SCENA IX

MŚCISŁAW

sam — patrzy na wychodzącą Kingę, chwilę stoi zamyślony i powtarza słowa ostatnie Kingi: „To miasto ani twojem, ani jego nie będzie...” — zatacza się ku oknom, odsłania kotary, i widzi poprzez okna w gorącym już blasku słońca, baszty, wieże, rondle, bastiony — cofa się nagle przerażony.

To miasto... przeciera oczy miasto zdaje się szydzić ze mnie! nagle nieprzytomny, wściekły w krwawym trudzie cię zdobyłem i jesteś moje — moje! coraz baczniej wpatruje się w mury i dachy i wieże. Nie duś mnie tak strasznie — zmoro — zmoro! cofa się, i opada na krzesło Zwaliło się na moje piersi i gniecie i dusi — chwyta się za piersi i głowę Pocom ja tego miasta zapragnął — pocom broczył w krwi, pocom sumienie obarczał jedną zbrodnie za drugą, by je zdobyć... poco? poco? zrywa się jakby uciekać chciał w śmiertelnym przerażeniu Co to? co? ruszyło się z miejsca, z posad i fundamentów odwiecznych ruszyły się wieże bramy, mury i idą — idą opanowuje się i nagle z wyniosłą dumą Co? Jam ciebie nie godzien?! Ha — ha — ha! byłobyś potężniejsze odemnie? Miasto, którego tak pożądałem chciwie, czemuż zwalasz się na moje piersi? Czemuż stałoś mi się zmorą, czemu zmysły moje mącisz i sen mi odbierasz i drżącą trwogą me serce napełniasz? Niegodzien ciebie jestem — mówisz — któż godniejszy odemnie?! On? może on?! jemu przypadałoś w dziedzictwie — a jam cię zdobywać musiał w krwawych zapasach — i jam — jam niegodzien?! Po tom ciebie tak pragnął, byś mnie teraz w ziemię wtłaczało! krzyczy Moje jesteś! moje! ogląda się przerażony. Kto tu się śmieje? Kto się tak piekielnym skowytem roześmiał?