I
— Czy ratusz zupełnie spłonął? — spytał Gordon, nie patrząc na Botkę.
— Kiedy odchodziłem, leżały tylko gruzy murów212... Willa Kortumów pali się jeszcze jasnym płomieniem.
— I wszyscy są przekonani, że to Sobek zrobił?
— O nie! i to właśnie źle. Zdaje się, że Okonek ściągnął na siebie bodaj213 podejrzenie...
— To rzeczywiście źle! — dorzucił Gordon, nie zwracając jednak dalej uwagi.
— Hartmann ma pieniądze? — zapytał znowu.
— Wszak wiesz już o tym.
— Czy mówiłeś z Ostapem, nim się powiesił?
— Tak.
— Czy mówił ci, że to zrobi?
— Tak. Prosił, aby go zostawić w spokoju, do takiego czynu trzeba wiele spokoju.
— Która mogła być godzina, kiedy się powiesił?
— Mniej więcej trzecia.
— Więc niedługo przedtem nim wróciłem?
— Tak. Czy masz zamiar zarządzić środki ratunkowe?
Gordon milczał.
— Postępujesz nierozważnie, Gordonie — zauważył Botko. — Nie powinieneś teraz wprowadzać obcych do domu. Co chcesz począć z tą chorą?
Gordon siedział głęboko zamyślony.
— Co chcę począć?
Myślał.
— Co chcę począć? Oczywiście nic. Tymczasem siedzi przy niej Michalina, a Maciej pojechał do miasta po doktora.
Botko spojrzał na niego przerażony.
— Ależ na miłość Boską, w takim razie musimy go usunąć! — wskazał na sofę.
Na sofie leżał Ostap. Twarz jego wyglądała przerażająco. Wargi skrzywione złośliwym skurczem, język wywieszony, oczy wpół otwarte.
Gordon zerwał się.
— Tak, na Boga! Musimy go natychmiast usunąć.
— Ale dokąd?
— Do stodoły. Naturalnie do stodoły. Ukryjemy go w słomie, a potem podpalimy stodołę. Która godzina?
— Wpół do siódmej... Nikt nas chyba nie zobaczy?
— Nie, nie...
— No, więc szybko! Bierz go za głowę!
Botko chwycił Ostapa za nogi.
Gordon wpatrywał się przez chwilę w Botkę, jakby nieprzytomny.
— Nie, ty... nie! Weź go za głowę. Nie mogę patrzeć na tę twarz.
— Wszystko mi jedno! Ale do diabła, ty nie drżysz chyba?
— Nie, nie!
Gordon zebrał wszystkie siły. Wstydził się swej słabości. Otworzył drzwi prowadzące na podwórze i brutalnie chwycił trupa za barki. Botko ujął go w milczeniu za nogi.
Szli ostrożnie przez podwórze, ale nagle potknął się Botko i upuścił nogi Ostapa.
Gordon rozśmiał się szyderczo214.
— Idź, otwórz stodołę. Ja sam dam sobie radę...
Wziął Ostapa na ręce, ale ciągle potrącał głową trupa o szereg wozów stojących przed stodołą; uniósł się wściekłością, położył go na ziemi, chwycił pod ramiona i wlókł po ziemi. Wydawało mu się, że trup waży tysiące cetnarów215. Z nadzwyczajnym trudem stanął przed bramą stodoły.
— Jesteś tu? — szepnął. — Pomóż mi przecież.
Obaj wnieśli Ostapa do stodoły i pokryli snopkami słomy.
— Będzie mu tu ciepło — szydził Gordon, chichocząc.
Kiedy wrócili do pokoju, Gordon, znużony, rzucił się na sofę. Botko chodził po pokoju wielkimi krokami. Nagle zatrzymał się.
— Teraz ostatni czas, abym zniknął. Skoro wieczór zapadnie, ruszę w drogę.
— Nie chcesz zobaczyć, co się dzisiaj stanie? — spytał obojętnie Gordon.
— Nie! Wiem wszystko naprzód... Ale słuchaj! Nim pójdę... Czy wiesz, że łatwo możesz na siebie ściągnąć podejrzenie?
