VII

Wroński wkradł się niepostrzeżenie do ratusza. Był już najwyższy czas. Niedługo potem usłyszał, jak zegar wybił dziesiątą godzinę.

A może to nie było niedługo potem. Rachunek czasu przedstawiał mu się tak dziwnie. Czasem godzina biegła niby sekunda, czasem rozciągała się w nieskończoność.

Był zupełnie spokojny, nie czuł ani cienia obawy.

Tylko dziwaczne, maniakaliczne175 pomysły dręczyły go bez przerwy.

Z przestrachem przypomniał sobie, że na rynku chciał zapalać zapałki, bo zdawało mu się, że całkiem zamokły.

— Co by się jednak stało, gdybym był na rynku zapalił zapałkę? — myślał uspokojony.

Gorzej jeszcze było, gdy uczuł nieprzezwyciężoną chęć zapukać do drzwi Ostapa i opowiedzieć mu wszystko.

Teraz siedział na pace papierów i wyczekiwał bicia dzwonów.

Naturalnie176 stanie się coś z fabryką. Ostatnia proklamacja nie chybi pewno celu...

Naturalnie fabryka będzie się także palić. Oczywiście! Przypomniał sobie, że Gordon już dawniej o tym wspominał.

Ale ratusz był z pewnością najważniejszą rzeczą.

Śmiał się177. Myśl, że ratusz niedługo rozpadnie się w płomieniach, wydawała mu się niezmiernie zabawną.

Naturalnie ratusz nie spali się, lecz rozpłynie się w czystszym, doskonalszym elemencie ognia, boga Agni178, świętego ognia.

Przypomniał sobie nagle, że Botko mówił o nafcie.

To było przecież straszne, jak po kolei zapominał o najważniejszych rzeczach.

Ogarnęła go rozpacz... Przeszedł w myśli całą rozmowę z Botką i przekonał się z przestrachem, że prawie nic nie pamięta.

Zerwał się.

Teraz byłby zapomniał o nafcie.

Ostrożnie macał naokoło siebie.

Rzeczywiście! Przy drzwiach stała wielka konwia179 z naftą.

Wziął ją i trzymał w ręku.

Inaczej mógłby jeszcze zapomnieć w ostatniej chwili.

Usiadł znowu i kurczowo ściskał konwię w obu rękach.

Teraz był zadowolony. Myślał długo i obszernie o swojej pracy archeologicznej, o trudach, kiedy te wszystkie papiery przeglądał...

Nagle wpadł na genialną kombinację co do sztucznych dziur, jakie wiercono w cegłach klasztoru z XVII wieku.

Zaraz musiał uzupełnić swoją pracę. Żaden człowiek jeszcze nie wpadł na tą kombinację. Dziury te znajdowały się w wielu murach owego czasu.

Z zadowoleniem rozwijał myśl dalej, ale wkrótce znowu zapadł w stan znużenia i senności180.

Na ulicy słyszał181 turkot wozów, a w oddali dziki, urywany krzyk...

Teraz niedługo pewnie usłyszy bicie dzwonów.

Był spokojny, prawie apatyczny.

Zapomniał zupełnie, dlaczego się tu znajdował.

Siedział tak pięknie182. Nie czuł także nadzwyczajnego zimna; nie, wcale nie... W ogóle czuł się zupełnie zdrowym; zupełnie zdrowym, powtórzył cicho i uśmiechnął się zadowolony.

Dziwne tylko, że czuł taką senność. Gdyby tylko oczy zamknął, zaraz, natychmiast by zasnął.

Dlaczegóż nie miałby spać? Tyle nocy przecież czuwał.

Przeląkł się strasznie.

— Boże! Czyż jestem szalony?

Ogarnęło go nieokreślone rozdrażnienie. Co się z nim działo właściwie? Byłaż by to febra183?

W głowie czuł zamęt.

Czyżby febra tak silnie nim owładnęła, że zapominał o wszystkim? Przestraszył się myślą, że śni, ale nagle poczuł w ręku konwię184, którą kurczowo ściskał.

To przywróciło mu zupełnie przytomność.

Gdyby tylko wiedział, która godzina.

