SCENA CZWARTA
CIŻ — MLICKI.
Mlicki wchodzi nagle, nawpół nieprzytomny, wlepia uporczywie oczy w Zdżarskiego.
OLGA
niespokojnie.
Cóż to Stefanie?...
MLICKI
krzątając się.
Nic... nic... Szukam papierosów, nie wiem, gdzie je położyłem.
ZDŻARSKI
przyjaźnie.
Nie powinieneś palić, jeżeli cię tak bardzo głowa boli.
MLICKI
niespokojny.
No!... cóż tam nowego słychać w mieście? Ty tak dziwnie wyglądasz — tak ci oczy latają...
ZDŻARSKI
Już dawno zauważyłem, że cierpisz na manię prześladowczą.
MLICKI
Tobie, mój kochany druhu, tobie jedynie mam ją do zawdzięczenia
Kiwa mu głową i odchodzi.
Pauza.
OLGA
Kiedyż nareszcie będzie pan łaskaw opuścić mnie?
ZDŻARSKI
brutalnie.
Kiedy mi się będzie podobało!
OLGA
zrywa się.
Czyś pan zwaryował? Co się panu dzieje? Czego pan chcesz odemnie?
ZDŻARSKI
Chwileczkę cierpliwości!
OLGA
Pan mi grozisz?
ZDŻARSKI
Bynajmniej. Ale chętnie chciałbym się przekonać, czy tchórzliwe, chytre i obłudne sumienie jest w stanie zepsuć szczęście ludziom postępu, ludziom inteligentnym.
OLGA
dumnie i z pogardą.
Słuchaj pan! Był czas, że miałam litość nad panem. Czułam, że byłam powodem pańskich cierpień i cierpiałam z panem pospołu... Chciałam pana choć w części odszkodować — miałam na myśli proste odszkodowanie — trochę przyjaźni...
ZDŻARSKI
Aleś ty fenomenalną komedyantką! he, he! Kochałem panią, a pani zadawałaś sobie trud, by mnie z miłości wyleczyć! Czyś ty mi kiedykolwiek powiedziała, że nie mogę mieć nadziei? Czyś nie siedziała ze mną w ciemnym gabinecie przy szampanie, nie pozwoliłaś się wziąść na ręce i nieść na trzecie piętro, rozpuszczać włosy i całować? Zawsześ mi zostawiała otwartą furtkę i jeszcze przy końcu podawałaś mały paluszek.
OLGA
drwiąco.
A ty byłeś na tyle głupi, żeby chwytać za całą rękę... Ha, ha, ha! Jakiś ty nieokrzesany!
ZDŻARSKI
nie zważając na jej drwiny.
Odszedłem raz, rzuciłem ci obelgę w twarz — przysłałaś do mnie na drugi dzień. Unikałem cię, a ty zawsześ mnie wyszukała i wlokłaś za sobą i psułaś i niszczyłaś jeden kawałek mej duszy po drugim.
OLGA
osłupiona.
I ten nędzny człowiek w ten sposób pojmował moją litość i moje współczucie! z drwiącą pogardą. Ha, ha, ha! to rzeczywiście wspaniałe!... Dlaczegóż nie zadeklamujesz strasznej a płaczliwej ballady o twej narzeczonej, którą dla mnie porzuciłeś? Miałeś przecie też taką Helenkę!
ZDŻARSKI
porywa się drżący.
Milcz!
OLGA
śmieje się coraz głośniej.
Co za pyszny widok... Zdżarski w pasyi! Jak on się umie unieść! Ha, ha, ha! Powiadałeś mi raz, żeś najlepszemu przyjacielowi skradł pieniądze, by módz za mną pogonić! Zapomniałeś o tem?
ZDŻARSKI
podchodzi ku niej.
OLGA
staje przed nim.
No, panie Zdżarski, czego sobie pan jeszcze życzy?
ZDŻARSKI
opanowuje się nagle — z drwinami.
Podziwiam panią! Pani ma rzeczywiście odwagę!
OLGA
z głęboką wzgardą.
Słuchaj pan! Pan chcesz się mścić! Well! Ale może ten interes — bo dla pana wszystko interesem — może interes ten polubownie załatwimy? Żądasz pan odszkodowania. Przyjaźnią się pan odszkodować nie dał — a więc może monetą. Jestem dość zamożna. Ile pan żądasz? Zacznij pan od wysokiej sumy...
ZDŻARSKI
śmieje się wesoło.
Pani niezwykle dowcipna!
OLGA
Więc nie chce pan pieniędzy. To mnie cieszy. Ale pomścić chce się pan za wszelką cenę! Więc proszę! Mścij się pan!
ZDŻARSKI
wpada w zamyślenie.
Właściwie jestem już zmęczony całą tą komedyą! W części jestem już pomszczony! Ile pani ma niepokoju, i ile obawy o biednego Stefana... Zresztą pani broni sprawy zupełnie przegranej... Helena go zabije... Możeby mógł o niej zapomnieć, gdyby przy pani znalazł odrobinę szczęścia.
OLGA
Dalej, dalej! Kończ pan!
ZDŻARSKI
Ale go nie znajdzie. Niestety! Nie potrafi pokonać w sobie samca, który się od kobiety domaga czystości.
OLGA
Żałuję nieskończenie, że nie mogę kazać pana za drzwi wyrzucić!
ZDŻARSKI
Na dobre nie wyszłoby to pani! Zresztą ma pani racyę! Doprowadźmy sprawę do końca. Więc proszę pani, nasamprzód postarałem się o to, że Mlicki swych szczęśliwych a może szczęśliwszych od niego poprzedników nie zapomni!
OLGA
opada zupełnie z sił.
Więc czegóż pan chcesz więcej?
ZDŻARSKI
Ale to wszystko są rzeczy niepewne. Jego próżność i słabość mogłyby samca pokonać, a wtedy mogłaby pani być z nim szczęśliwą... Więc pozostaje sumienie — a sumienie jego zbolałe — jedna rana otwarta...
OLGA
Cóż dalej, dalej?
ZDŻARSKI
W tej chwili! Otóż żeby pani wszystko zrozumiała, muszę pani wyznać, że nie znałem nikogo, ktoby mi tak głęboko wrósł w serce, jak Helena... Oboje jesteście winni jej nieszczęściu... Ale wy jesteście ludzie inteligentni, więc moglibyście o niej zapomnieć, a wtedy, kto wie, czybyście istotnie nie mogli być szczęślwi... A na to nie pozwolę!... Przyszedłem pomścić Helenę i siebie. Skoro się Mlicki dowie...
OLGA
z największą trwogą.
O czem?
Pauza. Zdżarski zamyśla się.
OLGA
opada zupełnie.
Przyszedłeś mu to powiedzieć?
ZDŻARSKI
Tak.
OLGA
porywa się nagle.
I nic cię od tego nie powstrzyma? Nic?...
ZDŻARSKI
Nic...
Pauza.
OLGA
namiętnie, bezładnie.
Nie mów mu tego! Teraz nie... Błagam cię, proszę cię na litość Boską! Nie mów mu tego. Rób ze mną co chcesz, ale nie powiadaj mu tego! Później! Później! Jutro...
Zdżarski milczy.
OLGA
szepce.
Dam ci wszystko co zechcesz — opuszczę go, jeżeli zażądasz, ale nie druzgocz go teraz! A to go dziś zdruzgocze.
ZDŻARSKI
On bezlitośnie Helenę zdruzgotał. Ty mnie.
OLGA
zrywa się.
Dobrze! Dobrze! Powiedz mu natychmiast! Zobaczymy kto silniejszy, ja czy ona! woła. Stefan! Stefan!