VI

Kiedy się zbudził, spostrzegł Gordona siedzącego przy stole. Był zajęty samowarem.

Ostap natychmiast przymknął oczy, ale wnet usiadł na łóżku.

— Czy mnie znaleziono u niej?

Gordon spojrzał nań uważnie.

— Wszak mówiłem, że to nic nie znaczy. Wszyscy byli tak zatrwożeni o ciebie. Jeżeli się nie mylę, to częściej już miewałeś takie napady.

Ostap spojrzał nieufnie na Gordona. Zazwyczaj nie był skorym do rozmowy.

— Pamiętasz, wtedy na tej knajpie maturycznej także nagle runąłeś na ziemię. Po dwóch dniach wyzdrowiałeś zupełnie. Wszak ci już dobrze? Co? To coś w rodzaju febry nerwowej, nieprawdaż?

— Czy mnie znaleziono u niej? — spytał Ostap niemal groźnie.

— Tak, oczywiście. Nastało wielkie wzburzenie. Byłem właśnie w mieście i zaraz tu przyszedłem... Długo zresztą majaczyłeś...

— Majaczyłem?

W oczach Ostapa zadrgała trwoga.

— Tak. Mówiłeś bez związku, jak zwykle w febrze.

— O czym? o czym? — trwoga jego wzrastała niezmiernie.

— Oczywiście o utraconej miłości i o tym podobnych uczuciach.

Ostap odwrócił się do ściany, ale nie mógł znaleźć spokoju.

— Ty pewnie bałeś się, że zdradzę w febrze twoje bajeczne plany? — pytał ironicznie.

— Tak, oczywiście. Pijanemu i złożonemu febrą wszystko się wymyka.

— Ha, ha, ha... Twoje dziecinne plany... spiskowe.

Ostap śmiał się z coraz większym rozdrażnieniem.

— Czy ty istotnie myślisz świat zniszczyć przez kradzież kilku tysięcy marek?

— Nie, tego nigdy nie mówiłem.

— I dlaczego chcesz tych pieniędzy?

— Żeby ludzi kształcić, tworzyć.

Ostap ziewnął.

— Rób co chcesz. Ja nie ruszę palcem. Jutro zresztą wyjeżdżam.

Gordon uśmiechnął się.

Ostap starał się być jak najspokojniejszym.

— Ta historia z Helą dręczyła mnie bardzo. Teraz mam uczucie, jakbym stoczył sobie z serca kamień młyński. Wszak i to było sugestią — ty...

Ale nagle urwał i pogrążył się w głębokim zamyśleniu. Skurczył się całkiem i bezmyślnie patrzył na pokój.

— Mój ojciec wszak nie wie o tym? — spytał nagle.

— Nie! Ojciec twój wyjechał na kilka dni.

Upłynęła chwila. Ostap, zdawało się, usnął. Ale nagle spojrzał nieufnie na Gordona i znowu trwoga przemknęła mu przez twarz.

— O czym mówiłeś? — rzekł Gordon i spojrzał nań w zamyśleniu.

Ostap podskoczył przerażony.

— Czy ja się pytałem teraz, o czym mówiłem?

Drżał.

— Nie! Ale ja wyczytałem to pytanie na twojej twarzy.

Ostap opadł wycieńczony na łóżko.

Zmierzch zapadł. Księżyc rzucał obraz okna na podłogę. Gordon wpatrzył się w wielkie czarne smugi ram, które dzieliły światło księżyca na wielkie kwadraty.

— Cieszy mnie — rzekł nagle Gordon — że ten atak tak szybko minął. Niewiele mamy czasu. Po pełni musimy rozpocząć.

Ostap wściekle uderzył pięścią w stół.

— Nie chcę! Nie poruszę nawet palcem! Przeklinam cię, Szatanie, ty, kacie ty! Zniszczyłeś mi życie, a teraz chcesz wtrącić mnie do więzienia.

Gordon jakby na to wcale nie zważał. Mówił dalej, jakby w głębokim zamyśleniu.

— Mam nadzieję, że jasno zdajesz sobie z tego sprawę, co masz zrobić. Za tydzień rozpoczynamy.

Spojrzał spokojnie na Ostapa.

Tymczasem światło księżyca przesunęło się. Widział twarz Ostapa skrzywioną trwogą i męczarnią. Usta jego drżały i poruszały się, wreszcie zdołał wybełkotać kilka słów.

— Co masz na myśli? Co? co?

Gordon nie od razu odpowiedział.

— Dziwne — rzekł w końcu — bardzo dziwne, że wszyscy ludzie w najwyższym wzburzeniu są do siebie podobni. Wyglądasz teraz zupełnie tak, jak ten mały Stefan, który umiera na suchoty.

— Czy istotnie chcesz mnie zmusić? — szepnął Ostap.

— Nie chcę cię zmuszać.

— Chcesz mnie zmusić!

— Nie! tylko ty musisz chcieć.

Długie milczenie.

Kiedy Ostap znowu potem zaczął mówić, zdawał się zupełnie spokojnym. Mówił też płynnie, jakby długo zastanowił się nad tym, co miał powiedzieć.

— Czy myślisz — szepnął — czy myślisz, że ja dam się omamić? Czy myślisz, że zmusisz mnie pogróżką skrytobójstwa? Czy ty istotnie tak myślisz? He, he... Teraz, kiedy wszystko, wszystko mi zniszczyłeś...

