który dotąd żył sobie skromnie, powie mi: „Wiesz — zostałem profesorem konserwatorium w Valparaiso”, to „mimo woli” skurczy mi się gdzieś jakiś bebeszek i cień przemknie mi gdzieś tu między oczami a czołem, koło brwi i nad powiekami. Mimo to nie zacznę wtedy ganić jego kompozycji, które mi się przedtem podobały, i nie zacznę bez powodu opowiadać o nim, że jest draniem, mimo że dotąd uważałem go za uczciwego snardza. O to tylko chodzi: nikt nie jest wolny od takich odruchów, ale nie mogą one wpływać na nasze sądy, stosunek do danych ludzi i czyny. Otóż czasem trzeba nie być szczerym, o ile właśnie można się obawiać, że czyny dane mogą mieć wymienioną pobudkę. To nie jest wtedy nieszczerość, tylko zbadanie dokładne podstaw danego swego sądu. Szczera byłaby np. taka niepoddana analizie krytyka, gdyby autor oświadczył przed ujęciem jej w nawias: „Teraz będę mówił, co mi ślina do gęby przyniesie, nie licząc się z tym, czy sąd mój dyktowany jest zawiścią, czy też istotnie negatywnymi walorami krytykowanej rzeczy”. Wtedy można sobie pozwolić na wszystko, nawet na robienie pipi na głowę — będziemy wiedzieli, co to znaczy. Ale nie można rzygać na kogoś z zawiści, podając to za sąd tzw. „obiektywny” o „artystycznej stronie rzeczy”. Tyle wiedzą nasi krytycy o owej artystycznej stronie, ile ja o własnościach rolniczych patagońskiego guana. Słonimski jest średnio wartościowy jako tępiciel tandety, która cokolwiek inteligentniejszemu snardzowi do oczu wprost swą tandetnością skacze, ale nie można powiedzieć, żeby miał „eine Hand für die Nuancen140. Jako „niezanalizowany” może łatwo kiksa zrobić, np. krytykuje ostro bardzo Kiedrzyńskiego, od którego w swej twórczości scenicznej (nie poetyckiej, której jestem poniekąd, z pewnymi ograniczeniami, wielbicielem) mało co się różni, a jednocześnie rżnie z życiowego punktu widzenia rzeczy, które wymagałyby bardziej reaktywnie zniuansowanych aparatów odbiorczych, a nade wszystko jakiegoś choćby rudymentarnego systemu pojęć oceny. Oczywiście właściwości czyjeś poznajemy lepiej i dokładniej, jeśli o naszą skórę chodzi. Ale u mnie czynnik osobisty przez stałą tresurę od wielu lat i przez psychoanalizę zrobioną przez dr de Beaurain jest usunięty nieomal całkowicie: jestem w stanie na równi bronić wroga przed niesprawiedliwością, jak pożreć się tak z najlepszym przyjacielem, że tylko kości ogonowe zostaną, jako już zupełne „inmandżjabilia”. Dlatego posądzanie mnie, że wskutek ostrej krytyki mogę się czuć dotknięty i zmieniać sąd, jest zupełnie niesłuszne, a nawet nieładne141.

