SCENA IX
LESZEK
podchodzi do Halszki.
Współuczestnicy mojego zwycięstwa, dostojni towarzysze i rycerze radujcie się wraz ze mną. Ta oto wybrana pani mego serca, piękna Halszka, siostra dzielnego Zygwarta oddała mi swe serce i rękę. Zaczem dopełnią się śluby nasze przed ołtarzem, powitajcie ją dzielni rycerze, jako umiłowaną małżonkę moją i księżnę. Od tej chwili jest miłościwą panią waszą i tego miasta.
Klęka przed nią obyczajem rycerskim na jedno kolano i całuje jej rękę, obecni rycerze czynią to samo — podczas całej sceny tej Halszka stoi bez ruchu, tylko bolesny, zagadkowy uśmiech błądzi na jej ustach — rycerze rozpraszają się w gwarnej rozmowie po obszernem podwórzu.
LESZEK
w nagłym porywie chwyta Halszkę za ręce.
Bywały chwile, w których was widziałem tylko piękną, najpiękniejszą z dziewic tego państwa, ale dziś była chwila, w której rozlałaś się w mej duszy potężną smugą, mocodajnego światła, gdym już słabnąć poczynał w tej ciężkiej walce, a za tą świętą łaskę mało tego, co u stóp twych złożyć mogę.
HALSZKA
z chmurą smutku na czole.
Była chwila, gdym patrząc z tych murów w dół na pole walki, ujrzała cię, jakeś burzą i huraganem spadł zwycięsko na wojsko Mścisława — była to chwila takiego szczęścia, iż zdawało mi się, że ogrom jego piersi mi rozsadza — i za to z naciskiem szczęście zbyt mało tego, co wam z siebie dać mogę...
LESZEK
Nie mów tak, Halszko, bo miałem chwilę, że zdało mi się, że całe miasto na mnie woła, bym je wraz z tobą wyrwał z rąk wroga — chwila, gdziem czuł, że nietylko ja sam ciebie Halszko moja, ale to miasto nas zaślubia i nierozerwalnie łączy, i to zdwajało moje siły, że nie jednego, ale dziesiątki wrogów mógłbym był pokonać — czem ja ci moją wdzięczność okażę? gdzież znajdę podarunek ślubny godny ciebie?
HALSZKA
Miałam chwilę tak niezmiernego szczęścia, gdyś Mścisława pokonał — że dusza moja rzuciła się ku temu miastu w twoje objęcia z jednym krzykiem wniebowzięcia: Leszku! mój Leszku! z ukrytym smutkiem i goryczą ale czułam w głębokiej pokorze, że to za mały dar, serce moje dla słonecznego bohatera, jakim ty jesteś, więc...
patrzy mu z mocą w oczy, jakby do samego dna duszy jego przedrzeć się chciała i boleśnie się uśmiecha.
LESZEK
zaniepokojony.
Co znaczy twój uśmiech — co twój zimny wzrok — Halszko — co ukrywa się pod waszą kwietną mową?
HALSZKA
coraz więcej podniecona.
Nic ponad podziw dla waszej waleczności i męstwa, nic ponad pragnienie, by dzień waszej chwały usłonecznić większym jeszcze blaskiem, jak ten, jaki się nad miastem teraz żarzy, i większem jeszcze szczęściem, jakieby mogło dać wam wasze zwycięstwo i serce moje, złożone wam w ofierze...
dyszy ciężko.
LESZEK
z wzrastającym niepokojem.
Co to wszystko ma znaczyć — Halszko!?
chwyta ją za rękę.
HALSZKA
wyrywa ręce, wzburzona.
Więc — więc odszukałam tu na zamku księżniczkę Kingę — wydobyłam ją z tego skromnego ukrycia i zaraz ją waszym oczom ukażę...
LESZEK
w najwyższem wzburzeniu.
Co? co? Kinga na zamku? wszak miała być umieszczona w odległym zamku Renaty, na krańcach mego państwa? jakby nagłym przeczuciem tknięty, obraca się dookoła, szukając niespokojnie oczyma. Gdzie Damian, syn Wyszomira? Przechodząc widziałem jego postać — gromkim głosem Damianie, synu wojewody Wyszomira, zbliż się!
głos ten rozlega się tak groźnie i stanowczo, że rycerze, którzy stali u wykroju blanków w żywej rozmowie, wskazując sobie pole bitwy, odwracają się i gromadzą naokół księcia — Z ławy w głębi za basztą dźwiga się ciężko Damian, kroczy przez podwórzec i staje przed Leszkiem ponury i przybity, ale zdecydowany, jak ten, który wie, że już żadnego ratunku niema.