SCENA VII

KINGA

Wolno mi usiąść, książę?

MŚCISŁAW

Czy przyszliście, księżniczko, o tak rychłej porze by niewcześne żarty ze mnie stroić?

Milczenie.

KINGA

patrzy na niego długo — odgarnia włosy z czoła — a potem mówi zadumana, przed się patrząca.

Wybacz, książę, że się ośmieliłam tak rychłą porą spokój wasz zakłócić, ale stawiam się dobrowolnie przed wasz sąd, ponieważ jestem winną skrytobójstwa, zamierzonego przezemnie na Halszkę, siostrę Zygwarta.

MŚCISŁAW

Zdaje się, że nocna zmora mnie jeszcze trapi...

KINGA

Nie książę! To rzeczywistość. Zamach skrytobójczy się nie udał, ale niesłusznie została o nie posądzona moja wierna służebna i powiernica — Wita — przed godziną została schwytana, bo zamach, dzięki księciu Leszkowi, został udaremniony — a Wita wrzucona do głębokiego lochu. A ponieważ Wita, jak właśnie wam mówiłam, jest niewinną, a tylko ja jedynie za czyn jej odpowiadam, dobrowolnie stawiam się przed wasz sąd — i raz jeszcze wybaczcie, że o tak rychłej porze was z łoża zerwałam, ale niepokój o mą wierną Witę, zwlekać mi nie pozwalał.

Milczenie.

KINGA

po chwili.

Nie przyszłam żebrać twej łaski — przeciwnie: w oczy ci splunę, jeżeli miast Wity, która jest niewinną nie każesz w tej chwili mnie uwięzić!

Milczenie.

KINGA

Nie słyszysz, co ci mówię? Ja — ja — Wiecie sztylet wsunęłam do ręki, ja Witę zaklęłam na jej wierność ku mnie, by Halszkę dziś jeszcze zabiła, ja jej podszepnęłam, w którym zakręcie krużganka ma na nią czyhać — ja! ja!

Milczenie.

KINGA

Nie słyszysz? A może słyszeć nie chcesz? Ha, ha, ha... więc ci powiem: za chwilę zbierze się tu rycerstwo — najprzedniejsi towarzysze Zygwarta — będą od ciebie żądali sądu nad Witą — wtedy ja wystąpię i powiem, że ja to uczyniłam, że Wita jest moim narzędziem tylko, jeżeli możny książę Mścisław skaże niewinną Witę na męki, to mu trzykrotnie splunę w oczy, i wszystkim tym, którzy jego sąd uznają.

MŚCISŁAW

podnosi ciężko powieki.

Skończyłaś, księżniczko?

KINGA

coraz więcej wzburzona.

Szydzisz?! krzyczy Sądzić mnie masz!

chce uderzyć pałką w tarcz — Mścisław ją powstrzymuje.

MŚCISŁAW

Co zamierzasz?

KINGA

Pachołków twoich zwołać, by mnie do lochu odprowadzili, a Witę zeń wypuścili!

MŚCISŁAW

Wita będzie za chwilę wolną.

KINGA

namiętnie.

Nie chcę — nie potrzebuję łaski!

MŚCISŁAW

Ani Wita jej nie potrzebuje — bo jest niewinną, jak mówisz — ani ty — bo Ciebie, jako przynależnej do mego rodu sądzić nie mogę.

KINGA

natarczywie.

A możebyś zważył, że Zygwart jest najpotężniejszym panem w całem twojem władztwie...

MŚCISŁAW

Wiem o tem.

KINGA

A możebyś wziął na rozum, że mszcząc swą siostrę, z tronu cię zwalić może?

MŚCISŁAW

z uśmiechem.

Jestem silniejszy od Zygwarta.

Milczenie — oczy ich spowiły się w tajemniczem oczekiwaniu.

KINGA

Słyszałeś? Mówię ci „ty”, ale raz jeszcze ci powtarzam: w oczy ci splunę, jeżeli na chwilę pomyślisz, żem przyszła żebrać twej łaski...

MŚCISŁAW

Nie wiem, o czem mówisz? Ty? łaski mojej? A przecież to dusza moja zamierała w bezgłośnym krzyku za łaską twojego „ty”...

KINGA

Niegodne to szyderstwo twej duszy, ale ci je wybaczam, bo dusza twoja zbolała i rozraniona...

MŚCISŁAW

patrzy na nią przenikliwie.

Istotnie księżniczko, jakieście to powiedzieli? Moja dusza jest zbolała, rozraniona i podejrzliwa — nikomu nie wierzę, gdy się z pochlebnem słowem do mnie zwraca — ale waszej hardej duszy wierzę.

Znowu milczenie, błąkające się na oślep w ciemności.

KINGA

tajemniczo.

Mówiono mi, żeś mnie umiłował nadewszystko...

MŚCISŁAW

Wita będzie wolną, mimo Zygwarta.

KINGA

Prawda to, że umiłowałeś mnie więcej nad to miasto?

Milczenie.

KINGA

Milczysz? Nie jesteś pewien? pauza Milczysz? Powiedz, że mnie więcej ukochałeś! pauza jeszcze milczysz?

MŚCISŁAW

O tem, ni tobie ni mnie, mówić nie wolno. Miasto z tobą najwyższe szczęście, ale i bez ciebie miasto musi być moje.

KINGA

patrzy na niego z wytężeniem.

Przeklęte miasto! A! a! nie myślałam, że to miasto może być droższem odemnie nawet dla tego, który mi przed chwilą powiedział, że dusza jego zamierała w bezgłośnym krzyku za wielką łaskę mego „Ty”.

MŚCISŁAW

podchodzi ku niej.

KINGA

cofa się.

Teraz już wszystko wiem. Żegnam cię książę — ja tylko wiedzieć chciałam, czy jest ktoś, ktoby mnie więcej ukochał, jak to miasto... waha się o jedno cię proszę: zbyt usilnie mnie nagabywano, bym to miasto opuściła: nie czuję się tu bezpieczną.

MŚCISŁAW

uderza, milcząc, pałką w tarcz.