Postęp w kierunku, o którym mówię, może się odbyć wtedy, jeśli np. na tle istotnego zrozumienia tej mojej książki wszyscy do wszystkich ostro się zabiorą i wzajemnie gruntownie wyczyszczą. Niedawno widziałem się ze snardzem, który przez dwa lata po świńsku ze mną postępował, nie chciał tego uznać, kłamał przed sobą, wymyślał na Freuda i w ogóle stawiał opór jak mrówkojad przyparty do muru. Dziś jest wielbicielem Freuda, któremu (pośrednio też mnie) nowe życie zawdzięcza, już się nie opiera, już jest na drodze do doskonałości (prawdziwej, a nie zakłamanej pod maską teozofii czy innej pseudoreligijnej bzdury142); odbył spowiedź generalną, przyznał się do wszystkich świństewek (przezwyciężania mnie, z powodu braku odpowiednich narzędzi do walki pojęciowej, środkami nieszlachetnymi — metoda stosowana zresztą ogólnie) i teraz jest wzorem prawości w stosunkach z ludźmi w ogóle, a nie tylko ze mną. Sam człowiek wyczyścić się nie potrafi — ktoś coś niecoś uświadomiony musi mu w tym pomóc. Książka niniejsza ma służyć dla zainicjowania takiego „łańcucha”, bez wątpienia potrzebniejszego i pożyteczniejszego niż owe łańcuchy skupiające myśli na określone daty lub prowadzące do innych wypinań się w nicość, pod pozorami bardzo „wysokich” zamierzeń. Ale jednym z głównych warunków powodzenia samoanalizy jest wyzbycie się pychy. Dlatego to np. teozofowie, jako typy par excellence143 pyszałkowate, twierdzące, że oni jedynie posiedli jedyną „wiedzę” (i to tajemną!), nie nadają się zupełnie do tego rodzaju udoskonaleń, mimo że o nich dużo i mętnie lubią gadać, zakłamując się tak, że są w stanie popełniać ordynarnie nieładne czyny (subtelnie psychiczne — o włamaniach i rabunkach w ogóle tu nie mówię) pod maską tajemnych praktyk, mających na celu złączenie się wiernych w niebycie, bez tracenia mimo to osobowości. „Mało i pomału, tako je i w astralu, pane” — jak mówił pewien pseudo-Czech.

Poznałem kiedyś dwoje ludzi głęboko religijnych, którzy w zwykłych swych świadomościach byli pozornie oboje wzorem wszelkich cnót: łagodni, cierpliwi, sumienni pracownicy na jakiejś tam niwce, w miarę inteligentni i nawet względnie wykształceni, na tyle, na ile wiara ich pozwalała im na rozwój umysłowy (o zupełnym nieskrępowaniu filozoficznym mowy być nie mogło); zdawali się tworzyć jakąś wzniosłą dwoistą jedność. Aliści zacząłem podejrzewać, że na ile ona zdawała się być rzeczywistą doskonałością, to w nim na pewno siedział chyba jakiś diabeł. Po dłuższym skrobaniu odnalazłem i w niej elementy, które nie mogły być jej własnego pochodzenia: były to osady na niej, stworzone nieświadomie przez jego podziemnego diabła w celu jej głębszego opanowania. Były chwile, że oczy jego stawały się jakieś strasznawe, jakby człowieka tego pożerała, utajona w normalnym przebiegu dnia, ambicja stworzenia tzw. „rzeczy wielkich”. Szczególniej występowało to w związku z czyimś powodzeniem, z czyimś dokonaniem czegoś wartościowego, z jakimś okazanym komuś uznaniem. Po takich faktach — zaraz lub w jakiś czas potem — następowała zwykle seria niczym nieusprawiedliwionych złośliwości, drobnych chamstewek, uszczypliwości lub ordynarnego wręcz traktowania (mnie lub kogoś innego, który był pod ręką względnie nogą, o ile w robocie było kopanie). Parę razy puściłem rzeczy takie mimo uszu, ale zaczęły one występować tak obficie, że nareszcie nie wytrzymałem i po pewnym czasie zapytałem owego doskonałego chrześcijanina, co on sobie właściwie myśli. Zrobił zdziwioną minę, ale jakby „pod galaretą” — taki rodzaj niewidocznej maski, którą się robi ściągając skórę na głowie ruchem tzw. „strzyżenia uszami”.

— Ja? — spytał zdziwionym tonem — ja nic, chyba ci się zdawało. Ja nawet po prostu nie mogłem tego powiedzieć — to jest absolutnie nie w moim stylu144.

— Ależ Forciu (mój były przyjaciel nazywał się Teozoforyk i był bardzo nawet często praktykującym katolikiem), powiedziałeś na pewno to i to (pierwsza lepsza złośliwość zlekceważająca istotnie interlokutora czy też okazywanie wyższości swej w kwestiach odwagi145). (Coraz większe zdziwienie:)

FORCIO — Więc jeśli zrobiłem coś takiego, to niechcący; więc czyż można mieć do mnie o to pretensję. (Twarz naiwna, uszy po sobie, ale w oczach za to jakieś dziwne stężenie; „and he — to ja — saw the dangerous soul of the man146, jak pisał J. London.)

