IX

Brama frontowa była zamknięta, Gordon musiał więc przejść przez dziedziniec, by wyjść drogą prowadzącą przez wielki ogród.

Nie uszedł jednak jeszcze stu kroków, gdy Ostap dopadł go zziajany, zdyszany i konwulsyjnie uczepił się jego ręki.

— Nie odchodź, na miłość boską! Zostań przy mnie! W tobie jest potęga. Przy tobie jestem spokojny, tylko z twej potęgi mogę czerpać życie. Jestem tak słaby, ty możesz być mi podporą. Ściga mnie trwoga, a ty jedyny ją rozpraszasz. Wróć, chodź ze mną, będę kradł, mordował, rabował, całą prowincję zarażę bakcylami...

Nie mógł mówić dalej, powtarzał bezmyślnie te same słowa.

Gordon spojrzał na niego. Ostap był zmieniony do niepoznania79. Twarz jego ściągnęła się konwulsyjnym kurczem, usta drgały gorączkowo.

— Nie, nie chcę! — rzekł wreszcie Gordon. — Dość długo słuchałem twej gadaniny. Wysilasz się, by mnie jak najdotkliwiej obrazić.

— Nie, nie! — Ostap załamał ręce. — Nie chcę cię obrażać, ale ty dla mnie jesteś Aleksandrem Wielkim, Byronem, Karolem XII.

Gordon odwrócił się z niechęcią i chciał iść dalej. Ostap zatrzymał go przemocą.

— Nie odchodź! Będziesz żałował. Szaleje we mnie orkan trwogi, orkan, rozumiesz... He, he. Widziałeś kiedy trąbę powietrzną? Domy, wsie, drzewa jak ździebełka słomy znikają z powierzchni ziemi. Będziesz żałował... A zresztą na wszelki wypadek wziąłem ze sobą...

Pokazał Gordonowi rewolwer, ale ręka jego drżała tak silnie, że omal nie upuścił go na ziemię...

— Przez trzy miesiące piłem, piłem bez przerwy. A ty wiesz, że pić potrafię.

Gordon przypatrywał się długo Ostapowi i w milczeniu zawrócił z nim do Hutha. Gdy znowu usiedli w pokoju, spostrzegł Gordon zupełnie nową zmianę na twarzy Ostapa.

Miała ona wyraz bezgranicznej, psiej uległości. Oczy pałały gorączkowo, rzucając wkoło przelotne blaski.

— Czego chcesz? Może wina? Patrz, mam tu jeszcze trzy butelki. A może zawołać Kasię? Całą noc będzie śpiewała, jeśli tego zażądasz... Ona cię kocha: powiedziała nieraz, że oddałaby trzy lata życia swego za jedną, jedyną noc spędzoną przy tobie...

— Dajże już raz spokój tej paplaninie!

Gordon poruszył się niecierpliwie na krześle.

Ostap patrzał długo na niego i wybuchnął nagle prawie spazmatycznym śmiechem.

Gordon bębnił palcami po stole.

Ostap uspokoił się od razu i z natężoną ciekawością patrzał wprost w jego oczy.

— Powiedz mi, Gordonie, zupełnie szczerze: dlaczego zachowujesz tak małostkowo twoje tajemnice? Mogę ci przecież być pomocnym w wielu rzeczach... A więc, powiedz mi, czy naprawdę myślałeś o tym, by zbuntować robotników fabrycznych i z ich pomocą zburzyć miasto?

— Nie.

— Naprawdę nie? Ależ to zdumiewające. Nie rozumiem cię. To przecież pomysł, który się sam nastręcza, jeśli się logicznie cały plan obmyśla! Zdumiewające! Zdumiewające! Ale przecież myślałeś o tym, by robotników pozbawić zarobku...

— Któż ci właściwie powiedział, że w ogóle mam zamiar podpalić fabrykę? Nawet we śnie nie przyszła mi ta myśl do głowy.

Ostap patrzył na niego z nieopisanym zdumieniem.

