VIII

Gordon stracił swój sztuczny spokój, jaki z natężeniem wszystkich sił cały dzień utrzymywał.

Siedział w wiklinie nad rowem i czekał na Stefana.

Czas wydawał mu się nieskończenie długi.

Co u diabła robili tak długo ci dwaj! Czyż to było tak trudno otworzyć głupią szafę za pomocą dokładnie podrobionych kluczy?

Przeszkoda? Nagła, nieprzewidziana?...

Wzdrygnął się.

A może Stefan mimo wszystko nie odważył się...

No, na to był przygotowany. Poczeka jeszcze kwadrans. Potem sam pójdzie i zrobi to.

Myślał o niezmiernych trudnościach.

Właściwie nie było to dobrze, że z taką ufnością zdał się na Stefana... Ale nie, to niemożliwe; Stefan z pewnością to zrobi.

Wtem ujrzał pierwsze płomienie wystrzelające z ratusza.

Patrzył na nie, jakby się ich nigdy nie był spodziewał. Zadziwił się nadzwyczajnie.

Potem widział dziki orkan szalejących płomieni; tracił prawie równowagę.

Ogarnęło go zwierzęce zadowolenie. Twarz jego wykrzywiła się. Miał niezmierną ochotę krzyczeć z radości, mógłby w dzikich podskokach tańczyć wkoło ratusza... Chęć wydania radosnego okrzyku była tak wielka, że musiał skupić wszystkie siły, aby się powstrzymać.

W tejże chwili przyszło mu na myśl, co Ostap mówił do niego: „Ty jeden między nami jesteś szaleńcem!”.

To przywróciło mu przytomność, ale z rosnącym zachwytem patrzał ciągle na płomienie, które olbrzymimi rakietami wystrzeliwały z każdego okna.

Przyszło mu na myśl, że przy tej sztucznej dziennej jasności może zostać spostrzeżony.

Cofnął się w głąb.

Tak upłynął może kwadrans.

Stefan powinien by już powrócić.

Czyżby191 go schwytano podczas ucieczki?

Niemożliwe! Wszyscy byli przy fabryce.

Nasłuchiwał w naprężeniu, ale słyszał tylko głuche wycie tłumu, które z każdą chwilą się zbliżało.

Aha! Teraz spostrzegło to bydło, że ratusz się pali.

Uśmiechnął się pogardliwie.

Słyszał wyraźnie krzyki ludzi biegnących przez ulice; ostrożnie podsunął się do samego mostu i rozglądał się badawczo na wszystkie strony.

Czekał, drżąc. Trwoga rosła i rosła.

A może Stefan pobiegł do willi wprost przez pole?

Ale w takim razie musiałbym go bezwarunkowo spostrzec...

Uczepił się jednak silnie tej myśli, chociaż sam w nią nie wierzył.

A może poszedł przez miasto...

Niemożliwe! niemożliwe! Wszystko było tak ułożone, że mógł iść tylko tą drogą...

Nagle uczuł z niezachwianą pewnością, że Stefan zginął w ratuszu... Zapomniał o ostrożności, popadł w taki stan zrozpaczenia, że teraz wszystko — wszystko było obojętne. Gdyby go teraz ktoś zapytał, czy te wszystkie pożary są jego dziełem, dałby bez wahania twierdzącą odpowiedź.

Zastanowił się.

Czy rzeczywiście powiedziałby: „Tak”?

Wzdrygnął się. Znowu192 przyszedł mu na myśl kanarek.

To dotknęło go bardzo niemile. Odczuwał niezmierną przykrość, że pochwycił się na takiej słabości.

W mgnieniu oka stał się znowu surowym193 i obojętnym.

Stefan jest prawdopodobnie w domu.

Szedł ostrożnie... Nie, ostrożność była zupełnie śmieszna. Całe miasto jest albo przy ratuszu, albo przy fabryce...

Wszedł na górę do Wrońskiego.

Ale na schodach wiedział z wszelką pewnością, że Wroński zginął w ratuszu.

Drzwi były otwarte. Wszedł i zapalił lampę.

Potem wszedł do pokoju Poli.

Lampa paliła się na stole, ale Poli nie było w domu.

Zdaje się, że właśnie wyszła, pomyślał i usiadł.

Nagle194 zdjęła go trwoga, krew uderzyła mu do głowy.

— Przecież Pola chora! — przeczucie strasznego nieszczęścia, jakie mogło spotkać Polę, wprawiło go w gorączkowy strach.

Słyszała naturalnie o pożarze. Gdyby coś przeczuwała... Ale gdzież jej miał szukać?

