IV
— Boże, Boże, jak ty wyglądasz?
Hela podniosła się, ale musiała się znowu położyć. Wydawała się bardzo chora.
Ostap chciał się uśmiechnąć, ale uśmiech zamarł mu na wargach, twarz skrzywiła się bolesnym grymasem.
— Jakiś ty znękany! — jękła133. — Jak ty wyglądasz?
— Hela, jestem ci wdzięczny. Myślałem, że mnie wcale nie przyjmiesz, a ty litujesz się nawet nade mną.
Nie odpowiedziała. Nastało długie milczenie.
Ostap gryzł nerwowo papierosa. Nagle spojrzał na nią bardzo spokojnie.
— Przypominasz sobie, Hela? — mówił głosem zachrypłym i bardzo cichym. — Przypominasz sobie te czasy, zanim ten Belzebub, ten Gordon cię odwiedził? Nie kochałaś mnie, ale było ci przy mnie dobrze. Szukałaś u mnie obrony134, a ja dałem ci ją. Byłaś także dumna: czułaś, że wyratowałaś mnie z przepaści, i to dawało ci siłę, zmniejszało rozpacz. Przypominasz to sobie?
Chwyciła się obiema rękami za głowę.
— Nie mów o tym! Nie mów. Chciałabym ci dać całe moje serce, gdyby ci to mogło co pomóc; ale ten człowiek mnie zniszczył, poszarpał moją duszę. Krwawię, krwawię! Nie mogę myśleć o niczym innym, nie mam innego uczucia, ja — ja...
Wybuchnęła płaczem.
Ostap nigdy przedtem nie widział jej płaczącej.
— Czemu przyszedłeś do mnie, Ostapie, czemu? Czemu właśnie do mnie?
Spoglądała na niego, łkając.
Nie odpowiedział. Bardzo dokładnie widział zniszczenie na jej twarzy. Oczy zapadnięte głęboko, schudła straszliwie... Zapomniał o wszystkim, badał prawie jej zniszczoną twarz... Jakież zniszczenie może sprawić boleść na nędznej ludzkiej twarzy!
— Czemu przyszedłeś do mnie? — powtórzyła i ujęła go za ręce.
Namyślał się. Ale nie mógł zebrać myśli.
Wstrząsnęła135 nim.
— Co ci jest Ostapie? Boże, co ci jest?
Spojrzał na nią rozpacznie136.
I znowu począł mówić cicho.
— Tam, wśród rozpusty137, opanowała mnie myśl, że w końcu przecież mogłabyś mnie uratować. Zdawało mi się, nie, rozmyślałem nad tym, że jesteśmy oboje najnieszczęśliwsi, że my oboje...
Zamilkł nagle.
— Ale tego nie da się zrobić — przemówił po chwili. — Teraz widzę, że się nie da...
Usta jej drgały, jakby chciała coś powiedzieć, ale nie mogła.
Zaczęła na nowo łkać i dopiero po długim czasie zdołała się uspokoić.
— A co teraz? — spytała nagle.
— Co teraz? — powtórzył poważnie138 i uśmiechnął się boleśnie139.
— Ostap! Zerwała się i chwyciła go za ramiona... Słuchaj... Ty nie myślisz przecie...
Wsparł głowę na rękach.
Wstrząsnęła140 nim.
— Ostap!!
Spojrzał na nią i uśmiechnął się.
— Kocham cię, Helu. Nigdy nie kochałem cię tak, jak teraz. Zapomniałem o wszystkim. O niczym nie myślę. Widzę tylko ciebie w świętej potędze bólu i rozpaczy. Mam cię w sobie, noszę cię w moim sercu, oderwaną od wszystkich twoich stosunków141, ale teraz mam cię142, teraz nagle zrozumiałem, że myliłem się, sądząc, że możemy przy sobie znaleźć spokój.
— Nie! Nie! Nie my... nie my!
— Och! — ja nie wiem, czyja rozpacz jest większa, twoja czy moja?
Powstał, ukląkł przed nią, ujął jej ręce i całował długo i gorąco.
— W imię mojej wielkiej zbrodni rozgrzeszam cię ze wszystkich win! — przemówił nagle uroczyście, na wpół w obłędzie.
Ale w tej chwili oprzytomniał, powstał szybko, i nie patrząc na nią, wyszedł z pokoju.
Była zupełnie oszołomiona.
— Ostap! Ostap! — krzyknęła po chwili i wybiegła za nim.
Ale on był już na ulicy.