III
Ale zaledwie Gordon wyszedł, ogarnął Wrońskiego na nowo straszny niepokój.
Chciał się rozerwać, bawił się i rozmawiał z chłopcem, ale nic nie pomogło.
Wreszcie zaczęła go dręczyć obecność chłopca. Musiał być sam, musiał mówić z samym sobą. Kazał chłopcu odejść.
Położył się na łóżku.
Obawiał się napadu gorączki i nastawił budzik na dziewiątą godzinę.
Gdyby mnie tylko mógł zbudzić ze snu śmierci, pomyślał i uśmiechnął się. Potem myślał, jaka to będzie iluminacja! Szkoda, że dzisiaj nie są Gordona urodziny. Szkoda! Ale dobrze, że Gordon będzie tam stał: skoro odczuje obecność jego, wszystko będzie dobrze... Widział już teraz, jak się ostrożnie czołgał ku Gordonowi, jak Gordon spojrzał z podziwem na niego; serce mu rosło.
Ale dreszcze wróciły. Był zdumiony.
— Skąd te przeklęte dreszcze? Myślałem przecież o czym innym... Nie! Tylko leżeć spokojnie, a wszystko przejdzie...
Ale nie przeszło, owszem, pogorszyło się.
To przecież nie była trwoga. Nie, ani śladu. Wczoraj jeszcze drżał z radości, myśląc o wspaniałej iluminacji... Gdyby tylko mógł odnaleźć wczorajszy szał swojej nienawiści!
Przeszedł myślą uważnie całe swoje życie, rok za rokiem, jeden rok nędzy, głodu i choroby za drugim; myślał o tysiącznych upokorzeniach, jakie musiał znosić, żebrząc o chleb codzienny dla siebie i dla Poli. Myślał o bezgranicznej nędzy i ohydzie, szalał, ale wczorajszej nienawiści nie mógł odnaleźć.
— No! W takim razie będę się uczył nienawidzić! — krzyczał jak szalony. — Sam wytworzę sobie potrzebną nienawiść!
To świństwo! Został upokorzony, wyśmiany, wzgardzony słowem i spojrzeniem, a teraz nie czuł nawet nienawiści. Czyż już to żebractwo całkiem jego dumę przeżarło? He, he, be... Po co to śmieszne gadanie? Czyż w ogóle potrzebował się przygotowywać? po prostu zrobi, musi wszystko zrobić!
Ogarnęła go taka wściekłość, że z trudem tylko powstrzymał się, aby się nie bić po twarzy.
A jak się pięknie Gordonowi przedstawił! Zdruzgotany, złamany. A potem ta jękliwa i płaczliwa odpowiedź: „nie mogę!”.
Nie powinien dalej o tym myśleć. Zresztą kaszel odwrócił jego uwagę.
— Teraz już ani słowa więcej.
Wkrzykiwał to w siebie.
Zresztą było już za późno na namysły. Za późno. Nie wiedział, dlaczego było za późno, nie było żadnych przyczyn. Teraz musiał działać, choćby mu serce miało wyskoczyć z piersi ze strachu.
Wstał, napił się i położył się znowu.
Nagle nie czuł już trwogi. Był szczęśliwy, że nie potrzebował więcej myśleć o swoim czynie. Postanowienie było powzięte. Więc po co jeszcze myśleć?
— Dziwna rzecz, przez czternaście dni jest człowiek zdecydowany coś zrobić, a potem nagle w ostatniej chwili zaczyna się wahać...
To była ta tchórzliwa natura psa, jaką zrodziła w nim nędza i upokorzenie... Upokorzenie, na które musiał się narażać dla Poli. Czyż mógł pozwolić, aby Pola umarła z głodu?
Najważniejszą jest rzeczą — mówił do siebie — powziąć zamiar i tak potężnie go rozwinąć, aby mógł człowieka unieść w powietrze... Przypomniał sobie czarownika Szymona Maga, który także mógł się unosić w powietrzu. Dlaczegóż by nie?
Wyraźnie przecież czuję w sobie dwu ludzi, dwu ostro odgraniczonych ludzi, różniących się o całe niebo. Dlaczego człowiek, który powziął zamiar, nie mógłby nosić na sobie innego człowieka, drżącego z trwogi? Jednym z tych ludzi jest oczywiście wola Gordona, rozkaz Gordona: ale to przecie obojętne.
Leżał na łóżku. Chwilami strach go przejmował. Zdawało mu się, że od czasu do czasu krew w jego żyłach zatrzymuje się i dopiero po chwili odnajduje dalszą drogę. Ale to nie niepokoiło go nadzwyczajnie, był przecież przyzwyczajony do tego.
Wsłuchiwał się w tykotanie zegara, gniewał się, bo uderzenia wydawały mu się nieregularne, starał się sprostować swój błąd i zapadł znowu w stan apatii.
Nagle przyszła mu dziwaczna myśl.
A gdyby nie potrafił podnieść się? nie potrafił wyjść z pokoju, przekraść się chyłkiem ulicami do ratusza?...
Zdawało mu się, że rzeczywiście nie potrafi. Pasował się rozpacznie125 sam z sobą. Członki jego obezwładniały126. Miał wrażenie, że mu nogi zamierają. Nie mógł podnieść ręki. Powała127 zniżała się powoli, stawała się niby płynną masą metalu, która kołysała się tu i tam, zbijała w olbrzymią kulę i podniosła się nagle w górę, jakby do rozmachu, aby ze straszną siłą zwalić się na niego i zmiażdżyć go.