Naturalnie będzie przy ratuszu!

Wybiegł na ulicę. Nie myślał już o środkach ostrożności, jakie w planie ułożył. Właściwie nikt nie powinien by go teraz widzieć tutaj...

Ach szaleństwo195! Któż teraz będzie na to zwracał uwagę, pomyślał, uspokajając się.

Wszystkie ulice były zapchane natłokiem ludzi. Wszystkich ogarnęła bezgraniczna panika, krzyczeli i płakali, i biegali nieprzytomni dokoła.

Rozeszła się pogłoska, że całe miasto ma spłonąć. Pogłoska stawała się pewnością. Gordonowi wydawało się, jakby wpadł w piekło. Z wielkim trudem przedostał się do ratusza.

Straż ratunkowa utworzyła tu łańcuch, aby zapobiec nieszczęściu przy waleniu się gmachu. Ale łańcuch przerywano co chwilę: każdy chciał ratować i wprowadzał przez to jeszcze większe zamieszanie.

Jakiś pan wzywał do spokoju: straż pożarna z sąsiedniego miasta przybywa. Ale nikt go nie słuchał. Pewność zagłady była tak wielka, że nikt nie żywił już żadnej nadziei.

Z domów graniczących z ratuszem wyrzucano na ulicę pościel i sprzęty. W bezmyślnym pośpiechu starano się coś uratować, ale już straszliwe morze płomieni zalało przyległe domy.

— Do kościoła! Do kościoła! — krzyczał jakiś człowiek... — Boga prosić o zmiłowanie...

Tłum odsłonił głowy i równocześnie zabrzmiała straszliwa pieśń, hucząca szaleństwem przestrachu. To już nie był śpiew, lecz łkający orkan: „Pod Twoją opiekę”...

Tłum z wolna kołysał się ku kościołowi. Nikt już nie myślał o ratowaniu ratusza i przyległych domów. Tak czy tak, było to niemożliwością196. Sikawki nie dawały się użyć, a wiadrami nic nie można było zrobić.

Gordon widział i słyszał wszystko; zimny dreszcz przebiegł mu ciało. Nie wiedział, co się z nim działo i serce biło gwałtownie, a gardło miał jakby skrępowane.

Porzucił myśl szukania Poli.

Wtem zabrzmiał nagle głośny krzyk radości:

— Straż! straż!

Nie wiedziano, skąd przybywa. Uwierzono w cud... Po upływie niecałych pięciu minut zaczęła pracować dobrze wyćwiczona straż pożarna.

Zostawiono ratusz na pastwę pożaru, przyległe domy paliły się już jasnym płomieniem; usiłowano tylko powstrzymać dalsze szerzenie się ognia.

Ale zaledwie minął kwadrans, tłum wybuchł nowym jękiem rozpaczy:

Willa Kortumów się pali!

Gordon zadrżał z radości: więc Stefan żyje!

Zdawało mu się, że jakaś obca siła wpływa mu w duszę.

Znowu był silny. Lecz Polę musiał jeszcze znaleźć...

Jest naturalnie u Heli, pomyślał.

Wpadł w kłąb ludzi, który wił się, nie mogąc się ruszyć z miejsca.

Wiadomość, że willa się pali, spotęgowała jeszcze rozpacz. Zdawało się, że dzwony jeszcze potężniej jęczały, śpiew, zamilkły na chwilę, podniósł się z nową, straszliwą siłą.

Gordon nie mógł dłużej słuchać tych jęków rozpaczy. Wydobył się z tłumu i przez boczną uliczkę dostał się na rynek. Cały rynek był zapchany ludźmi; klęczeli przed posągiem świętego Wojciecha i śpiewali. Wynoszono obrazy świętych i wieszano je na domach.

Pieśń się skończyła.

Jakiś robotnik zaczął głośno odmawiać litanię do Panny Maryi...

Słychać było tylko refren, który tłum z płaczem i jękiem rzucał ku niebu: „Módl się za nami! Przyczyń się za nami!”.

Każdej chwili oczekiwano wieści o nowym nieszczęściu; fanatyczna ekstaza śmierci i zniszczenia doprowadzała tłum do obłędu. Nikt nie myślał już o ratowaniu swej własności; pewność, że całe miasto stanie się pastwą płomieni, ubezwładniała197 wszelką zdolność myślenia. Rozniosło się, że za pół godziny zapłonie starostwo. Oczekiwano wszystkiego z głuchą rezygnacją. W jakimś oknie zabłysło światło; natychmiast uwierzono, że dom zaczyna się palić.

Panika zniszczyła wszelkie rozumowanie. Nie było już nadziei. Bóg przeklął i opuścił miasto. Bez ratunku było skazane na spalenie...