JA — Traktujesz to tak, jak potrącenie przypadkowe na ulicy, które czasem nie bywa tak przypadkowe właśnie, jak się wydaje. Ale i w tym wypadku, o ile ktoś programowo cię potrącił, aby cię zlekceważyć, i nie przeprosił, nie możesz mu udowodnić, że faktycznie nieprzypadkowo to zrobił, a zrobiwszy, że faktycznie nie zauważył „szturku” i nie przeprosił dlatego właśnie — jakkolwiek jest to bardzo możliwe. W pewnych wypadkach masz jednak pewność, że tak nie było, a dowód byłby niemożliwy.

FORCIO (ucieszony, z „oblechczeniem”) — No właśnie — wo, wo, wo — o to chodzi.

JA — Nie, kotku, nie o to chodzi. Chodzi o to, że gdy się mówi, to są tam, niestety, prócz intonacji i barwy głosu jeszcze znaczenia słów — tych nie można wykręcić jak kota ogonem w worku — można do pewnego stopnia w pewnych wypadkach, ale zawsze coś tam zostanie. Otóż tu są słowa (cytuję mu jakiego witza na temat moich portretów czy też głupie aluzje w związku z tzw. „Barenproblem in Tatra”: problem niedźwiedzi, tak rzadkich już w górach tatrzańskich).

FORCIO — Może ci się zdawało albo przekręciłeś, bo naprawdę trudno mi się do tego przyznać. Albo też jest to bezmyślne głupstwo. (Tu go mam.)

JA — Otóż Freud tłumaczy te bezmyślne głupstwa, a nawet proste przemówienia się i omyłki podświadomością...

FORCIO — Otóż to: jeśli podświadomie coś powiedziałem, to nie mogę za to odpowiadać. Sam się wkopałeś — sprawa skończona — nie nudź mnie tą psychologią, bo się naprawdę pogniewam.

JA — Otóż to. Przede wszystkim bardzo mała cząstka naszego życia jest świadoma, refleksyjnie przeżyta lub ujęta w symbole i zafiksowana. Na tle gąszczów podświadomych impulsów, mimo całego niby-przepojenia naszej psychiki pojęciowością, czysta świadomość to drobne iskierki oświetlające powierzchnię dziania się, która jak skorupa zamyka tętniący i dudniący podziemny wulkan naszych uczuć i popędów. Właśnie według Freuda zatłamszone w świadomości przykre przeżycia przechodzą znowu do podświadomości i stamtąd promieniują na nowo bez naszej wiedzy, deformując nasze życie świadome tak, że o tym bez pomocy kogoś drugiego, wtajemniczonego, niczego się dowiedzieć nie możemy.

FORCIO — I w ten sposób wtajemniczeni zyskują panowanie nad tymi, których wtajemniczają. Wolę kapłanów mojej religii niż tych wysłanników piekła, a w każdym razie jakiegoś małego piekiełka.

JA — Piekiełko jest w tobie, Forciu, tam gdzie hodujesz twego potworka, bo na prawdziwe monstrum nie stać cię, jako człowieka w świadomości twej notorycznie dobrego. Cała twoja złośliwość to jest — wybacz teraz programową brutalność dla twego dobra — twoje do pewnego stopnia nieudane życie, zawiedzione marzenia, nie spełnione wielkie czyny. Musisz się odegrać w stosunku do tych, którzy jak ja, choćby na marginesie też nieudanego realnie — realnie, powtarzam — życia, zdołali zrealizować choć jedną dziesiątą tego, co mieli zamiar — nawet ja ci daję tę możność, a może nie ja sam nawet jako taki, tylko właśnie przez to właśnie specjalne moje położenie, które znasz prawie dokładnie z rozmowy mojej z Gustawem.

