SCENA VI

LESZEK i KINGA

patrzą chwilę na siebie.

KINGA

Leszku — bracie mój — podchodzi ku niemu: Coś ty taki nieśmiały, to przecież ja, Kinga, towarzyszka twoich lat najmłodszych...

LESZEK

schyla głowę.

Twoja piękność onieśmiela mnie — pozwól przeciera czoło, niech sobie uprzytomnię, że najnieuchwytniejszy sen staje się zjawą... Małą dziewczynką byłaś, gdy nas wola tego — tego naszego pana i władcy rozłączyła — pamiętam cię małem drobnem dzieckiem — dziś widzę cię... zmieszany Jestem tak olśniony... nie, nie to... ja cię taką zawsze w snach widziałem i znowu nie taką...

KINGA

Leszku — gdybyś wiedział, jak moje serce za tobą wołało — tyś — patrzy na niego jabym ci chciała wszystko powiedzieć, a język mój się plącze, ja nie wiem — nic już nie wiem — ja tylko miałam jedną myśl, jedno pragnienie: Leszek — Leszek! śmieje się i płacze i rzuca mu się na szyję — nagle: Coś taki wylękniony? Nie jesteś szczęśliw, żeś razem ze mną?

LESZEK

patrzy na nią uporczywie.

Jakaś ty piękna!

KINGA

Dziwi cię to?

LESZEK

Czyż to grzech, że nawet w mych najwięcej stęsknionych snach nie widziałem cię tak piękną?

KINGA

Szczęśliwa jestem tem, co mi mówisz. Gdyby mi to kto inny mówił... ten — nasz król — zapragnęłabym być brzydką, jak noc, ale dla ciebie, Leszku...

LESZEK

tuli ją i milczy.

KINGA

Czemu nic nie mówisz?

LESZEK

Tęskniłem za tobą, nie mogę teraz uwierzyć, że to ty, ty... Kinga przy mnie!

KINGA

śmieje się płacząc.

Leszku jedyny! Gdybym ja była w stanie pojąć to szczęście, że cię widzę — ciebie — och jaki ty — urywa jakiś ty mi nieskończenie bliski i... i... obcy — Czemu patrzysz na mnie tak obco? Czemuś taki strwożony...?

LESZEK

Nie — nie — jeszcze nie mogę uwierzyć, że to, za czem tak gorąco tęskniłem... że ten sen stał się ciałem odwraca się od niej i patrzy poprzez arkady krużganka na w dali zarysowany widok miasta Widzisz?

KINGA

Widzę! Wszystko widzę, co chcesz, bym widziała...

LESZEK

zamyślony.

To nasze miasto.

KINGA

Nasze? To przecież jego...

LESZEK

Czyje?

KINGA

Jego!

LESZEK

Ha, ha, ha... Jego, jego — O nie! To nasze — on je tylko dzierżawi do czasu — do czasu...

KINGA

Nie rozumiem cię.

LESZEK

To miasto nasze! Moje! Wypuściłem je w dzierżawę, to moje miasto! Ty go nie pamiętasz, boś jeszcze dzieckiem była, ale ja pomnę każdy zakątek, każdą bramę, każdą basztę otaczających go murów. Tam, gdzie sterczy ta wyniosła wieża — widzisz? Tam ojciec mój przyjmował obce poselstwa — tam mu składano kosztowne podarki, by sobie przyjaźń jego zaskarbić — tam na rynku, pod tą wieżą, rozbrzmiewały okrzyki i wiwaty na cześć ukochanego króla, tam się odbywały turnieje i zabawy rycerskie — tam, widzisz tę basztę? Było oblężenie — ojciec drwił sobie z wroga — wziął mnie na ręce, pokazał mi cały ogromny obóz pod murami miasta i powiedział: jutro tu ich nie będzie — dobrze się przypatrz — i jutro ich już śladu nie było — a tam — tam za tą bramą te łąki i lasy, widzisz? Ośmiu lat nie miałem, a już dosiadałem najdzikszego rumaka ze stajen królewskich — miałem ich dziesięć i na klęczkach ojca prosiłem, by mi wraz z sobą w pole przeciwko wrogom naszego miasta pozwolił wyruszyć i ty — ty...

KINGA

Nic, już nic — teraz wiem: to nasze miasto — nasze!

LESZEK

Jakie ono piękne, dumne! Takiem go już dawno nie widziałem: wyblakło mi w pamięci, a teraz w gorętszych jeszcze barwach odżyło — widzę je przed sobą, a nigdy tak za niem nie tęskniłem patrzy w uniesieniu. Och tu — tu razem z nią — tak! razem z nią chłonąć ten wielki cud — patrzeć na te mury, co z taką macierzyńską pieczołowitością przywarły do miasta, patrzeć w głąb na wijącą się dolinę, na ciemne wody fos, na wysokie leszczyną i dzikim bzem porosłe wały, tę przednią, wierną straż, co mego świętego miasta, miasta mych ojców strzeże — och, nocami całemi siedzieć tu z nią razem i patrzeć... z nią razem...

KINGA

Z kim? z kim razem?

LESZEK

A w czasach wielkich tryumfów nieść ją na rękach, gdyby święty sakrament.

KINGA

Kogo? kogo?

LESZEK

A w czasach pokoju i beztroski chadzać z nią w cienistym parku zamkowym, w miesięcznych nocach szeptać jej słowa tak ciche i słodkie, jak poszum blasków gwiezdnych...

KINGA

Nudzi mnie to miasto — obmierzło mi i zbyt się opatrzyło — chodźmy stąd — poproszę jutro króla, by mi pozwolił wrócić do klasztoru, z którego nie wiem dlaczego tu mnie przywleczono.

LESZEK

nie zważa.

Tu z nią razem — z nią tu usiąść syt bojów i chwały i tulić ją do siebie i szeptać jej tylko: patrz: to nasze miasto...

KINGA

zrywa się.

Czyje?

LESZEK

Nasze!

KINGA

O kim mówisz?!

LESZEK

Jakby się ocknął z dalekich snów, zdumiony.

O kim ja mówię?

KINGA

Leszku!

LESZEK

zrywa się.

Tyś nie wiedziała o kim ja mówię? gwałtowanie O tobie i o mnie!

KINGA

O mnie mówiłeś? Ze mną to wszystko — to... to w blasku — w tryumfie — w sytej potędze — ze mną?

LESZEK

w zamyśleniu dalekiem.

Z tobą, Kingo — tylko z tobą!

KINGA

Leszku! panie jedyny — władco... Może my śnimy? przeciera czoło jakiś ciężki, bolesny, a tak nieskończenie rozkoszny sen... Och, jak tu parno! — chodź — wyjdźmy stąd.

LESZEK

zupełnie trzeźwo.

Nie mogę — lada chwila nadejdzie tu posłaniec króla, który mnie ma zawezwać do sali tronowej.

KINGA

Przecież tyś tu królem!

LESZEK

Jeszcze nie — jeszcze nie... Niezadługo...