[XV] NAD MORZEM

Na ławicy piasku, śród łodzi i okrętów, rojowisko rzemieślników, zajętych pracą.

TERSYTES

wchodzi

przystaje

kijem kreśli znaki po piasku

przystają i gromadzą się koło niego

gdy się zbierze spora liczba gapiów

TERSYTES

porzuca kijek

wskakuje na beczkę i poczyna:

Oto jako zawsze z maluczkich powstaje ogrom.

Z rzeczy na pozór niepozornej rzecz, która wszelkim pozorom sprosta i przerośnie te nawet szczyty, ku którym myśl wasza nie sięgła.

O myśl waszą tu idzie.

Idzie o nią mianowicie, aby szła, a nie stała w miejscu, jak oto w miejscu stoją wasze okręty.

Waszych rąk dzieła, mianowicie te okręty stoją w miejscu.

A oto za ruchem waszych okrętów i żagli pójdzie myśl wasza.

Krótko: Po co wy tu siedzicie?

Wielkości rzuciliście już ten ochłap i pokłonili się, jakby tego wymagała wasza pycha i zarozumiałość. Aleć nie dla samej pychy i zarozumiałości żyjecie? Może wam być indziej i lepiej, aleć to jest nieznane i niech wprzódy takie orzechy rozgryzają same Bogi.

Krótko: chodźcie do domu.

Rzućcie jedno piękno dla piękna kształtu drugiego. Zarzućcie wystawanie po cudzych brzegach, może nawet w skutku wzniosie zdobycznością, ale zbyt dybiące trudami na waszą krew i żywot wasz niedoceniony. Zarzućcie dla piękna powrotu, zieleni morskich wałów, dla myśli powitalnej rodzimych strzech i tego dymu woniącego z kominów rodzimych waszych chat.

Dla chat waszych, kominów i dymu!

Krótko: to samo mówi Achilles, tylko Achilles nie umie mówić waszym językiem.

Wielbię wielkość i lubię słuchać opowiadań o rzeczach wielkich, ale aliści wielkość jest różna. I często nie wymiar jest tym czynnikiem ostatecznym.

Oto: współczucie oceniać ma miarę wielkości.

Rozumiecie mnie teraz, gdy w osierdziu waszem to samo rodzi się uczucie, które mnie w słowach ku wam skłania.

Idźcie za uczuciem waszem, za osierdzia waszego pożądaniem, a stworzycie wielkość dla was, podług waszej miary.

Tę wielkość własną.

Nowy stworzycie niejako kształt i rozmiar.

Krótko: ładujcie okręty i w drogę.

Wylądujemy w Tenedos i tam zjemy obiad, nie zapominając o Zewsie, Apollinie, półboskich Atrydach, Achillesie i tym podobnych.

Niech żyje pamięć o Achillesie; bo choć Achilles pamięć ma krótką, ale pamięć jego myśli należy do nas, do narodu.

Nie wiadomo jeszcze we wszech rzeczy mierze, kto ze swą miarą i wiarą ostanie — ?

Nie trzeba i źle jest po najwyższe w pysze sięgać, gdy najwyższe znać można ze słuchu. Owszem, niech się rozwija, ale nie kosztem waszego zdrowia ani kosztem całości skóry waszej.

Jeśli co kto może — może, powtarzam — niech może sam.

Ku czemuż my potrzebni? — My, mówię — to jest wy. Ku czemuż wy?

Patrzcie na wały tej wody. — Na srebrem pieniące się wały morza, na te bałwany wiekuistego żywiołu. Oto uderzają i wracają. Skarby swej toni i łona swego skorpiony porzucając na wybrzeżu. —

Skorpiony porzucone w suszy zaginą, a narodu fala w głębinie swej wiecznie odżyje.

Atrydzi — to skorpiony! A bałwany te słone, żywioł ten odżywczy, to naród, to wy! To my!! Czyli jedno jesteście z tym piaskiem, przez który rzeka abo potok płynie?

Rzeko, mówię, rzeszo! Potoku, mówię, i żywy strumieniu narodu!

Wracaj, gdzie ci dobrze.

Albowiem chciano cię tu wywieść celem przesiedlenia i łupiestwa; by inni część twoją ojczystą wzięli i zagrabili.

Bednarze jesteście i cieśle! Tkacze, koszykarze i garncarze! Kucharze i siodlarze!

W waszem ręku żołądek narodu i jego skrzynie i ubiory.

Mosiądz jego i złoto jego gnie się w waszym ręku. Praca rąk waszych jest nieustająca i pilna i ona jest podstawą kaprysów tych, którzy wami rządzą.

W waszym więc ręku są kaprysy tych, którzy nad wami kapryszą.

Zakres wasz jest mały, ale doniosły.

Waszego potrzebujecie człowieka, który by waszym był rzecznikiem.