FORCIO — Już puściłeś się i zawsze na dnie wylezie z ciebie, używając twego ulubionego freudowskiego wyrażenia, kompleks nieuznania ciebie przez publiczność. Mógłbyś się już raz z tym pogodzić albo zacząć „robić pod publikę”...

JA — Poprawiasz jedną złośliwość drugą — to zawsze tak — znam się na tym. Dowodzi to, że kompleks został poruszony. Otóż zrozum, kretynie (mówię już ze złością, bo nic tak nie złości jak głupota — rzeczywista mniej niż udana — a złośliwość z głupotą to już jest „comble147 wszystkiego), że przecie jakkolwiek nie odpowiadamy ściśle za naszą podświadomość, to jednak jedynym środkiem dla postępu wewnętrznego, czyli, jak ty to nazywasz, dążenia do doskonałości — o jakże dalekim jesteś od niej, mimo że mnie za to, że czasem wypiję piwa czy zażyję kokainy (czego już teraz nawet nie robię), uważasz za nieczystego wieprza — a więc jedynym środkiem jest uświadamianie sobie podświadomego i unikanie tego, co jest w nim bydlęcego, egoistycznego, złego i plugawego. Jakaż jest inna droga? Tak było zawsze i tak będzie, póki będzie trwał psychiczny postęp i w ogóle rozwój ludzkości. Czymże były i są wszystkie praktyki chrześcijańskie, jak nie środkiem do tego celu: opanowania podświadomego bydlęcia i stworzenia z niego świadomego członka „Królestwa Bożego”. Tylko środki religii są już wyczerpane — skończyła się jej wychowawcza rola i miejsce jej zajęło jedyne prawdziwe i groźne bóstwo: samouświadamiające się społeczeństwo.

FORCIO — Tylko temu daj pokój — wolę już psychologię, jeśli masz zamiar wkraczać na teren religii i etyki. Tu do porozumienia nie dojdziemy. Itd., itd.

Po kilku takich „frykcjach”, z łapaniem za słowa na gorącym uczynku natychmiast, aby co do samego tekstu nie było już „nieporozumień”, facet nagle przyznał się, że jest złośliwy, i wkrótce potem, równie nagle, po paru nieudanych próbach dokuczania, złośliwym być przestał. Ale jako tzw. „czynność zastępczą” zaprowadził takie metody przezwyciężania mnie przy pomocy „drugich ludzi”, że stosunki ostatecznie rozchwiały się: miałem do wyboru albo postępowe poddawanie się i zdawanie się na łaskę i niełaskę, albo zerwanie, bo porozumienie się — na tle zbyt wysokiego mniemania jego o sobie i poczucia nieomylności (nieomyłu) sądów, z programowym wykluczeniem dyskusji z jego strony (też rodzaj obwarowania się i pognębienia przeciwnika) — stało się technicznie wprost niemożliwe. Może to być wypadek, gdy zaplugawiona i nieoczyszczona, zaprzała w sobie i sfermentowana podświadomość doprowadza snardza przy sprzyjających okolicznościach do tego, że z (ND) — (Niemyta Dusza) przemienia się on powoli na (ZDR) — (Zimny Drań). A na to nie ma już rady, przynajmniej w moim arsenale środków psychicznie odwaniających: jest to, jak mówił Nietzsche po prostu: „die Freude zu stinken148.

Może ktoś myśleć, że pisanie o takich rzeczach, kiedy świat się wali, gdy dzieją się potworne bezprawia dokonywane nad milionami w imię umarłych lub konających fikcji przez bandę zdegenerowanych emanacji nowotwora ginącego ustroju pseudodemokratycznego, jest wynikiem zupełnego braku wszelkiego wartościowania. Przysięgam, że tak nie jest — problemy te są piekielnie ważne, a nierozwiązanie ich prowadzi do zatrucia w dowolnej strukturze społecznej znajdujących się wartościowych osobników. Dowodem tego nasza historia aż do lat ostatnich. Tym kończę ten prawdziwy „ustęp” o hodowli przyjemniaczków.