Chorobliwa żądza dowiedzenia się, która może być godzina, dręczyła go bardziej niż wszystkie dotychczasowe majaczenia.

Boże, Boże! Gdybym się tylko w jakiś sposób mógł dowiedzieć.

Tysiące pomysłów stanęło mu przed oczami, w jaki sposób dałoby się to zrobić; wtem znowu odzyskał przytomność185.

Szaleństwo186! Oczywiście, znowu febra.

Potem myślał znowu o Gordonie. Przypomniał sobie nagle, że Gordon miał go oczekiwać w zaroślach za mostem. Więc musiał przebyć tę niebezpieczną drogę wzdłuż kanału. Mógłby go ktoś zobaczyć z mostu, kiedy się będzie skradał rowem...

Dziwna rzecz, że te myśli wcale go nie niepokoiły.

Dziwił się bardzo.

Cała sprawa wydawała mu się tak śmiesznie łatwą. Z bezgraniczną pogardą myślał o trwodze, jaką wówczas przechodził. W ogóle nie chciał dalej o tym myśleć. Inaczej musiałby się chyba wstydzić przed samym sobą.

Teraz pewnie niedługo usłyszy jęk dzwonów... Nie będzie już potrzebował dłużej czekać. Czuł to wyraźnie.

I nagle drgnął gwałtownie. Począł drżeć tak, że konew zakołysała się. Szczęknął zębami i uczuł mrożące zimno.

Już niedługo! Nim doliczy do tysiąca.

Zimny pot wystąpił mu na ciało. Zaczął liczyć.

Wtem — nagle — dzwony!...

Serce przestało mu uderzać. Czy słyszał jęk dzwonów? Nie był pewny. Boże! to zapewne tylko szum krwi uderzającej do głowy.

Czekał. Przeszła wieczność. Starał się opanować, ale nie zdołał.

A bicie dzwonów huczało mu w uszach coraz silniej: długi, ponury jęk.

Nasłuchiwał...

Nie mylił się!

Mechanicznie otworzył konwię187, zakołysał nią w powietrzu; ale siły go opuściły, upadł z blaszanką na ziemię.

Zerwał się188, wylał naftę na kupę papieru, drżącymi, gorączkowo drgającymi rękami,189 wyszukał zapałki, ale dygotał tak silnie, że nie mógł zapałki potrzeć o pudełko. Wreszcie udało mu się zapalić. Odruchowo cofnął się kilka kroków i rzucił zapałkę; w okamgnieniu wybuchnęły płomienie.

Rzucił się ku wyjściu. Ale nie mógł otworzyć drzwi. W tej samej chwili przypomniał sobie, z jakim trudem je otworzył, nim wszedł... Nie pamiętał już, jak je otworzył... Tracił przytomność... dym dusił go... Zdjęty śmiertelną trwogą szarpał drzwi obiema rękami, rozkrwawił ręce o zardzewiałe zawiasy starego zamku... Z dziką rozpaczą rzucił się na nie, szarpał nimi, uderzał pięściami, kopał nogami... na próżno.

Wtedy zaczął krzyczeć wśród śmiertelnej trwogi. Jak zwierzę. Tak, że płuca się rozdzierały. Kaszel go dusił.

Płomienie szerzyły się z błyskawiczną szybkością. Lizały mu już nogi. Bezwiednie zerwał z siebie ubrania, rzucił je na ogień, starał się go stłumić; pracował z ostatnim wysiłkiem, chwytał wszystko, co mu wpadło pod rękę, i rzucał w płomienie.

Krzyczał i śmiał się. Zapomniał o niebezpieczeństwie życia190. Już zdało mu się, że zdusił ogień. Deptał go nogami, dusił w rękach, walczył z tą tysiącznogłową Hydrą — Hydrą — Hydrą! Ale nagle płomień buchnął na nowo. Najpierw tylko dym, potem w górze ognisty pasek — język płomienny... kaszlał, jakby chciał wszystko z siebie wyrzucić: nastąpił straszny krwotok.

Zachwiał się, upadł. Straszliwa jasność migotała mu sekundę przed oczami...

Potem tylko czarne koła — i tak miękko, tak wygodnie — tak... ach! tak...