SCENA IV

Idący na końcu orszaku Szaluta i Bolko przystają nagle, patrzą po sobie niespokojnie, i jakby zawstydzeni.

SZALUTA

Patrz! jakoś dziwnie krwawo słońce dziś zachodzi.

BOLKO

To jednak niemiło smażyć pieczeń pod śpiącemi oczyma pana...

SZALUTA

szyderczo.

A kto ci powiedział, że on śpi? Nie widziałeś, jak jego oczy przenikały, gdyby świdrem nasze serca i wątroby — nie widziałeś, jak się złowrogo prężył, jak się tajemniczo uśmiechał?

BOLKO

Moje serce twarde, jak spiż, nie litości, ani trwogi, nie znam żadnego zmiłowania w otwartem polu, twarz w twarz z wrogiem, ale za plecami knuć — zacz to rycerska rzecz? Jak on tak stał w łunie tego — ot zachodzącego słońca — wyniosły i chmurny i tak przez wszystkich nas opuszczony...

SZALUTA

Nie bredź! Ja co innego uczułem, gdym go ujrzał takim wspaniałym i groźnym i z tymi złowrogimi błyskami w oczach — mrowię mnie przeszło: tak jak przemocą i gwałtem swej mocnej dłoni przywłaszczył sobie to miasto — tak jednem jej skinieniem mógłby nas wrzucić do najgłębszych lochów tego zamku.

BOLKO

Leszek go uprzedzi... Przeraża mnie skrytość i chytrość tego młodzieniaszka. Nie przysięgał Mścisławowi, ale przez jednego z zaufanych kazał się domagać przysięgi na miasto, którą też skwapliwie złożył — teraz ma ręce wobec Mścisława rozwiązane...

SZALUTA

Chodźmy — kamień puszczony w ruch, teraz już go nic nie powstrzyma — ale patrz tylko, jak słońce dzisiaj dziwnie krwawo zachodzi...

BOLKO

przystaje, patrzy chwilę ale nic nie mówi. Obydwaj idą zwolna krużgankami ku zamkowi i zwolna nikną w cieniu, z sali biesiadnej dochodzą odgłosy fletni, harf, piszczałek, trąb.