SCENA IV

Wchodzi Makryna i stoi cicho przy drzwiach.

BRONKA

nie widząc Makryny, opada coraz więcej

Tak Bóg chciał.

Milczenie.

BRONKA

zrywa się nagle z przerażeniem

Kto tu jest?

Ach, to ty, Makryno, dobrze, dobrze, że tu jesteś.

To bardzo dobrze, żeś przyszła, Makryno, bardzo dobrze...

Powiedz mi tylko, skąd ci nagle ta myśl przyszła, iść tyle dni w taką zawieję, w taki mróz, aby mnie odwiedzić? Tyle lat nie myślałaś o tym, by zobaczyć to dziecko, dla którego od chwili sieroctwa byłaś najlepszą matką, skąd nagle?...

MAKRYNA

zamyślona

O, to nie było nagle. Wychuchałam cię, strzegłam jak źrenicy w oku, byłam dla ciebie taką, że lepszą nie mogłaby być rodzona matka dla dziecka.

BRONKA

Od kołyski mnie chowałaś... i gdy byłam taką małą, maleńką — swoim mlekiem mnie karmiłaś — wiesz, Makryna, nic a nic się nie postarzałaś i jesteś taka sama spokojna, dobra i cicha.

MAKRYNA

kiwa głową

Spokojna, dobra i cicha.

BRONKA

Makryna, czy pamiętasz, jak ostrożnie wyjmowałaś mnie z kołyski, gdym była niespokojna, i całymi nocami chodziłaś ze mną po pokoju i chuchałaś, i tuliłaś.

MAKRYNA

Pamiętam cię przed tym, zanim cię do kołyski złożyłam.

BRONKA

nagle

Co ty mówisz?

MAKRYNA

spokojnie

Znam cię, zanim na świat przyszłaś. Tuliłam cię, pieściłam, całowałam, by cię do życia ocknąć.

Teraz przychodzę, by te same powieki, które moim pocałunkiem do życia budziłam, zamknąć, zamknąć... ale już nie pocałunkiem, tylko tymi, tymi palcami...

BRONKA

zrywa się

Czy ja śnię?

MAKRYNA

Czy ty śnisz? A czymże jest życie? Snem we śnie... To samo światło gwiazdy jakiejś, które cię do życia budzi, wędruje, wędruje błędne i nieświadome swych przeznaczeń ani przeznaczeń ludzi, na których swą łaskę zlewało, gdy na świat przychodzili, a potem wraca po wielu, wielu latach, by zniszczyć życie, które wskrzesiło.

BRONKA

posuwa się z wolna do dzwonka

MAKRYNA

z uśmiechem

Czemu ty się mnie lękasz? Chcesz wołać swoich lokai. Może byś mnie stąd wypędzić chciała...? Chwyta Bronkę za rękę.

BRONKA

z przerażeniem

Jaka twoja ręka zimna, jaka zimna...

MAKRYNA

patrzy na nią czule

Bronka, jak mi teraz swego ojca przypominasz... Wtedy siedział w swojej pracowni, siedział, a nagle jakby piorun weń uderzył, zerwał się...

BRONKA

Czemu się zerwał?

MAKRYNA

Twoja siostra się utopiła...

BRONKA

Co? co? co?

MAKRYNA

Twoja siostra się utopiła. Sama ją ze stawu wyłowiłam, z takiego samiuteńkiego, jak ten wasz przed oknami. Wzięłam na rękę biedne trupiątko: chuchałam, ogrzewałam, tuliłam, całowałam — nic nie pomogło... Obudziłam ją do życia pocałunkiem, a zgasłe powieki palcami moimi zamykałam... Twój ojciec stał we drzwiach werandy jak słup kamienny, tyś leżała twarzą w trawę wtulona, gdy z tym moim kosztownym ciężarem przeszłam obok ciebie.

BRONKA

patrzy na Makrynę wpół błędnie

Makryna, zdaje mi się, że jestem chora, nie rozumiem tego, co mówisz. Na to obudziłaś siostrę moją i mnie pocałunkiem swoim do życia, by potem nam zimnymi palcami powieki zamknąć? Wszak tak powiedziałaś? Nieprawda? A potem mówiłaś, że są takie gwiazdy, które ludzi budzą do życia, idą dalej błędną drogą ciemnych przeznaczeń i wracają znowu, by zniszczyć życie swym własnym światłem wskrzeszone? Tak powiedziałaś? Ach, jakie piękne bajki opowiadasz... O, opowiedz mi tę jedną; czekaj — czekaj... ja taka dziwnie senna... Prawda! Są takie gwiazdy, które rwą, ciągną, szarpią człowieka, trzeba iść za nimi wzwyż ku niebu, w dół ku otchłani; wszerz po wszystkich oceanach, ale trzeba iść za nimi, trzeba...

On poszedł za swoją gwiazdą, a ja, Makryno, ja... samiuteńka; wszak weźmiesz mnie na swoje ręce i poniesiesz mnie w swoich ramionach, by złożyć mnie u stóp mojego ojca. Siostrę zobaczę... matkę zobaczę... Makryno, tyś taka spokojna i dobra, i cicha... Och, jaka ja senna... Siedź przy mnie, Makryno...

MAKRYNA wstaje po cichu, patrzy na nią, a potem wychodzi poważnie z pokoju.

Chwila głębokiego milczenia. Bronka zdaje się spać, wchodzi Kazimierz, podchodzi do Bronki.