— Przecież tylko Okonek żyje jeszcze — rzekł Gordon.
Zamilkli nagle. Obaj zaniepokoili się.
— Ciekawy jestem, co Okonek jutro zrobi — rzekł Gordon, powstając.
Botko nie odpowiedział. Milczeli długo.
— On zna właściwie za dobrze twoje sprawy — rzekł w końcu Botko... — Jeszcze wczoraj mówiłem z nim. Jest niezwykle przebiegły... Zdawało216 mi się, że myśli wyzyskać położenie.
Gordon słuchał niechętnie, ale Botko nie zrażał się tym.
— Chłopu nie można wierzyć. Łatwo się może zdarzyć, że się sam zdradzi... Wiesz przecież: ta przeklęta potrzeba wygadania się u takich ludzi... A dzisiaj ma przecież przemawiać. Bez wątpienia zaaresztują go...
Milczenie.
— Przed dwoma laty zapijał się — rzekł Botko po chwili. — Miał nawet napady delirium. Nieprawda?
— Tak.
— Ci ludzie są niepoczytalni. A ty nie postępowałeś z nim z należytą ostrożnością. Bardzo lubi gadać. A nie jest bynajmniej głupi. Wie nawet o tym, że możesz być karany za to samo, żeś wiedział o tym, że on właściwie zastrzelił ci leśniczego.
— Mam dla niego paszport do Rosji — rzekł Gordon niespokojnie.
— Jak daleko z nim zajedzie? Chłop nie da sobie z tym rady.
— Dam mu pieniądze...
Botko zmarszczył brwi i gryzł nerwowo papierosa, który gasł ciągle.
— Dzisiaj wieczorem, tak około dziesiątej, będzie w lesie czekał na ciebie, tuż przy tym wielkim kamieniu.
Gordon wpatrzył się przerażony w Botkę.
— Czy ty mu kazałeś?
— Tak.
Przez chwilę patrzyli sobie wrogo w oczy.
— Musisz to zrobić! — szepnął Botko. — Inaczej wszyscy moglibyśmy zginąć.
Gordon usiadł. Był blady jak chusta.
— Musisz! — szepnął Botko powtórnie.
— Milcz! — krzyknął nagle Gordon.
Milczeli długo...
— Dziwna rzecz, że Mizerski jeszcze nie przyjechał — rzekł Gordon.
Pauza.
— Zrobiłeś bardzo wiele, Botko — rzekł wreszcie Gordon. — Bez ciebie nie zdołałbym tego wykonać... Moja energia słabła... Trzeba być całkiem swobodnym, aby spokojnie i pewnie dokonywać takich dzieł...
— A ty nie jesteś swobodny? — spytał Botko.
— Wkrótce będę...
Powstał.
— Musisz teraz iść, Botko; doktor lada chwila nadejdzie. A powiedz tym zgłupiałym idiotom w Londynie, temu śmiesznemu komitetowi centralnemu — Gordon śmiał się szyderczo — że plwam na ich organizatorskie pomysły. Powiedz im, że nie chcę nic wiedzieć o ich ideach ogólnoludzkich. To, co czynię, czynię tylko w tym celu, aby niszczyć życie. Powiedz im, że moim jedynym dogmatem jest niszczenie życia...
— Tego im nie powiem.
— Czy ty grasz z nimi komedię? — spytał Gordon pogardliwie.
— Tak... to, to samo bydło, które ty tutaj wzburzyłeś. Chwilowo potrzebuję ich jeszcze... Chwilowo. Może niedługo ludzie zasmakują w niszczeniu życia, wtedy nie będzie potrzeba roztaczać przed nimi obrazów lepszej przyszłości.
— Może... — Gordon zamyślił się.
— Tak, tak, masz zapewne słuszność — rzekł nagle. — Chwilowo jeszcze... Może w przyszłym roku zdołamy wszystko zrobić bez ich pomocy? Ty, ksiądz, Hartmann i ja...
