VIII

Pół godziny prawie przeszło wśród głuchego milczenia.

I znowu spojrzał Ostap na Gordona z dziwnym, pełnym zakłopotania uśmiechem.

— Myślę o tym ciągle — rzekł — ciągle...

Zakrztusił się, chwycił za szklankę i począł opowiadać szybko i chciwie.

— Nikt tego nie widział. Żaden sąd nie byłby w stanie udowodnić mi zbrodni, a jednak mam uczucie, że każdy człowiek wie o niej. Widzę moją tajemnicę we wszystkich ogłoszeniach, czytam listy gończe w każdym dzienniku...

Spojrzał zmieszany dokoła, uśmiechnął się i bawił się nerwowo szklanką. Zdawało się jednak, że go ogarnia i przemaga chorobliwe pożądanie zwierzenia się, ogłuszenia swego bólu opowiadaniem.

— To z Helą... Nie! Nie chcę mówić o Heli — sprawia mi to ból tak straszny... jak gdyby kurcz chwytał za serce... Śmiejesz się?

— Nie, nawet mi przez myśl nie przeszło śmiać się teraz — odpowiedział Gordon bardzo poważnie.

— Tak? Zdawało mi się. Ale opowiadanie moje cię zajmuje? — spojrzał złośliwie na Gordona. — Chyba ciekawy jesteś mego i Heli stosunku?

— Nie więcej, jak tylko tyle, ile to mym zamiarom służyć może.

Ostap wybuchnął śmiechem.

— Tak! Mówisz bardzo uczciwie. Tak, tak — i ja nie interesuję cię więcej. He, he — a jednak powinieneś się więcej mną interesować. Mógłbyś coś z twej natury we mnie odnaleźć.

Ziewnął.

— Słyszałeś może historię mordercy, który zamordował jakąś bogatą kobietę, zrabował jej kasę, umknął szczęśliwie i nagle przypomniał sobie kanarka, którego widział w jej pokoju? Wrócił z powrotem, narażając się na najstraszniejsze niebezpieczeństwo, wsunął do klatki pożywienie dla ptaszka, aby go uchronić od głodowej męki. Widzisz! to typowe dla nas wszystkich. Jesteśmy w stanie kraść i mordować, nie odczuwając żadnej innej rozkoszy, jak tylko bezkarności naszego postępku... Ale te rzeczy drobne, słodkie... He, he — te kanarki! Im nie pozwolimy umierać z głodu... Dzieci mordować nie wolno — szeptał drżącym głosem. Zimny pot w grubych kroplach wystąpił mu na czoło.

Pauza.

— Ty jesteś także zbrodniarzem, ale twoje instynkty zdołałeś w wyższym niż ja stopniu opanować. Nie zdobyłbyś się nigdy na tak małą, nędzną zbrodnię... Ty jesteś Karolem XII! Tak! właśnie Karolem XII!

Zaśmiał się tryumfalnie.

— Tak długo myślałem nad zagadką, której „Gordon” na imię i teraz dopiero zdołałem ją rozwiązać. Zastanów się tylko nad Karolem XII: wyrusza ze swej ojczyzny Bóg wie po co i na co, zaplątuje się w wojnę z całą Europą, z siłą ośmiu tysięcy ludzi uderza na pięćdziesiąt tysięcy Rosjan i odnosi zwycięstwo. Pojmujesz? Osiem tysięcy przeciwko pięćdziesięciu?! Następnie rozbija w puch Augusta Mocnego i — i... he, he... pozwala się wywabić w bagna głupiemu barbarzyńcy Mazepie, bo tak mu do smaku przypadły jego opowiadania pod gwiazdami usianym niebem... Ha, ha, ha... Biedny estetyk! A potem chroni się do Turcji, przesiaduje tam pięć lat, a wszystko dla jakiejś urojonej myśli — rozumiesz? — dla jakiejś urojonej myśli, jak powiedziałem... I znowu ogarnia go gorączka, pędzi z Turcji do Stralsundu, w czternastu dniach75 przebywa ogromną przestrzeń... He, he, he... Na co? Po co? Całe państwo mogłoby było rozpaść się w gruzy — nie byłby się nawet przez chwilę o nie zatroszczył, ale jego urojenia musiały znaleźć zaspokojenie...

Mówisz, że przykład źle dobrany? Nie, nie... Ty jesteś jednym z takich ludzi, jesteś Aleksandrem Wielkim, który każe się mianować synem bożym i zupełnie na serio wierzy w swe boskie pochodzenie. Jesteś Byronem, który pragnie zostać królem Grecji...