— Szaleństwo! — krzyknął. — Wszakże to tylko maligna.
Uśmiechnął się pogardliwie.
Ale nie mógł leżeć. Musiał wstać i zbudzić Polę... Ale któż mu powiedział, że Pola śpi? Skąd przyszła ta myśl obłędna, że Pola śpi? Naturalnie nie śpi...
Pozostał jednak na łóżku, w tej samej chwili zapomniał, że chciał iść do niej.
Odwrócił się do ściany, ściana była wilgotna.
— Aha! pleśnie, pleśnie!
Przyglądał się uważnie drugiej ścianie.
— Teraz czwarta część ściany jest zapleśniała. Po miesiącu pleśń dosięgnie brzegu tapety, jeszcze za miesiąc dojdzie do wzorów kwiatowych...
Zerwał się przestraszony.
— Ach, to ty, Franek.
Franek zamknął przezornie drzwi.
— Nikt tu nie wejdzie?
— Nie!
Franek przysunął się do Wrońskiego i szeptał:
— Wszystko w najpiękniejszym porządku. Wejdziesz przez furtkę ogrodu zimowego. Ogrodnik i woźnica są na weselu. Tylko Ulicha jest w domu. Z powrotem możesz wyjść drzwiami od werandy. Będę czekał na ciebie i wszystko ci dokładnie pokażę.
— Dobrze, dobrze! — Wroński mówił z zupełną apatią.
— Czy ty rzeczywiście to zrobisz? — szepnął Franek z niedowierzaniem.
Wrońskiego ogarnął szał128, rzucił Frankowi piorunujące spojrzenie, ale nie rzekł ani słowa.
— Nie... nie szalej — myślałem tylko... Zresztą to tylko zabawka dziecinna129.
— Jakże z odezwą?
Franek klasnął130 językiem i uśmiechnął się.
— Teraz rozlepię ją po wieżach kościelnych... Masz co do picia?
— Tam!
Po chwili Wroński spojrzał na niego podrażniony.
— Przecież to nie do wiary, jak taki smarkacz umie pić.
Franek obraził się.
— Ciekawy jestem, co byś począł bez tego smarkacza. Możesz ledwie łazić! Ale daj mi kołdrę lub coś podobnego, marznę... Kiedy śnieg padał, zacinał do wnętrza, podłoga zamokła, a teraz zamarzła. Można by się ślizgać...
— Nie kłam tak bezwstydnie!
— Jesteś dzisiaj zuchwały, Stefanie. Masz pewnie znowu jakiś napad... No, nic nie szkodzi. Znamy się przecież dobrze... Ale jeżeli ty nie będziesz mógł tego zrobić, to ja sam zrobię. Będę czekał na ciebie do pierwszej. Potem sam zrobię. Do widzenia!
— Idź do diabła! — krzyknął za nim Wroński.
Zatrzymał się zamyślony w środku pokoju. Jak długo tak stał, nie wiedział. Nie mógł sobie przypomnieć, żeby o czymś myślał.
Rozejrzał się, poszedł do kuchni i nadsłuchiwał, potem otworzył ostrożnie drzwi i wszedł.
Pola nie spała.
Siedziała na łóżku i wpatrywała się w Stefana.
— Jak się czujesz, Pola?
— Och, lepiej, lepiej... Pragnę tylko spokoju... Stefanie131.
Błagalnie patrzyła na niego.
— Tak, tak... Ale słuchaj, muszę odejść... niech cię to nie niepokoi... za godzinę lub za dwie powrócę.
— Idziesz teraz? W nocy?
— Nie, nie... tylko na drugą stronę ulicy. Przyjechał jeden z kolegów i przysłał po mnie. Stoi132 w hotelu na rynku...
Usiadł odruchowo i patrzył na nią błędnie.
— Co ci jest, Pola? Dlaczegoś taka smutna?
Nie odpowiadała.
— Nie chcesz, nie możesz mi odpowiedzieć?
— Nie pytaj! Nie pytaj!
— Czy to o Gordona? — zapytał z zapartym oddechem i powstał.
Spojrzała na niego z przestrachem.
— Czy to o Gordona? — zapytał drżącym głosem.
— Co, co mówisz? — patrzyła na niego z rosnącą trwogą.
— Nie rozumiesz?
— Nie!
Usiadł znowu, ujął jej ręce, gładził je pieszczotliwie, potem wstał i, nie mówiąc słowa, wyszedł.
Na schodach całkiem odruchowo pomacał kieszenie.
— Dla Boga, nie mam zapałek!
Wrócił i znowu stał długo na środku pokoju.
Przeraził się.
Jeśli tak dalej pójdzie, pochwycą mnie, nim dojdę do ratusza, myślał z rozpaczą. Muszę teraz wytężyć wszystkie siły, muszę czuwać na sobą.
Ożywił się, szukał niepotrzebnie bardzo długo zapałek i zdawało mu się przy tym, że pokonał już szczęśliwie kilka przeszkód, włożył je do kieszeni, przekonawszy się dokładnie, że nie jest dziurawa, potem chciał zgasić lampę, ale namyślał się bardzo długo, chociaż nie wiedział, czemu by jej nie miał zgasić, i wyszedł.
Dopiero później dręczyła go myśl, że zapomniał zamknąć drzwi.