III

Okonek stał i czekał.

Zachmurzyło się i znowu deszcz padał. Wilgotny chłód mroził jego członki. Przemókł zupełnie i szczękał zębami jak w febrze.

W głowie szumiało mu. Nie wyobrażał sobie nigdy sprawy w ten sposób. Wypadki kilku ostatnich godzin wirowały mu przed oczyma.

Widział, jak tłum rzucił się na sklepy; jak grabił i rabował. Widział krwawe, poszarpane ciało kupca, który strzelił do tłumu; widział wojsko wchodzące do miasta, widział tłum rozpędzany szablami.

I za to wszystko miał on odpowiadać.

Osłabł z trwogi.

Ale cóż tak złego powiedział? Chciał przecież prosić burmistrza o pracę. Wszak prosił pokornie, z należnym uszanowaniem.

Ale potem przypomniał sobie wszystko, co mówił, jak podburzał robotników, jak wzywał, by sami wymierzyli sobie sprawiedliwość...

Nie mógł oddychać z trwogi.

I widział się zdradzonym236, skrępowanym, wtrąconym do więzienia...

Ten przeklęty Gordon wtrącił go w to nieszczęście; ale on nie będzie cierpiał niewinnie, powie wszystko. Oszołomiono go, zmuszono do wszystkiego... A to z leśniczym... e — e: Gordon będzie się strzegł wspominać o tym. Ładnie by go ukarano za współwiedzę.

Było mu strasznie zimno. Biegał wkoło, ale trwoga rosła do niezmierzonych rozmiarów i ubezwładniała237 mu członki.

Teraz Gordon musiał mu pomóc — teraz musiał mu pomóc, ten łotr.

W tej samej chwili usłyszał cichy świst.

To Gordon.

Okonek odetchnął...

— Cóż myślisz teraz robić? — spytał Gordon.

— Musisz mi pan pomóc! Pan wtrąciłeś mnie w to nieszczęście.

— Czyż nie wiedziałeś, co czynisz?

— Nie wiedziałem. Byłem oszołomiony. Powiedzieliście mi, że chodzi tu o niewinną agitację na korzyść robotników, a tymczasem rabowano i mordowano... Teraz musisz mi pan pomóc. Mówię to tylko w pańskim interesie.

— Jak to w moim?

— Pan kierowałeś przecież wszystkim, a ja byłem tylko głupim narzędziem...

Gordon milczał.

— Więc cóż myślisz teraz robić? — spytał nagle.

— Nieznajomy powiedział mi, że dasz mi pan pieniądze i paszport.

— Więc chodź.

— Dokąd? — Okonek zdradzał dziwne niedowierzanie.

— Czy sądzisz, że się to da zrobić tak szybko? Ukryję cię przez kilka dni w moim domu, dopóki wszystkiego nie załatwię.

Szli w milczeniu.

— Gdyby mnie schwytano, sprawa może wziąć zły obrót — rzekł nagle Okonek. Czuł nieprzepartą chęć rozmawiania.

— Sądzisz, że nie możesz ręczyć za siebie?

— Och, pan nie wie, co to więzienie. Człowiek może oszaleć. Przyznaje się do wszystkiego w nadziei, że go uwolnią; zdradziłby własnych rodziców, byleby się wydobyć. Więzienie jest gorsze od śmierci. A za to podpalenie, za ten mord grozi więzienie, dwadzieścia, trzydzieści lat więzienia...

Gordon nic nie mówił.

Okonek drżał z trwogi. Chciał teraz mówić, by zagłuszyć swoją trwogę.

— Żołnierze zabili pięciu ludzi. Ale rzeczywiście nie można było tego bydła utrzymać na wodzy. Musieli rabować, grabić, mordować...

Okonek rozpoczął długą obronę własną.

...On myślał naturalnie, że to wszystko załatwi się w najpiękniejszym porządku; chciał pouczyć robotników, co mają robić...

...Boże, Boże, gdyby był przypuszczał, co się stanie...

Mówił bez przerwy, ustawicznie powtarzał jedno i to samo, przerywał sobie okrzykiem rozpaczy z powodu nieszczęścia, w jakie go Gordon wtrącił.

