VII
Na ulicy Gordon zapomniał o całym tym zajściu. Poszedł szybko główną ulicą i wyszedł na drogę wiejską. Noc była tak jasna i Gordon słyszał skrzyp śniegu pod stopami. Myślał tylko o jasności nocy i o skrzypie śniegu. Nagle w niewielkiej odległości usłyszał dzwonki sanek, które się ku niemu zbliżały. Mimo woli skoczył przez rów i chciał iść potem na przełaj. Było zresztą bliżej tędy.
Ale już usłyszał wołanie: „Gordon! Gordon!”.
Drgnął. Był to głos Heli. Chciał iść dalej, namyślił się jednak i odwrócił.
— Chodźże tu, Gordon!
Zbliżył się do sanek.
— Aha... chciałeś wymknąć się ukradkiem, jak złodziej, ale postać twoja cię zdradza...
Gordon ukłonił się. Obok Heli ujrzał w saniach Polę.
— Byłyśmy u ciebie. Chciałyśmy sprawić ci niespodziankę... — Hela zaśmiała się nerwowo. — Widziałyśmy światło w twoich oknach i myślałyśmy, że się ukryłeś... Parobków pewnie wszystkich wysprzedałeś. Ani żywej duszy w całym dworze.
Gordon uśmiechnął się uprzejmie i przeczekał spokojnie nawałnicę słów.
— Dziwne, dziwne! — rzekł grzecznie.
— I jakże z twoją twarzą?
Gordon usłyszał złośliwy śmiech Poli.
— Nie nabrzmiała? Nie? No, to był tylko żart.
Znowu Pola zaśmiała się nienaturalnie.
— Nie! Uderzenie było za słabe. Jakżeby zresztą ta rączka, która dotychczas pieszczoty tylko tylu szczęśliwym...
Spostrzegł, że Hela nagle wywinęła batem, cofnął się szybko i ominął cięcie.
— Adieu32! — rzekł i uchylił nisko kapelusza. Widział jeszcze tylko, jak sanie popędziły w dal w szalonym pędzie.
I Pola była w saniach. A więc wszystko składało się tak, jak sobie wyobrażał.
Czuł bezgraniczne znużenie. Rozpiął płaszcz i szedł, i szedł. Krótka droga z miasta do dworu zdała mu się nieskończenie długą.
Wreszcie zaszedł. W pokoju jego siedział jakiś człowiek.
Gordon bardzo się ucieszył.
— Skąd się tu bierzesz33, Botko?
Uścisnęli się serdecznie.
— Och, jak dobrze, żeś przyszedł.
— Pomyślałem sobie, że już wielki czas. Wracam wprost z Londynu. Ależ ty mieszkasz w tym wielkim domu jak pustelnik.
— Tak. Prócz mnie jest jeszcze stary Maciej z żoną. Oboje poszliby za mnie w ogień. Czczą mnie bardziej niż obraz święty.
— A więc ja — jestem tu jak kamień wrzucony w wodę.
— Najzupełniej. Dom jest pełen jam i skrytek. Dostaniesz pokój, w którym nikt cię nie odnajdzie. Zresztą oboje starzy dadzą się zarżnąć, a nie powiedzą ani słowa.
— Stara kobieta zdaje się bardzo dyskretną. Zachowywała się tak, jak gdyby mnie znała już od dziesięciu lat.
— Opisałem jej twoją postać... Ale powiedz, Botko, dlaczego... no, wszak to głupstwo, chciałem cię spytać, dlaczego tak późno przychodzisz, ale wszak przyszedłeś jeszcze za wcześnie...
— Czy sprawa nie postępuje?
— Och, postępuje, ale powoli, bardzo powoli...
— A kogo tu masz?
— Znasz Hartmanna?
— Widziałem go kilka razy w Paryżu, potem w Londynie.
— Tak. Widzisz. Sprowadziłem go tu z wielkim trudem. Jest niesłychanie zręczny. Kocha zresztą filozofię i swój mózg.
— Tak, tak... wiem... Kogo masz jeszcze?
— Ostapa. Tego przecież znasz. Już zupełnie zwariował.
Gordon pomyślał przez chwilę.
— Ja go właściwie bardzo lubię. On straszliwie się boi. Musiał coś straszliwego popełnić. Hm... Lęka się, bo myśli, że znam jego tajemnicę. To dobrze. I tylko tą jego trwogą przykuwam go do siebie. Miał w tych dniach napad, zdaje mi się, epileptyczny. Otóż teraz boi się, czy nie zdradził tajemnicy w gorączkowej paplaninie. On wie bardzo dobrze, że nie zrobiłbym użytku z jego tajemnicy, w żadnym razie, ale tej trwogi nie można odpędzić rozumowaniem. He, he... ty wiesz, jaką trwogę odczuwa wykształcony człowiek przed więzieniem... U parobka byłbym narażony na to, że sam by się zadenuncjował i zgubił siebie i wszystkich, ale taki popełni raczej dziesięć nowych morderstw, żeby tylko uniknąć więzienia. Mnie cała sprawa już ogromnie obmierzła, ale Ostap jest główną osobą...
