SCENA DRUGA
Z werandy pałacu schodzi Adam, głęboko zadumany. Stoi chwilkę, potrząsa głową.
ADAM
po chwili
Straszny gość zagnieździł się w tym domu... zamyślony straszny, straszny...
POLA
schodzi z werandy, podchodzi ku Adamowi, bierze go za rękę.
Adam! Adam! Mój biedny bracie — ja muszę opuścić twój dom.
ADAM
przerażony
Co? co? Ty chcesz opuścić mój dom?
POLA
Tu niema miejsca dla mnie — twój gość mnie wypiera...
ADAM
Co? Miejsca niema? Dla ciebie niema miejsca? No, to ci zbuduję nowe pałace, marmurowe — z kryształu, jeżeli zechcesz, z czerwonego porfiru, zielonego syenitu — miasta ci całe zbuduję — całe miasta — świat cały ci zabuduję — tylko zostań, zostań...
POLA
Och, gdybyś ziemię całą dla mnie zabudował, to jeszcze nie będę miała miejsca. Twój gość zewsząd mnie wyprze... Już ja ci się teraz na nic nie przydam... Ten dom twój, to dom nieszczęścia, lęku — dom złego sumienia...
ADAM
Pola!
POLA
Nic, nic — stało się coś strasznego w tym domu; ja ci się pytać nie chcę, nie chcę nicować twej duszy — o Boże, żeś ty musiał wejść w ten dom! I co cię tu sprowadziło do tego domu?
ADAM
Miłość.
POLA
A spełniłeś zbrodnię...
ADAM
Co? co?
POLA
z cichym uśmiechem
Ja już wszystko przeczułam i przeklinam ten dom, który duszę twą zabił.
Chwila milczenia.
POLA
Tak! na nic ci się już nie zdam. Adam, pomnisz to nasze wielkie szczęście, to spokojne ciche szczęście, zaczem wszedłeś w ten dom? Raz na skałach, na brzegu Oceanu? Morze tak gładkie i miękkie, jak dłoń ukochanej kobiety; jakaś zaświatowa melodya zmroków i gasnącej purpury na niebie wypełniała świat cały — i ocean znikł i świat cały spłynął nam z oczu...
ADAM
nagle
Och jaki ja byłem wtedy szczęśliwy!
POLA
A pamiętasz przed rokiem jeszcze, zaczem wszedłeś w ten nieszczęsny dom, pamiętasz te białe noce nad morzem Północy? Słońce, co właśnie zaszło, skryło się na chwilę za morze — już, już znowu powstać miało — w wielki ogromny majestat purpury, co niebo obciągnął, wcinały się długie, złote gońce światła, co białym żarem za chwilę świat zalać miało. Pomnisz, z jakiem szczęściem chłonąłeś te dziwne czary?
ADAM
Pomnę! Zbyt dobrze pomnę — może, gdybym to wszystko zapomniał...
POLA
To? to?
ADAM
Możebym się wtedy pozbył tego strasznego gościa...
Milczenie.
POLA
Gdzieś ty go spotkał?
ADAM
Gdzie, gdzie? Ha! na drodze życia, droga siostro. Wtedy, jak mi się noga poślizgnęła, jak bez myśli i bez pamięci rzuciłem się na oślep — w to, to... nieszczęście — ha, ha... miało ono być szczęściem... każdy człowiek, któremu się noga poślizgnie... wiesz, dostaje w dom takich gości...
POLA
Adam! Coś ty zrobił?
ADAM
patrzy na nią z cichym uśmiechem — wymijająco.
Gdzie go spotkałem? Ot, widzisz, przyczepił się do mnie po raz pierwszy w wielkiem mieście. Idę późną nocą do hotelu, a droga wypadała przez ciemny i dziwnie ponury park. I nagle, jakby z pod ziemi wyrósł, stanął człowiek przedemną i spojrzał na mnie wzrokiem, ale to takim wzrokiem, który całe ciało wypełnia, rozpiera je, zimnym dreszczem plecy, piersi zbiega. Drżałem, trząsłem się, ale oczy nasze się splotły, oderwać ich nie mogłem, zlepiły się z sobą... On powiedział tylko: odtąd pozostaniemy razem. Przez całe życie pozostaniemy razem...
POLA
Jakąś ty zbrodnię popełnił, Adam?
ADAM
Istnieje jakiś człowiek, któryby zbrodni nie popełnił? Jakiejś, choćby małej zbrodni? Co to znaczy duża, mała zbrodnia? Największa może mieć tak małe skutki, że staje się małą i naodwrót... A czy ty nie masz czasem lęku i trwogi, żeś może nieświadomie spełniła jakąś zbrodnię, taką, o której może nawet nie wiesz? Nie czujesz lęku i trwogi?
POLA
Nie na tyle, bym sama przed sobą uciekać musiała.
ADAM
Szczęśliwa!
POLA
Widzisz moje życie ciche, spokojne, zrównoważone.
ADAM
Zrównoważone... tak — jak było jeszcze przed rokiem nasze wspólne życie.
POLA
Przed rokiem.
ADAM
I jesteś szczęśliwa z mężem?
POLA
Spokojna, spokojna. A to już szczęściem... zamyślona I czemuś tego — takiego gościa wprowadził do twojego domu?
ADAM
Musiałem, musiałem! A, powiedz mi, czy jest jakiś dom, w którymby taki pan nie gościł?
POLA
Straszne, straszne! po chwili wskazuje na pałac, skąd coraz głośniejszy dochodzi oddźwięk muzyki. A to cię nie ogłusza?
ADAM
Nic, nic — chwilami pragnę się oszołomić, ale gość mój nie pozwala mi zapomnieć — to, to wskazuje na pałac to dla niej, dla mej żony: kobietę to ogłuszy, ale mnie — nie...
POLA
Adam, ja muszę cię opuścić, taki dom to jak zaraza... Zarazek nieszczęścia przyczepi się do sukni i wniosę go w mój dom.
ADAM
Tak idź, idź — ale z tobą znika dla mnie reszta spokoju, ukojenia, nagle z rozpaczą. Och, módz zapomnieć, módz zapomnieć!
POLA
opada, głucho
Módz zapomnieć... po chwili A nie mógłbyś opuścić tego domu?
ADAM
I dokąd ucieknę? Przed sobą uciec? Nie można!