Miejsca! Miejsca! Przenajświętszy Sakrament!

Od strony kościoła toczyła się procesja. Na czele szedł młody kapłan pod baldachimem z monstrancją w rękach.

Nowy śpiew, nowy jęk rozpaczy:

„Kto się w opiekę odda Panu swemu”...

Zapanowała cisza. Słychać było tylko okrzyki straży pożarnej przy ratuszu.

Ksiądz podniósł monstrancję.

Lud rzucił się na ziemię, znaczył krzyżem i bił w piersi.

Było jasno jak we dnie.

Gordon stał jak zdrętwiały przed jakimś domem, patrzył na straszne widowisko i rozmyślał. Jego dusza ogłuchła. Nie myślał już o Poli. Zdawało mu się, że Pola przestała istnieć. Chciał tylko uciekać, daleko — daleko uciekać...

Ale dokąd?

Naturalnie do Stefana. Musiał przecież teraz już być w domu.

Z pewnym zadowoleniem myślał o tym, że nikt się nie troszczył o willę Kortumów. Pies, który pozwolił Stefanowi umierać z głodu, poniesie największe szkody.

Miał chęć rozśmiać198 się głośno.

Rozpacz ludzi wydała mu się nagle taka śmieszna.

Ta odrobina ognia! pomyślał z pogardą.

Ta odrobina ognia! powtórzył i uczuł wstręt.

Myśl o tej nędznej odrobinie ognia nie opuszczała go.

Nie rozumiał, jak przed kilkoma minutami mógł się tak wzruszyć płaczem i zwierzęcym wyciem tego głupiego motłochu. Skradał się wśród domów i wkrótce wydostał się z rynku.

Ostap może poczekać! Niech wypocznie po czynie...

Kiedy znowu wchodził po schodach do mieszkania Stefana, doznał zawrotu głowy. Musiał się chwycić ściany, aby nie upaść.

Drzwi roztwarły199 się gwałtownie.

— Stefanie! — zabrzmiał głos Poli.

— Ty... to ty...

Gordon stanął przed nią, nie mówiąc ani słowa, i uśmiechnął się.

— Gdzie Stefan?

— Nie ma go jeszcze w domu?

— Gdzie Stefan?! Nie był w hotelu. Ty wiesz, gdzie on jest! ty — ty... gdzie on?

— Ja... ja nie wiem!

— Wiesz! Wiesz!... Byłeś tutaj... Umawiałeś się z nim... Słyszałam, jak powiedział: nie mogę!...

Gordon przeraził się i zbladł jak trup.

Wpatrywała się w niego przez chwilę. Zdawało się, że światło jej oczu rozlało się w krwawym przestrachu.

— Czy on to zrobił? — wskazała na ratusz.

— Czy on to zrobił? — krzyczała wśród histerycznego śmiechu i podniosła groźnie rękę.

— Ty zrobiłeś go zbrodniarzem... Ty! Ty!...

— Nie. To wszystko zrobił Sobek! — rzekł Gordon surowo i spokojnie. Nie rozumiał, jak mógł panować nad sobą w tej chwili.

Ale znowu doznał zawrotu głowy. Usiadł na krześle, za chwilę jednak runął bezprzytomny na ziemię.

Słyszał krzyk Poli; potem czuł, że coś połyka.

Otrzeźwiał, wziął z jej ręki flaszkę i pił chciwie koniak.

Wiedział, że klęczała przy nim i wpatrywała się w niego z przestrachem.

— Lepiej ci? — zapytała.

— Niedługo przejdzie. — podniósł się i usiadł.

— Mój Boże! Jakiś ty blady! Połóż się na łóżku.

— Nie, dziękuję!

Siedzieli tak chwilę.

— Nie wiesz, gdzie może być Stefan?

— Zapewne przy ogniu.

— Ale ja szukałam go wszędzie... — zaczęła płakać.

— Ja szukałem cię także, ale w tym natłoku nie można znaleźć nikogo.

Długie milczenie. Pola uspokajała się.

— Jesteś jeszcze chora, Pola?

— Tak, chora, bardzo chora; tak mi zimno. Mam febrę200.

Trzęsła się.

Rozpalił ogień, przysunął jej krzesło do ognia, usiadł tuż przy niej i ujął jej ręce.

Nie wzbraniała się.

— Tak się bałam, że ty, że Stefan jest temu winien... Siedziałam w kuchni i słuchałam... Tak się boję ciebie... jej także... Ona mnie tak dręczyła. A wieczorem opowiadała o tobie takie straszne rzeczy...