— Hartmann, to wspaniały człowiek. Po włamaniu spierał się całkiem obojętnie z Ostapem o Bakunina i Schopenhauera. He, he... Obaj są pesymistami, ale Schopenhauer nie chce poświęcić życia. Bakunin chce wszystko zniszczyć bez litości.. Hartmann jest bajecznie spokojny... No, bądź zdrów. Pod Philippi217 i tam dalej...
Uścisnęli się.
Gordon nasłuchiwał; sanki zajechały.
— Musisz to zrobić! — rzekł Botko stanowczym i ostrym tonem.
— Dobrze!
Botko znikł.
Gordon wyszedł do sieni naprzeciw Mizerskiemu.
Ze zdumieniem spostrzegł, że Hela przyjechała z nim razem.
— Hela chciała koniecznie jechać ze mną, aby pielęgnować Polę — rzekł Mizerski. — No, ona jest przecież po części lekarzem. Ale to biedne dziewczę, w jaki sposób się tu dostało?
Gordon opowiadał krótkimi, urywanymi słowami. Zaledwie wiedział, co mówił.
W tej samej chwili spostrzegł, że Hela przeszywa go badawczym spojrzeniem.
— Jestem bardzo wdzięczny, panno Heleno, że pani raczyła przyjechać...
Odwróciła głowę.
— Gdzież leży?
Gordon otworzył drzwi do swojej sypialni i wrócił do pracowni. Był tak znużony, że ledwie trzymał się na nogach.
— Dobrze się stało — mruknął. — W przeciwnym razie wstrząśnienia, spowodowane historią z kanarkiem, nie przeszłyby bez śladu.
I znowu czuł tę samą obojętność, co wczoraj, względem siebie i wszystkich.
Za nim, w głębi, ogień pożerał miasto.
Gdyby go ktoś zapytał: czy ty to zrobiłeś, odpowiedziałby bez wahania: tak.
Tak, tak, tysiąckrotnie tak.
Wyobrażał sobie to wspanialej, potężniej.
Prawie brzydził się wszystkim.
Spodziewał się, że nasyci swoją nienawiść, a doznawał tylko obrzydzenia.
Jakież marne, jakież brudne było to wszystko. Nędzna odrobina ognia; nędzna odrobina pieniędzy. Nie mogło nawet wystarczyć, by urządzić większe bezrobocie.
A ludzie, niby głupie zwierzęta w deliriach trwogi! Przypomniał sobie ich krzyki, wycia, procesje, bezmyślne bieganie tu i tam.
— Śmieszne!
Ale teraz musiał dalej prowadzić swoje dzieło, aby móc rozpocząć wielki czyn.
Wpatrywał się długo, długo przez okno w brzaski dnia.
Tak... dniało. Nadchodził śmieszny, banalny dzień z pragnieniem życia.
Doktor wrócił.
— Z biednym dziewczęciem bardzo źle...
Obmył sobie ręce.
Gordon patrzył na niego w milczeniu.
— Co pan myślisz o tym strasznym pożarze?
— Ta odrobina ognia! — Gordon powiedział to zupełnie bezwiednie.
Mizerski przyglądał mu się uważnie.
— Zdaje mi się, że i pan nie jesteś zupełnie zdrowy. Masz pan gorączkę...
Gordonowi było nieprzyjemnie, że stary tak uważnie się mu przyglądał.
— Widzisz pan już we mnie swojego przyszłego pacjenta. No, jeszcze nie tak prędko... — próbował się uśmiechnąć, ale był tak znużony, że ruch twarzy go męczył.
— Spodziewam się... — Mizerski wdział futro. — Hela tu zostanie. Sądzę, że nie będziesz pan miał nic przeciwko temu.
— Owszem, przeciwnie... Jestem uszczęśliwiony... Odwiozę pana teraz. Muszę odszukać biednego Wrońskiego.
Szukał kapelusza.
— Czy umrze? — spytał nagle.
— Jeszcze dziś się rozstrzygnie.
— Jeszcze dziś?
— Tak sądzę.
W tej chwili Gordon czuł z dziwną pewnością, że Pola umrze. I w tejże chwili ujrzał, jak w wizji, oczy Heli wpijające mu się w duszę ze strasznym wyrzutem.
Rozśmiał się218 urwanym śmiechem.
— No, pojedziemy doktorze.