V

Skoro143 wrócił do domu, zaczął chodzić po pokoju w gorączkowym rozdrażnieniu.

W duszy jego zagościła błędna samotność144. Serce uderzało gwałtownie i nieregularnie.

Tą przeklętą rozpustą zniszczyłem sobie serce145!

Nieco alkoholu, a zaraz doprowadzę cały organizm146 do porządku.

Pił z flaszki. Nie mógł zrozumieć, dlaczego nie używa kieliszka. Dziwna rzecz, teraz zawsze musiał pić z flaszki.

To należy także do psychologii dzieci szatana. Uśmiechnął się pogardliwie.

Alkohol sprowadził senność. Nie! wcale nie alkohol, tylko orgie, orgie, przyjacielu Horatio! Dwie bezsenne noce w objęciach Kasi! Hu! jakiż jestem znużony... Kości jak rozbite! No, czcigodny panie Ostapie Posthumus147, daj mi teraz spokój. Poczciwy pan ojciec chce spać.

Ale nie mógł spać. Nie mógł.

— To ostatecznie nic złego. Alkoholicy zapadają nagle, od razu, w sen, zupełnie jak taki Aleksander Wielki, taki Byron, taki Gordon...

Uśmiechnął się złośliwie.

— Czy też Karol XII był alkoholikiem?

— Ha, ha, ha — a mistyczny Sobek, idealny Sobek, który od roku ziemię gryzie! Ha, ha, ha... Cześć ci, królu Syjoński! Sobek jest dobry... pieniądze będą. Dziesięć miast można by za nie w popiół obrócić. Brawo, Gordon! Zapisałem ci ciało i duszę, służę ci z rozkoszą, z rozkoszą he, he, he...

Ujrzał się nagle u Kasi w lokalu Hutha... Kasia! To najwspanialsza kobieta148, jaką widział kiedykolwiek...

— Zejdź do mnie, madonna Teresa...

— Ha, ha, ha! sama siebie przewyższała w rozpasaniu... Napisać filozofię rozpasanej cnoty, to byłoby...

Ostap śmiał się błędnie149, podniósł się ociężale, siedział jeszcze chwilę, patrząc nieruchomo przed siebie, ale potem naraz zapadł w ciężki sen.

Nagle zbudził się, zapalił zapałkę; spał przeszło godzinę. Położył się znowu. Był strasznie znużony. Głowa go bolała. Zdawało mu się, że doznawał bardzo miłego wrażenia, czując, jak połowa jego mózgu rozpłynęła się w ropiącą150 masę.

Myśl ta wydawała mu się nadzwyczaj genialną.

Znowu pogrążył się w głuchym, sennym dumaniu. Tylko chwilami czuł, jak myśl jakaś powoli przekradała się przez mózg... zupełnie jak pęknięty balon, który chwilę wlecze się po ziemi, aby potem znowu na jakimś miejscu się zakołysać.

Przeszła chwila.

Nagle wchodził po starych schodach. Schody wydawały mu się dziwnie znane. Czytał nazwiska kart151 przybitych na drzwiach i te także wydawały mu się znane. Musiał je już dawniej czytać...

W sercu miał bezgraniczną rozpacz; nie rozumiał, dlaczego tak rozpaczał, czuł tylko ból i nienawiść, czuł, jak rosła potężniej i potężniej. Zatrzymał się, nie wiedział, gdzie się znajduje... Wtem naraz: był naturalnie w swoim własnym domu!

Przeraził się. Po co szedł do domu? Ale zdawało mu się, że jakaś obca moc go pędzi. Krok za nim wyrastał jakiś mur w nieskończoność, tuż za jego plecami szedł krok w krok za nim niebotyczny mur.

Musiał iść wyżej, a mur zdawał się iść za nim krok w krok.

Stał na olbrzymiej wieży. W dole zionęła otchłań. Zejść nie mógł. Nagle uświadomił sobie, że wieża nie miała schodów; błyskawicą wystrzeliła z ziemi152, a on stał teraz w najwyższym pokoju, w pustym, samotnym153 poddaszu. Niebo paliło blachy dachu tak, że nie mógł oddychać, potem znowu się oziębiło; marzł, drżał jak osika, zęby szczękały mu z zimna.

Nagle usłyszał krzyk dziecka... Niósł je w ramionach. Dziecko krzyczało, zdawało mu się, że gardło154 musi mu pęknąć. Krzyk wiercił mu boleśnie uszy; cierpiał, jak nigdy jeszcze w życiu...

Chciał uciec, nie mógł; doznawał wrażenia, że nigdy nie pozbędzie się tego dziecka, nigdy, nigdy... Krzyk stawał się coraz jaskrawszy155, coraz ostrzejszy, dziecko ciężało156 bardziej i bardziej, zaledwie157 mógł je jeszcze utrzymać...