Gordon nie rzekł ani słowa.

Zerwała się.

— Mów przecież! Mów! Mów!

— Obawiałem się o ciebie, Polu.

Rozśmiała się201 szyderczo.

— Widzisz, widzisz... Obawiałeś się... O mnie się obawiasz, ale ją, ją kochasz. Tylko ją!

Odepchnęła go.

— O nią nie obawiałem się nigdy.

Usiadła znowu. Była wyczerpana.

— To tak trudno myśleć. Nie mogę zebrać myśli... Głowa mi tak cięży.

Drżała z zimna i tuliła się do niego.

Objął ją delikatnie. Teraz miał pewność, że Stefan zginął w jakiś sposób, ale nie był już o niego niespokojny. Zapomniał o nim, czuł przy sobie tylko biednego kanarka. Kanarek! Pierwszy raz ta myśl wydała mu się piękna.

Znowu upłynęło wiele czasu.

Pola gorączkowała. Zapadała chwilami w niespokojny sen, pytała o Stefana i zasypiała znowu.

Gordon spojrzał na zegarek.

Było trzy kwadranse na czwartą202.

Teraz był pewny, że Stefan nigdy nie wróci, nigdy...

Nie myślał dłużej o tym, Stefan musiał przecież, bądź co bądź umierać203.

Pola straciła całkiem przytomność. Mówiła błędnie, bez związku204, śmiała się, to znowu płakała i skarżyła się na ból.

Gordon stał bezradny.

Co miał począć? Nie mógł przecież zostawić Poli samej w tym stanie.

Położył ją na łóżku. Nie opierała mu się. Uśmiechnęła się tylko z wdzięcznością.

Nagle rozmyślił się.

Przecież to zupełnie zrozumiałe: zabierze ją do siebie.

Stefan nie żył.

Musiał tylko konie sprowadzić.

— Pola!

Otworzyła oczy.

— Zaraz wrócę.

— Co? Co? Nie chodź! Boję się!

Patrzyła błędnie dokoła.

— Stefan nie wrócił jeszcze?

— Och205, jak mi niedobrze! — jęknęła i upadła znowu na łóżko.

Po upływie pół godziny powrócił Gordon.

Wuj jego zachowywał się jak szalony, ale Gordon nie zwracał na to uwagi.

Na ulicach uspokoiło się stosunkowo. Lud rozchodził się gromadnie do domów.

Gordon spojrzał na fabrykę, na ratusz, na zgliszcza kilkunastu kamienic, na willę Kortumów.

Ta odrobina ognia! myślał z pogardą... Ta odrobina ognia! Splunął.

Ogarnęła go bezgraniczna apatia. Umysł jego pracował całkiem mechanicznie. Nie wiedział, dlaczego to zrobił. No, widocznie zrobił dlatego, bo mu się na razie tak podobało.

Pola leżała w silnej gorączce.

— Pojedziesz teraz ze mną. Napisałem Stefanowi, żeby zaraz przybył za nami.

Mówił prawie z rozpaczą206, bo był przygotowany, że nie będzie się chciała zgodzić.

— Tak. Co? Jak?...

— Do mnie!

— Tak, tak, do ciebie... Jestem tak chora — tak chora...

Owinął ją w kołdry i na dół207. Mieszkanie zostawił otwarte. Teraz było to przecież obojętne.

Ułożył ją ostrożnie w sankach.

W drodze się jej polepszyło. Orzeźwiło ją zimne powietrze.

— A Stefan? — spytała lękliwie.

— Przybędzie za nami.

Skoro będzie u mnie, myślał Gordon, będzie mi łatwiej wszystko jej powiedzieć... Czemu łatwiej? Nie zdawał sobie z tego sprawy208...

Kiedy zatrzymał się przed domem i wyniósł ją z sanek, zaczęła się opierać. Wyśliznęła mu się z rąk i odrzuciła kołdry.

— Nie chcę iść do ciebie! Nie chcę — krzyczała. — Chcę pójść do domu. Do Stefana...

Gordon wpadł we wściekłość.

— Bądź rozsądna! — zgrzytnął zębami i przemocą wziął ją na ręce.

Przestraszyła się i zapłakała cicho.

— Och, och, ciśniesz mnie209... członki mnie tak bolą.. Pójdę już sama.

Chwiała się, ale wsparł ją i otworzył drzwi do pracowni.

— Cóż to? — krzyknęła Pola nieludzkim210 głosem i padła omdlała na ziemię.

Gordon osłupiał z przerażenia.

W środku pokoju na haku od lampy wisiał Ostap.

Rozdział czwarty. Zaranie211