Dlaczego tak postępujecie? He? Otóż w tym właśnie leży cała wasza wielkość, że nie wiecie dlaczego, że nie macie żadnych zamiarów. Dlatego, tylko dlatego tak wielką, tak straszną macie władzę nad ludźmi. Ja to kocham, kocham nad wszystkie granice. Współprzestępcą waszym się stałem z miłości do tej mistycznej, awanturniczej natury, która się przez was objawia.

Zaśmiał się nagle wściekłym, złośliwym śmiechem.

— Tak, tak: wszyscy jesteście sobie podobni. Karol XII był bogobojnym człowiekiem, jednym z tych, którzy nade wszystko kochają sprawiedliwość, a jednak nie znał większej rozkoszy nad rozkosz mordu, rzezi, pożogi... Urodzony podpalacz. Podpalał domy, palił zboża na polach; nigdy nie czuł się tak szczęśliwym, jak wówczas, gdy z Stralsundu pisał do swej siostry, że usmażył kilka tysięcy ludzi... Widziałeś kiedy tę małą, ściągłą76, dziewczęcą twarz? Zupełnie podobną twojej!

Byron szydzi ze świata, pogardza wszystkim, co się na ziemi znajduje, ale sam chce zostać królem Grecji! A ty... ty wmawiasz w siebie, że musisz szerzyć zniszczenie, by zadośćuczynić jakiejś szatańskiej teorii. He, he... jak ty się okłamujesz! Przecież ty szerzysz zniszczenie jedynie tylko dlatego, że nosisz w sobie całe piekło nieszczęścia i obrzydzenia. Nie, nie obrzydzenia — obrzydzenie osłabia i pęta energię, ale nienawiść — nienawiść! Nigdy nie wyobrażałem sobie, by człowiek mógł tak chorobliwie nienawidzić...

Rzucił nagle szklankę na ziemię i począł łapczywie pić z butelki.

— Ty nie należysz do naszej epoki. Nie ma dla ciebie miejsca, przestrzeni. W innych warunkach mógłbyś zostać królem, mógłbyś rozgramiać rosyjskie wojska i z trzytysięczną drużyną krocie tysięcy Turków w puch rozbijać, i znowu w czternastu dniach tysiące mil przebywać, i spać na wałach Frederikehalli, i śnić o jasnych nocach... Teraz jesteś bezsilny, spętany i dlatego pożądasz zemsty...

Przypatrywałeś się kiedy charakterowi jego pisma? Jego, to jest naturalnie Karola XII. Podobny do twego. I czy wiesz, że on nigdy nie posiadał kobiety — mówię o fizycznym posiadaniu — wiesz o tym? Nie wiem, czy ty... Hela! He, he, Hela! To był rodzaj mistycznych zaślubin, poczętych w mózgu. Tak, rodzaj mózgowej ekstazy... Uważałem także, że nieraz zasypiasz i budzisz się nagle, nie wiedząc wcale o tym, że spałeś... Ty, ty jedynie wpośród nas wszystkich jesteś obłąkańcem. Ty jeden byłbyś w stanie z najzupełniejszym spokojem zamordować bogatą kobietę, a nie dozwoliłbyś za nic na świecie, by kanarek zdechł z głodu.

Gordon zmarszczył brwi.

— No, dość już tego! Dość tej pijanej rozmowy. Siedzę tu już od godziny i słucham bezmyślnej paplaniny, siedzę zupełnie spokojnie, ale teraz dość już tego wszystkiego!

— Dość ci? Idźże do diabła!

Ostap uderzył pięścią w stół.

— I dlaczego tu siedzisz? Czego chcesz jeszcze? Teraz mógłbyś doprowadzić mnie do kryminału, gdybyś zechciał... He, he.. Spróbuj tylko! Romantyk jest zawsze szlachetny, romantyk nie spełni nigdy brudnego czynu, a ty — Karol XII, król nowego Syjonu miałbyś zadenuncjować człowieka, że zamordował niewinne dziecko! He, he, he... Herod tysiące dzieci mordował i pożarło go robactwo.

Zmieszał się nagle.

— Czy sądzisz, że to robactwo trzeba przenośnie sobie tłumaczyć? Zresztą nie chcę cię dłużej zatrzymywać...

Położył się na sofie i począł wpatrywać się w sufit.