Urwał i spojrzał na Gordona z wyrazem najgłębszej nienawiści.

— A więc przecież to zrobiłeś! — wykrztusił z trudem.

— Tak! — Gordon zdawał się zupełnie obojętnym. — Nie mogłem ścierpieć, żeby głupia kobieta wodziła za nos takiego jak ty człowieka... Hela zresztą prawdopodobnie nie jest głupia, ale histeryczka... Nabierz przecież trochę rozumu... Co za śmieszne wzburzenie! Nigdy nie widziałem cię jeszcze w innym stanie... Zresztą muszę już iść. Zastanów się więc dobrze, za tydzień musimy rozpocząć.

— Idź do diabła!

Nagle opadło go straszne rozdrażnienie.

— Och, jak ja cię nienawidzę! Nie możesz wyobrazić sobie, jak ja tobą gardzę! Każdy mój muskuł, każdy włos na głowie gardzi tobą i nienawidzi cię! Mnie zgubiłeś i ją, tak, ją zniszczyłeś. Ją! Ją! Nie wierzę, żebyś ty miał przez nią cierpieć. To kłamstwo. Chciałeś ją tylko zniszczyć. Podrażniłeś ją udaną męczarnią, której nie odczuwałeś, przykułeś ją do siebie i zniszczyłeś każdy jej nerw. Teraz wreszcie poznałem cię. Wszczepiłeś jej w krew ten jad, który ją teraz rozsadza. Twoje to dzieło, że dusza jej teraz zepsuje się i zgnije... Teraz możesz ją spokojnie porzucić — osiągnąłeś swój cel.

Milczał przez chwilę.

— Ja już skończyłem z życiem. Zrobię wszystko, gdybym nawet miał przy tym zginąć. Ale — nie chcę umrzeć w więzieniu, w domu poprawczym.

— Więzieniu? Dlaczego miałbyś umrzeć w więzieniu?

— Nie drwij ze mnie! Czy nie masz...

Ostap zastanowił się nagle.

— No tak — uśmiechnął się — czy nie ocieraliśmy się już często o więzienie? Ty i ja? Hę?

Gordon uśmiechnął się tajemniczo.

— Dlaczego się śmiejesz?

— Ty nie dlatego boisz się więzienia. Nie tego się boisz, co razem zawiniliśmy.

Przez chwilę zdawało się, że Ostap chce się rzucić na Gordona. Ale jakby pod nagłym uderzeniem mózg jego stracił napięcie i Ostap położył się znowu.

Gordon nalał sobie herbaty.

— To fatalne — rzekł bardzo smutnie. — Nie wiedzieć nigdy, gdzie cię ugodzić.

— Nie drwij — rzekł Ostap znużonym głosem — wszak ty wiesz dobrze, że wszystko zrobię.

— To samo mówiłeś przed kilku dniami31.

— Teraz możesz być pewnym. Wydarłeś mi wszystko, wydarłeś mi Helę. Zresztą idź już. Nie chcę już patrzeć na ciebie.

Gordon smutnie nań spojrzał.

— Bardzo mnie to boli, że mnie tak mało znasz. Zdumiony jestem, że żaden z was mnie nie zna. Wy pewnie za dużo się domyślacie we mnie. Inaczej nie mogę wyjaśnić sobie waszej nieufności. Albo jestem dla was królem i władcą, albo też ostatnim łotrem.

Ostap poruszył ręką.

— Idź już, idź! Zrobię wszystko, co mogę. Wszak wiesz od dawna, że można się zdać na mnie. Poślij mi tylko kogoś, z kim mam to zrobić... Ale nie chcę, żebyś mnie zawiódł do więzienia...

Gordon patrzył nań długo.

— Zresztą nie wierzę wcale w twoje idee. To wszystko doktrynerstwo...

Splunął.

— Tak, tak, wszak ty jesteś tylko stosem doktrynerskich gałganków, które zebrałeś na śmietnikach wszystkich stolic europejskich.

Gordon zaśmiał się głośno.

— Do diabła! Co za wściekłość w tobie siedzi!

— Klownem jesteś! Snobem! Blagierem — krzyczał Ostap bez tchu.

Ale Gordon nie słuchał go. Stanął we drzwiach i rzekł poważnie, bez śladu rozdrażnienia:

— Chciałbym na zawsze rozstać się z tobą. Gardzę tobą. Właściwie jesteś jeszcze żakiem. Wściekasz się na mnie, bo żądam od ciebie czegoś, co trwogę w tobie wzbudza, a jesteś zbyt tchórzliwym, żeby się mnie nie bać. Niestety, potrzebny mi jesteś. Niechętnie używam cię do tej sprawy, ale musisz to zrobić. Musisz! Czy rozumiesz? Poślę ci zaraz tego człowieka, z którym musisz razem pracować... Bądź zdrów...

Ostap chwycił silnie głowę obiema rękoma i zdawał się nic nie słyszeć.

— Do widzenia! Odpocznij, jutro zobaczymy się znowu.

Kiedy Gordon był już u drzwi, Ostap wyskoczył nagle z łóżka i stanął przed drzwiami.

— Nie pójdziesz! Co, co ty wiesz? Co mówiłem w febrze?

Głos mu się załamał, dyszał.

— Czy jeszcze nie zauważyłeś, że wiem o wszystkim? — szeptał Gordon. — Ja już dawno wiedziałem, że i ty jesteś dzieckiem szatana. Nie trzeba tylko odwracać się od niego... To się mści.