VI

— Trzy lewy! — rzekł Gordon i rozdał nowe karty.

— Pomyślcie tylko moi panowie, że rachunki, które stary Ostap przedłożył prezydentowi, są podobno sfałszowane!

Burmistrz szeptał i rozglądał się wkoło.

— To naturalnie tajemnica urzędowa. Musiał natychmiast jechać do prezydenta. Ajent policyjny164 odwiózł go.

— Już odjechał? — spytał Gordon z roztargnieniem.

— Oczywiście! Stary był w rozpaczy. Nie rozumiem tego, zaszło jakieś nieporozumienie. Ostap był zawsze naszym najsumienniejszym urzędnikiem.

Panowie wzięli karty do rąk.

— Ale dzisiaj nie można się spuścić165 na nikogo — westchnął burmistrz, zagrywając.

Panowie grali w najgłębszym milczeniu.

Nagle wdarł się do pokoju dziki okrzyk: „Ogień! Ogień!”.

Jakiś człowiek zadyszany wpadł do pokoju!

— Panie burmistrzu... fabryka się pali... fabryka...

Na ulicy panowało niedające się opisać zamieszanie. Straż pożarna ochotnicza biegała bezradna tu i tam.

— Woda zamarzła! — wrzasnął ktoś na burmistrza, jakby mu chciał robić wyrzuty.

Burmistrz stał śmiertelnie blady na ulicy, bez kapelusza; stracił zupełnie przytomność.

— Tutaj, wuju... bierz moje konie i jedź prosto do fabryki... Ja...

Gordon pobiegł do magazynów gminnych, gdzie leżały przybory do gaszenia.

Tutaj skłębił się tłum ludzi. Jedni drugim stawali w drodze. Właściwi strażacy ledwie mogli się przecisnąć.

Gordon rozwinął zadziwiającą energię.

Udało mu się zaprowadzić porządek, rozdzielał rozkazy, natychmiast sprowadzono konie, w kilka minut później straż pędziła ku fabryce.

Niezliczony tłum otaczał miejsce pożaru. Fabryka stała w płomieniach. Paliła się na wszystkich rogach. Wciąż nowe słupy ognia wybuchały na najrozmaitszych miejscach. O zlokalizowaniu ognia nie było mowy. Odrobina sprowadzonej wody wyczerpała się w jednej chwili...

— Wody! Wody! — krzyczał podniecony tłum.

Zamieszanie rosło z każdą minutą. Wszyscy biegali tu i tam, krzyczeli, rozkazywali, lżyli się wzajemnie. Na próżno starał się Gordon otrzymać166 przewagę. Żaden człowiek nie słuchał go więcej167.

W końcu udało się sprowadzić większą ilość wody, ale nie było już co ratować. Olbrzymi gmach fabryczny stał cały w płomieniach. Ogień podłożono widocznie równocześnie w kilku miejscach.

Obok właściwej fabryki stały wielkie składy drzewa, nieco dalej leżała gorzelnia. Składy były już objęte płomieniami i spaliły się prawie w okamgnieniu. Musiano pozostawić fabrykę jej losowi, a wszelkie siły wytężono na gorzelnię, aby ją zabezpieczyć przed ogniem.

Żar był tak straszny, że nie można się było prawie zbliżyć; prócz tego okazało się, że większa część narzędzi ratunkowych była nie do użycia. Węże były widocznie rozcięte lub polane gryzącą cieczą, bo pękały jeden za drugim, a małe sikawki, które przybyły na pomoc z sąsiedztwa, niewiele mogły pomóc.

Między robotnikami biegał zrozpaczony Schnittler. Łamał ręce, zaklinał ludzi, aby ratowali, przyrzekał im złote góry, ale tłum patrzył na niego głuchy i obojętny: przecież nie dało się nic uratować. Cóż miano ratować?

Nagle rozniosła się wieść między robotnikami, że Schnittler sam podpalił fabrykę, aby uzyskać ogromną sumę ubezpieczenia.

Jak ta pogłoska powstała, nikt nie wiedział. Prawdopodobnie już dawniej opowiadano, że Schnittler nosi się z tym zamiarem, bo pogłoska stała się nagle pewnikiem. Dawniej szeptano tylko przypuszczenia, teraz nikt już nie wątpił.

Tłum robotniczy oszalał.

— Ten pies chce uciec do Ameryki ze swymi nałożnicami — krzyczał silny168, zdziczały169 robotnik. — Teraz możemy tu zdychać z głodu.

— Gdzie znajdziemy teraz pracę? — wrzasnął inny. — Teraz, w środku zimy?

To pytanie stało się okrzykiem bojowym: kobiety zaczęły wyć, mężczyźni klęli i grozili zaciśniętymi pięściami.

Schnittler nadbiegł znowu, błagał i łamał ręce, ale tłum spoglądał ponuro na niego.

Młody robotnik podbiegł i potrącił170 go z wściekłością.

Schnittler oniemiał.

W tej samej chwili171 robotnik, zachęcony okrzykami, uderzył Schnittlera w głowę.

Schnittler upadł, ale zerwał się zaraz.

— Zabijcie go, tego psa! — ryczał tłum.

Kilku rzuciło się ku niemu, ale w tej samej chwili nadbiegł Gordon.

— Co robicie? — krzyczał. — Chcecie się dostać do więzienia?

Gordon cieszył się widocznie wielką życzliwością tłumu, bo tłuszcza się cofnęła.

Schnittler patrzył na robotników z niewypowiedzianą wściekłością. Nie panował już nad sobą. Piana wystąpiła mu na usta. Odtrącił Gordona na bok, ale Gordon chwycił go z tyłu i trzymał silnie.

— Czyś pan oszalał? Chcesz pan, aby cię zamordowali?

Schnittler pasował się z Gordonem, chciał się wyrwać, aby się rzucić na robotników.

— Dalej! Ratujcie gorzelnię! każdy dostanie talara! — zakrzyknął Gordon.

To pomogło. Robotnicy pobiegli, w jednej chwili plac się opróżnił.

Gordon starał się uspokoić Schnittlera.

— Modele! Modele! — krzyknął nagle Schnitller, jakby nieprzytomny i pobiegł ku drugiemu skrzydłu fabryki, gdzie znajdowały się laboratoria.

Tu stało kilku robotników, przypatrując się bezczynnie pożarowi.

— Teraz zawali się fabryka! — zauważył jeden.

— Teraz! Teraz! — Wszyscy wyczekiwali z natężoną uwagą.

— Gdzie Hartmann? — krzyczał nieprzytomny i zrozpaczony172 Schnittler.

Zapomniał, że na dwa dni zwolnił Hartmanna od służby.

Rozejrzał się błędnie dokoła173.

W tej chwili poczęły eksplodować szopy ze spirytusem, należące do gorzelni.

Morze płomieni rozlało się na szerokości kilkuset metrów.

Trwoga i przestrach174 ogarnęły tłum. Wszyscy biegli ku gorzelni.

Gordon spojrzał na zegarek. Powoli i niepostrzeżenie oddalał się, przechodził od jednej gromady robotników do drugiej, słuchał przekleństw i wyzwisk, słuchał wycia kobiet, widział trwogę i rozpacz.

Teraz będę zbierał plony! pomyślał i uśmiechnął się smutnie. Litował się nad robotnikami pozbawionymi pracy.

Poszedł do miasta, aby rozkazać bić w dzwony.