— Psychologia jest jednak najgłupszą rzeczą na świecie. No tak... — usiadł znowu. — Teraz możemy znowu mówić rozsądnie. A więc do interesu, nieprawdaż?

Stał się nagle poważnym i obojętnym.

— Proklamację pisał Wroński?

— Tak.

— Bardzo dobra.

— Tak, bardzo dobra. — Gordon w zamyśleniu przesunął ręką po włosach.

— Któż ją rozszerza77?

— Okonek.

— Ten, co przeszłego roku chciał sobie gardło poderżnąć?

— Tak.

— I jego też oplątałeś? — Ostap ze zdziwieniem spojrzał na Gordona. — Winszuję ci, czasami jesteś rzeczywiście podziwienia godnym. Widziałem go przeszłego roku, był strasznie pijany, zdaje się, że miał już delirium i wtedy wrzeszczał: „Ja jestem ja...”. Od razu pomyślałem, że mógłbyś z niego coś zrobić... Ale wiesz co, mnie to wszystko w ogóle za mało obchodzi. Rozumiesz mnie: jestem tylko dyletantem — tylko dyletantem...

Wypił do dna butelkę i nagle uderzył się ręką w czoło. Był niezwyczajnie wzburzony.

— Powiedz mi, Gordonie — przysunął się bliżej do niego i uśmiechnął się złośliwie — powiedz mi, czy Okonek i Sobek nie są przypadkiem jedną i tą samą osobą? Wiesz, ten sławny Sobek, co przeszłego roku podpalił twoją stodołę? Sławetny Sobek, co zastrzelił twego leśniczego? Ha, ha, ha... bardzo mnie ta sprawa zajmowała, poczyniłem badania i dowiedziałem się, że Sobek był w tym czasie niedołężny i chory... Zawsze mi się to wydawało podejrzanym, żeby Sobek miał się tego czynu dopuścić... He, he, he, jak ci twarz teraz drga, jak się błędnie we mnie wpatrujesz...

Ostap jeszcze bliżej przysunął się do niego.

— Czy przypadkiem nie mylisz się do osoby? He?

Gordon zaśmiał się cicho.

— Zgadłeś — rzekł nagle. — Okonek zamordował leśniczego. Sobek umarł w dwa dni potem. Nikt o tym nie wie i nigdy wiedzieć nie będzie. Skoro kto umrze, można wszystko pisać na jego rachunek. Ale Okonek był moim niewolnikiem, moim psem, a to znaczy bardzo wiele. Zresztą bardzo ważną rzeczą jest, by i teraz mogło być wszystko, co się stanie, przypisanym Sobkowi.

Ostap z rosnącym zdziwieniem patrzył na Gordona.

— Nigdy jeszcze tak otwarcie ze mną nie mówiłeś. Jaki jest cel twej szczerości?

— Nie ma żadnego. Ale sądzę, że teraz mogę już mówić otwarcie. Rozumiesz co to teraz znaczy?

Ostap spojrzał na niego nienawistnie.

— I teraz zmarły Sobek podpali fabrykę Schnittlera?

Ostap zaśmiał się zachrypłym głosem.

Gordon zbladł nagle i nie odpowiedział ani słowa.

— Co? Nie taki twój plan? Jesteś tak wzburzony? Dlaczego mi nie odpowiadasz? Czy otwartość twoja do tego planu już się nie rozciąga?

Gordon uśmiechnął się pogardliwie.

— Na miły Bóg, Gordonie, jesteś naiwnym dzieciakiem. Mordu i pożogi dopuścić się może pierwszy lepszy parobek. Nie wpadłeś ty jeszcze na myśl hodowania zarazków cholery lub tyfusu? Jeszcze nie? Oto środek fin de siècle78... Prawdziwie wyrafinowany środek. W przeciągu jednego tygodnia zaraza wypleni całą prowincję...

Szeptał, ale nagle uderzył nogą o ziemię, usta ściągnęły mu się kurczowym uśmiechem, drżał na całym ciele.

Gordon wstał. Przez chwilę wpatrywali się uporczywie w siebie.

— Szatanie! — wrzasnął Ostap.

— Zastrzelę cię jak psa na ulicy, w jasny dzień, jeśli odważysz się pisnąć choćby słówko. — Gordonowi wystąpiła piana na usta.

I wydawało się, że lada chwila rzucą się z wściekłością na siebie. Ręce Ostapa drżały w mimowolnych odruchach.

Gordon pierwszy opanował się i wyszedł, nie mówiąc ani słowa.