— Kto jeszcze?
— Suchotniczy student, który chce podpalać. To niezwykle dobrze. Pożar, który wybucha równocześnie w trzech miejscach, jest w każdym razie bardzo skutecznym środkiem.
— I wszystko to chcesz wykonać przy pomocy trzech ludzi?
— Czy to nie wystarczy? Trzech! To już za wiele. Najchętniej zrobiłbym wszystko sam, ale muszę czekać. Mam coś większego wykonać, coś znacznie większego.
Gordon zapalał się.
— Zniszczę cały szmat ziemi. Ja sam. Może tylko z pomocą kilku ludzi. Spójrz tylko na tych ludzi, na tych nędznych trzech ludzi. Wszyscy oni moi. Ten chłopiec, który zamiera w zgniłym pokoju trawiony chorą rozpaczą, że niechybnie umrzeć musi, i przepełniony dziką, fanatyczną nienawiścią ku wszystkiemu, co go zniszczyło, jest mój! Ten drugi, który zbrodnię popełnił, i który chciał się uratować przez miłość, którą ja mu zniszczyłem, jest mój. Ten filozof, któremu myśl serce wygryzła, jest mój. Ta kobieta, która nagle kochać zaczyna i wstręt odczuwa dla własnej przeszłości, jest moja. Każdy trawiony lękiem, każdy zrozpaczony, co zgrzyta zębami w bezsilnej wściekłości, każdy, kto ociera się o więzienie, każdy, kto głód znosi i upokorzenie, niewolnik i pan syfilityczny, nierządnica i zhańbiona dziewczyna, opuszczona przez kochanka, więzień i złodziej, literat bez powodzenia i aktor wygwizdany — wszyscy oni, wszyscy są moi. Pomagają mi w pracy. Oni szerzą rozpacz, bunt i wzburzenie. Sieją za mnie, a ja zbieram ich żniwo. Nie potrzebuję ich wszystkich, ale wszyscy stoją za mną... Oni wszyscy, my wszyscy spojeni jesteśmy tym jednym łącznikiem, tą jedną zbrodnią: rozpaczą. Jeden nie zna drugiego, ale wszyscy jesteśmy braćmi.
Pił gorączkowo.
— Czy kłamię, czy może kłamię, kiedy zapewniam moich trzech niewolników, że ich jest legion, że pracuję po myśli olbrzymiego sprzysiężenia, które szerzy się po całym kraju? Czy kłamię? Nie! W każdej miejscowości, w każdym mieście mam swoich spiskowców. Jeden nie zna drugiego, ale ja ich znam wszystkich.
Zadrgnął34 nerwowo.
— O Boże, jak oni pracują! Ten, który bluźni Bogu i szerzy ateizm, ten, który unieszczęśliwia człowieka i głosi przemianę wszelkich wartości, żeby uspokoić swoje sumienie, ten, który nie zna dość wielkiej przestrzeni dla swojej nadmiernej ambicji i obalić chce porządek rzeczy, skrzywdzony i niezadowolony — wszyscy oni pracują dla mnie! A kiedy wszystko będzie zniszczone i wszystko zatrute i zakażone, wtedy oddam świat Hartmannowi. Niechaj wprowadza swoje reformy. Hartmann sam będzie Likurgiem35 i Drakonem36, Cromwellem37 i Kalwinem38 nowego świata. W imię swego rozsądku i swojej sprawiedliwości popełniać będzie morderstwa i zbrodnie, od nowa wszczepiać będzie w świat jad i zarazę. Hartmann to Saint-Just39, cnotliwy Robespierre40... Ha, ha, ha...
Botko przeciągle spojrzał na Gordona.
— Jesteś przedrażniony41. Uważaj!
— Nie, nie! ja zupełnie panuję nad sobą. Ale pomyśl, od roku nic nie mówiłem. Czy rozumiesz? od roku!...
— A potem, co? Kiedy się tu załatwisz, co zamierzasz?
Twarz Gordona zajaśniała ponuro.
— Mam księdza — szepnął tryumfująco. — Czy pojmujesz, co to znaczy? To najwyższa moja karta. To rozpasanie, to bunt i rokosz, to schizma, to nowe Avignon42!
Pił gorączkowo, ale nagle jakby się zapadł w siebie. Skurczył się, oczy mu się przymknęły. Usnął.
Botko długo nań patrzył i potrząsał głową.