— Nie myślałeś o tym? Ależ to przecie rzecz najważniejsza. Czego dokonasz z tą drobną sumką pieniężną? Albo czego w ogóle w ten sposób dokazać możemy? Co najwyżej będziemy mieli do rozporządzenia z jakie pięćdziesiąt tysięcy marek80. A przecież najgłówniejszą rzeczą jest rozpalić olbrzymie ognisko buntu, oswoić z nim robotników, urządzić wszędzie małe ruchawki, rozbijać sklepy... Tak, przede wszystkim należy zniszczyć poszanowanie własności, pouczyć lud, że ma prawo sam sobie wszystko zabierać, nie czekając, aż mu władza zrobi jakieś ustępstwo... He, he, ty jesteś marzycielem, fantastą. Teoria twoja jest piękna, wspaniała — nigdy od czasów Katyliny81 nikt jeszcze nie wpadł na lepszy pomysł, na pomysł skupienia wokół siebie dzieci szatana, by za ich pomocą dokonać dzieła zniszczenia. Ale rzeczą główną, rzeczą zasadniczą jest przede wszystkim dopiero wychować miliony ludzi na dzieci szatana, a o tym zupełnie zapomniałeś. Podpal fabrykę Schnittlera! Tysiące robotników pozbawisz w ten sposób chleba. Gdzież kto teraz w zimie znajdzie robotę? Przy najlepszej nawet woli nikt nie będzie w stanie, ani rząd, ani miasto zatrudnić na razie taką moc robotnika82. Tysiąc robotników, tysiąc robotników bez chleba!...

Ostap zakrztusił się, oczy jego błyszczały jakby rozżarzone węgle, na twarzy malował się fanatyczny tryumf.

— Tysiąc robotników bez chleba! To znaczy, stu umrze z głodu, stu pójdzie na żebry lub włóczęgę, ale to jeszcze bagatela! Stu chwyci się kradzieży i rozboju... uważaj! teraz rzecz poczyna być ciekawa. Z kobiet przeważna część83 odda się prostytucji i za pomocą kiły zatruje zarazą tysiące mężczyzn... A wszyscy — wszyscy podpadną władzy szatana. Lud zawsze podpada władzy szatana, jeśli mu się odbiera możność zarobku.

Gordon siedział zamyślony.

— Właściwie nigdy o tym nie myślałem. Nie chcę się posługiwać motłochem, by dopiąć mego celu.

— Aha! Aha! Otóż i nasz sławny kanarek! Tak, tu go mamy!

Ostap udawał rozmyślnie, że się dusi od śmiechu.

— Romantyzm wychodzi na wierzch. Podobny jesteś do Fouriera84 lub Babeufa85... Masz litość i współczucie dla uciemiężonych... Ha, ha, ha! Cierpisz razem z nimi! Tak, tu tkwi nasz sławny kanarek!

— Nie ma tu mowy o litości, ni współczuciu. Nie odpowiadało to tylko mym planom. Zresztą mały z takiej agitacji pożytek, bo za mało mamy tu robotników.

Ostap spojrzał bystro i przenikliwie na Gordona.

— I właśnie dlatego plan mój jest dobrym. Twoje pomysły za wielkie, za obszerne. Opierasz się zawsze na fantasmagoriach, budujesz plany na krociach tysięcy, na milionach. I to właśnie jest ideologią — w tym przypominasz Karola XII... Posługujesz się przecie Okonkiem; a lud cały jest tylko takim głupim Okonkiem, którym można kierować według upodobania.

Nagle ogarnęło Ostapa wielkie znużenie. Cały jego zapał zgasł od razu. Rzucił się na sofę i obojętnym, roztargnionym wzrokiem patrzył przed siebie.

— Ty w ogóle jesteś chory — rzekł wreszcie. — Słyszysz, jak trawa rośnie, masz olbrzymie pomysły, ale łączysz je z niepraktycznością dziecka.

— Może byś wreszcie zechciał przestać zajmować się moją osobą?

Gordon był silnie podrażnionym.

Ostap wstał z sofy i patrzył na niego ze złośliwym uśmiechem.