Wtedy błyskawicą przebiegła mu głowę myśl: „Zabij je! Zabij!”.

Obejrzał się wkoło, szukając czegoś, czym by je mógł zabić: nic nie znalazł. Rzucił się ku dziecku; chwycił je ze zwierzęcą wściekłością, podarł mu koszulkę, zimno w jednej chwili zmroziło małe ciałko.

Dziki tryumf huczał w jego nerwach; pochwycił dzban zimnej wody i wylał ją na dziecię.

Dziecię przestało krzyczeć. Zapanowało palące, szatańskie milczenie158, tylko dwoje oczu zamierającego dziecięcia żarzyło się; widział jego śmiertelny159 uśmiech.

Nagle dziecię skoczyło w górę... Nie... dziecię... dziki kot. Rzucił się na niego, wpił mu się pazurami w gardło... Ostap oderwał go, czując, że rwie kawały własnego ciała, uchwycił kota rękami, rzucił go na ziemię, deptał nogami, ale rozszalałe zwierzę kąsało, drapało, rozdzierało mu ciało...

Wtedy chwycił skądś w ręce żelazną sztabę i bił zwierzę z rozpaczliwą siłą. Kot krzyczał i jęczał jak dziecię... Ostap bił jak szalony, nic nie widział, nic nie słyszał, czuł tylko, że kot jeszcze żyje, że nigdy się go nie pozbędzie: już na nowo skoczył na niego, wgryzł mu się silnie w twarz...

Zbudził się. Zęby szczękały mu gwałtownie. Słyszał przeciągłe, gardłowe tony, nie mógł zapanować nad swoją twarzą: każdy mięsień, każdy nerw rwał się wśród straszliwej boleści.

Skoro160 oprzytomniał, siedział skulony w kącie, tuż przy piecu.

Porwał się z dziką rozpaczą.

Aha! Teraz zbliża się obłęd! Aha! Aha!

Chciał zapalić lampę, ale ręce drżały mu tak, że klosz wypadł mu z ręki i rozprysnął się w tysiące kawałków.

Aha! teraz się zbliża! teraz nadchodzi! — powtarzał bez przerwy.

W końcu udało mu się zapalić lampę... i zapadł w dziwny, bezmyślny stan.

Nagle ktoś go potrącił.

Powoli spojrzał w górę.

— Nie znasz mnie pan?

— A, to pan, Hartmann. Czy spałem?

— Zdaje mi się, że nie. Był to raczej rodzaj letargu — odrzekł Hartmann całkiem spokojnie. — Widziałem raz coś podobnego u jednego z moich przyjaciół w Londynie. Przesiedział w ten sposób przeszło dwadzieścia godzin.

— Rzeczywiście? I cóż to ma znaczyć właściwie? — spytał Ostap roztargniony. — Jak pan sądzisz?

— Co to ma znaczyć u pana, nie wiem... Mój przyjaciel obwiesił się161 we dwa dni później.

— Obwiesił?!

— Tak. Utrzymywał zawsze, że to najlżejszy rodzaj śmierci, bo wiąże się z przyjemnymi wrażeniami. Wiesz pan pewnie, w ostatniej chwili występuje podrażnienie płciowe. Ja zresztą nie wierzę w to.

Hartmann spojrzał na zegarek. Ostap zamyślił się głęboko.

— Jeszcze mamy trochę czasu. Z pańskiego okna można widzieć162 fabrykę?

— Fabrykę?

— Tak!

— Czy ma być spalona? — Ostap uśmiechnął się złośliwie. — Więc poszedł przecież za moją radą? He, he, he...

— Skoro pożar wybuchnie, musimy się zabrać do pracy — rzekł Hartmann bardzo poważnie.

— Aha!

Długa pauza.

— Pański ojciec odjechał zapewne?

— Przypuszczam; nie widziałem się z nim.

Znowu długie milczenie

— Pańskie wytrychy były znakomite — Hartmann spojrzał uważnie na Ostapa... Zapewne używałeś ich pan już dawniej?

— Tak! — Ostap odpowiedział z dziwnym roztargnieniem. Milczeli długo.

— Nie masz pan ochoty przekonać się, czy przecież ktoś nie został w ratuszu?

Ostap powstał odruchowo.

— Zrób pan tymczasem herbatę. Tam stoi whisky...

Chciał zapalić latarnię163.

Hartmann spojrzał na niego z przestrachem.

— Co pan robisz? Chcesz się pan zdradzić?

Ostap patrzył na niego bezmyślnie.

— Tak, prawda... Jestem tak roztargniony...

Wyszedł.