XLVII
Przypuśćmy, że współczucie przestaje istnieć w naszych duszach, a współżycie przestaje być naszą potrzebą i podstawą stosunku z ludźmi. Zrywamy wszystkie związki psychiczne z bliskiemi czy dalekiemi jednostkami czy masami, nie obchodzi nas ani nędza, ani cierpienie, ani radość i szczęście innych. Koło dusz ludzkich przechodzimy, jak koło kamieni, uderzamy w nie pięścią, obrażamy brutalnością, nie obchodzą nas prorocy, wiszący na krzyżach, ani narody cierpiące czy walczące. Znika w nas całkowicie to współczucie, ta subtelna zdolność dostrajania się do dusz ludzkich, i znikają wszystkie wynikające z niej czyny. Czyli stajemy się absolutnymi chamami, których czynów nie strzeże już dusza, jej dobrowolne poruszenie, tylko strzeże policja albo pięść i brutalność innego chama. To wszystko, co w duszach ludzkich wyrobiło się przez etykę chrześcijaństwa i buddaizmu i przez etykę rycerskości, wszystko to wyrzucamy i zostajemy z instynktami pierwotnego egoizmu i z grubemi, ciemnemi duszami, które uświadamiają sobie tylko te pobudki.
To nie ideał ani dla jednostki, ani dla ludzkości. To jest ciemnota. To wszystko, co stanowi wyższy typ człowieczeństwa, nie mogłoby istnieć ani jednego dnia wśród takiego chamstwa.
Współżycie, które jest koniecznością bytu na ziemi, bo nie możemy istnieć inaczej, jak w związkach społecznych — stałoby się, oczywista rzecz, moralnem i fizycznem pyskowaniem się. Ja rozumiem, że człowiek nie może współczuć pewnym, szczególniej z nim niezgodnym jednostkom, ale zrobić z tego zasadę życia i na prawo i na lewo potrącać ludzkie dusze i obrażać ich rany, albo choćby pewne stany — to nie jest zasada wyższego życia ludzkiego. Ta wyższa istota, która z trudem wydziera się przez brutalność naszych instynktów do światła, zginęłaby.
Aniołem trudniej być niż bydlęciem, i dlatego można nie poczuć, jak, przy pomocy teorji, człowiek, idąc za tem, co łatwiejsze, ocknie się tak strasznie nisko.