— I rzeczywiście nie myślałeś o hodowaniu nowych pokoleń zarazków? Rzeczywiście nie myślałeś?... No, no, dajmy spokój! Idź do domu, idź! idź! Ja natomiast zakłócę dziewicze sny Kasi. Idź, idź i nie zapomnij tego, co ci powiedziałem! He, he, jestem na twoje usługi, urządzę ci korowód z pochodniami, skoro fabryka spłonie — korowód z grabieżą, rabunkiem i z wszystkim, co do tego należy, by uświetnić pomysły Karola XII. Ale nie zapominaj, że jesteś człowiekiem chorym. Nie ufaj sobie zbytecznie. Miewasz znakomite pomysły, ten np., że wszystkie dzieci szatana nie powinny się znać wzajemnie, a przecież kierować się tą samą myślą przewodnią, czyli innymi słowy powinny mieć sugestię sprzysiężenia rozgałęzionego po całym świecie. To wszystko jest bardzo misterne, bardzo psychologiczne, ale ty jesteś za bystry, nie zwracasz uwagi na rzeczy najprostsze... He, he, najprostsze, najsubtelniejsze, na najwykwintniejsze rozwiązanie kwestii socjalnej: hodowlę zarazków cholery i tyfusu.

Gordon patrzył na niego długo i uśmiechnął się ironicznie.

— Czemu się śmiejesz? Czemu? — Ostap porwał się.

— Słuchaj, Ostapie, ten wieczór był dla mnie nader pouczający. Dzisiaj poznałem cię lepiej niż w ostatnich dwunastu latach86. Słuchaj no! Ten plan, by spalić fabrykę i pozbawić robotników chleba obmyśliłeś przecież tylko dlatego, aby moje sumienie obciążyć zbrodnią? He?

— Do diabła, jakiś ty bystry! Wszakże mówiłem, że słyszysz, jak trawa rośnie.

Gordon spoważniał nagle.

— Zresztą wziąłeś tę ideę ode mnie, a raczej pośrednio z broszur, jakie czytałeś w ostatnim czasie.

Ostap uniósł się.

— Więc rzeczywiście sam wpadłeś na ten pomysł? Pierwej, nim ja ci powiedziałem?

— Tak, pierwej! Powziąłem ten plan już w Londynie i obmyśliłem go w najdrobniejszym szczególe. Słuchałem cię spokojnie, bo byłem ciekawy, czy nie powiesz mi czegoś nowego, o czym przypadkiem zapomniałem... Bądź zdrów! Jutro o szóstej po południu bądź w domu. Hartmann cię odwiedzi.

— Kto?

— Hartmann! Inżynier z fabryki Schnittlera... He, he, widzisz, nie mam już tajemnic przed tobą...

Ostap chodził w milczeniu po sali.

— Tak, Gordonie... — zatrzymał się przed Gordonem. — Ty jesteś największym zbrodniarzem, jakiego kiedykolwiek widziałem. Jesteś tak wielkim zbrodniarzem, że nie jesteś już nawet łajdakiem... Teraz rozumiem, czemu jestem tak silny przy tobie: w twojej zbrodni zanikają wszystkie inne bez śladu... Ale ty kłamiesz, kłamiesz i ten pomysł, by spalić fabrykę, pozbawić robotników chleba i zmusić ich przez to do zrabowania miasta, to wszystko dopiero ode mnie usłyszałeś. Byłeś zadziwiony, nie myślałeś nigdy o tym. Jutro, pojutrze przeprowadzisz ten pomysł, ale pomysł jest mój! Rozumiesz? Mój! Przyznaj nareszcie!

Krzyczał jak szalony.

— Okradłeś mnie z moich pomysłów! Zawsze brałeś je ode mnie! A ja, śmieszny głupiec, musiałem być twoim sługą!

Zapomniał się zupełnie, krzyczał głośno i z wściekłością bił pięścią w stół.

Gordon spojrzał na niego z pogardą, roześmiał się prawie wesoło i wyszedł.

Ale zaledwie stanął w drzwiach, Ostap cisnął za nim pełną butelkę. Jednak nie miał już władzy nad swymi członkami; butelka przeleciała za wysoko i rozbiła się o ścianę.