...Podpalić! Podpalić fabrykę lichwiarza, tak, to zupełnie co innego! To rodzaj osobistego wymiaru sprawiedliwości. Ale podburzyć do grabieży i rabunku niewinnych ludzi... nie! to nie wolno. Zresztą, nie wie wcale, co mówił. Choćby go posiekano w kawałki, nie umiałby powtórzyć ani słowa ze swojej mowy. Ten nieznajomy dał mu ją, on wyuczył się na pamięć jak papuga... Nieznajomy dał mu także najświętsze zapewnienie, że mu się nic stać nie może, a teraz żołnierze biegają za nim jak szaleni, szukają go, aby go uwięzić...

— Skąd to wiesz?

— Widziałem, że uwięziono wielu ludzi, a ci z pewnością wszystko wypaplają. Boże, toż będą śpiewać!

Weszli na torfowisko.

Okonek ciągle jeszcze rozprawiał gwałtownie. W miarę, jak Gordon milkł, on czuł coraz większą potrzebę mówienia.

...Gordon winien jego całemu nieszczęściu.

...Odkąd zastrzelił leśniczego — a musiał go zastrzelić w obronie własnego życia — popadł w moc złego ducha. Gordon nie powinien się o to gniewać na niego, ale dla niego jest gorszy jeszcze niż zły duch... Zajmuje go bardzo agitacja celem zaprowadzenia ośmiogodzinnej pracy i podwyższenia płac robotnikom. Gordon wie przecież, jak dzielnie pracował w agitacji. Ale to, co się dzisiaj stało...

To był powtarzający się ciągle refren. Z każdym krokiem naprzód rosła w nim obawa i strach przed tym, co go czeka. Zdawało mu się, że ktoś idzie za nim ciągle, ślad w ślad.

Weszli na wąską ścieżkę prowadzącą między dwoma dołami torfowymi.

— Gdzie my idziemy? — spytał nagle Okonek i rozejrzał się błędnie.

W tej samej chwili zepchnął go Gordon całą siłą ze stromego brzegu.

Okonek wydał zwierzęcy krzyk i zanurzył się.

Gordon, zrzucając Okonka, poślizgnął się i upadł w tył.

Nim jednak zdołał się podnieść z oślizłej ziemi, Okonek wynurzył się i, walcząc ze śmiercią, uczepił się jego nogi. Gordon czuł, jak go szarpie z rozpaczliwą siłą, czuł, jak przemokły torf usuwa mu się spod nóg, ale w tej samej chwili wyrwał nogę i z nieludzką siłą kopnął Okonka w głowę.

Straszny krzyk!

Gordon podniósł się i z błyskawiczną szybkością obiegł wkoło dołu238. Po drugiej stronie stały wysokie kupy torfu, staczał je do wody z dzikim pośpiechem.

Miał siły olbrzyma. W kilku minutach239 zasypał zupełnie dół w miejscu, gdzie wrzucił Okonka.

Wtedy oprzytomniał. Czuł wstręt.

— Nie! Do diabła! Nie upadł jeszcze tak nisko, żeby być grabarzem chłopów.

Czekał, czy Okonek nie wynurzy się jeszcze.

Nie!

Chciał już odejść, ale nagle zdało mu się, że to wszystko trwało tylko kilka sekund. Okonek mógł żyć jeszcze.

Czekał znowu, doliczył do tysiąca, aby zyskać miarę czasu, chciał potem odejść, ale dziwna trwoga ciągle jeszcze zatrzymywała go nad dołem.

Wreszcie wmówił w siebie, że Okonek już dawno utonął, i odszedł.

Powoli uspokajał się.

To było konieczne! Musiało się stać!

Cóż warte życie jednego chłopa? Rolę, jaką mu przeznaczył, odegrał. Był tylko narzędziem, a wytrych najłatwiej zdradza złodzieja.

Splunął.

Tylko tego krzyku, tego strasznego krzyku nie mógł zapomnieć. Brzmiał mu ciągle w uszach.

Ale w miarę zbliżania się do domu, zapominał powoli o krzyku. Myślał teraz o spustoszeniu całej prowincji... To był plan najbliższej przyszłości... Ha, ha, śmieszny Schopenhauer, potępiał życie, a nie chciał go poświęcić.

Bakunin był przynajmniej konsekwentny...

I znowu myślał o kapłanie, z którego pomocą miał pozyskać dla swych planów zniszczenia tysiące i tysiące ludzi, byle tylko240 Hartmann miał pole do odbudowywania...

I uśmiechnął się.