SCENA IV

KINGA

sama chodzi wzburzona — siada — wstaje — szarpnęła kotarę, którą jest jeszcze nawpół przysłonięte szerokie okno przedzielone kolumnami — przez okno widać wychylające się z czerwonej mgły wschodzącego słońca wieże kościołów, dachy wież, baszt, cała symfonja czerwonych dachów miasta w dolinie, ponad wszystkiem góruje smukła, wysoka wieża ratusza... Kinga patrzy długo, twarz jej się mieni, kurczy w ciężkim bólu.

Przeklęte miasto! stokroć razy przeklęte! A miasto one miało być rajem i rozkoszną przystanią, w którem dusza moja w dumnem panowaniu swe skrzydła od jednego krańca do drugiego rozciągnąćby mogła... A miasto ono miało być falą, na której miałam spocząć i płynąć, płynąć ku nieznanym, a wieczystą szczęśliwością rozkwieconym wybrzeżom, a miasto one miało być świętym chramem, w którem najtajniejsze cuda miłości się dokonują — Ha, ha, ha — z nienawiścią przeklęte miasto — stokroć razy przeklęte!

patrzy w dal i nie słyszy wejścia Damiana.