Ja, że wśród was wyrosłem ponad was, ja, że handluję rozmaitościami, duszę waszą złożoną objąć, pojąć, ukochać i do łona przycisnąć mogę.

Niejako jakby mogę.

Wracajcie ze mną. A utworzymy Pospolitą-Rzecz z waszych siodeł i skrzynek, z potrawu i jadła, z garnków i koszyków, z rozmaitości i drobnostek, z pracy rąk waszych. Przez was, dla was — obywatele przyszłości.

Męże do czynu!

W Tenedos spożyjemy pierwszy posiłek.

A od Tenedos Bóg się już dziełu naszemu przeciwstawiał nie będzie.

Bóg i naród.

Naród i Bóg! Wielkość w ogromie spotęgowanej woli maluczkich.

Mała wielkość! Swoja!!

zachwycony sobą

Pogoda jest i wiatr mię z tyłu podwiewa pomyślny. Wiatr ku ojczyźnie — że i pracy wiele żeglarzom nie przyda.

wskazuje obnażone wichrem łydki

Boży to znak.

Znak! Bóg! Wielkość! Pogoda!

Obiad w Tenedos!

WSZYSCY

krzyczą

oklaskują Tersystesa

TERSYSTES

wzruszony

poseła od ust całusy

[XVI] W NAMIOCIE ACHILLESA

DZIEWCZYNA

Już dzień. — Więc to mi przyrzekasz,

że nie weźmiesz dziś na się zbroi?

PATROKLOS

To ci pewno przyrzeknę, dziewczyno,

że jak wrócisz do mnie jeszcze kiedy,

to cię przyjmę na moje posłanie.

DZIEWCZYNA

Czy jesteście Achilles, wy panie?

Czy jesteście ten drugi młodzieniec,

co z nim śpi — ?

PATROKLOS

Którego byś wolała?

DZIEWCZYNA

Ciebie, ale żebyś ty był ten, co go płacze Brizejka.

PATROKLOS

A więc płacze Brizeis w niewoli?

DZIEWCZYNA

Płacze, póki się nie zaśmieje,

jak się śmieje, to zaś nie płacze.

A to ci tak wytłumaczę,

że się wezwyczai powoli.

wstaje z posłania

Już dzień. —

nadziewa chustę

Jużem uciekła.

ucieka

PATROKLOS

wołając za nią z posłania

Hej, zostań lepiej, bo tam weźmiesz chłostę,

jeźli cię złapią. — — Hej!

ACHILLES

wbiega

Wołasz na kogo?

PATROKLOS

Całyś w ogniu, krew bije ci na twarz płomieniem.

ACHILLES

A ty czem zrumieniony — ?

PATROKLOS

Miałem tu dziewczynę.

ACHILLES

Nie dziewczyna mi w myśli. — A! ten błazen z piekła

w szyderstwo głupstwa zawlókł myśli moje,

że zrumieniony gniewem wstydnym stoję.

Gawiedź co głupią zebrał po obozie

i za pieniądze wyłudzone Troi

płynie przez morze, przez zielone fale,

głosząc, że woli dym z rodzimej strzechy

niźli zdobyte zbrodnią wielkie czyny.

I że płynie ku wyspom, kędy ja, Pelida,

niebawem za nim pójdę — ?

PATROKLOS

To pewno Atryda

podmówił go — by udał i ciebie ośmieszył.

ACHILLES

I przed kim — ? Li przede mną chyba tylko samym?

Za cóż ja mam ich myśli, wagę i uznanie?

Wstyd mnie pali, że błazen taki mnie jest w stanie

z imieniem swoim złączyć i głośno powiadać,

że przychodził tu do mnie myśl moją wybadać

i że to wszystko wysnuł z mojego milczenia.

Że jestem jemu równy na wagę myślenia.

PATROKLOS

Gdzieżeś bywał tej nocy?

ACHILLES

Przesiedziałem całą

żaląc się morskim wałom, a morze słuchało.

PATROKLOS

I czego-żeś się żalił?

ACHILLES

A czy ja wiem czego — ?

Że chytrzy okradają zawsze szlachetnego.

Że kto szlachetny, może poskarżyć się niebu;

że go głupiec wychwalać będzie w dzień pogrzebu.

Myśli moje! — Hej, w pościg za wami chyżemi?

wyrzuca bełt z cięciwy

Patrz, jak strzała obiegła. Wbiła się do ziemi.

próbuje ostrzów

PATROKLOS

Cóż to, próbujesz grotów —?

ACHILLES

Próbuję czy ostre.

PATROKLOS

Ostrzyłem.

ACHILLES

— — Widziałeś ty Hektora siostrę?

PATROKLOS

Nie widziałem, lecz wtedy będę ją oglądać,

gdy, jako branki, łupem mogę jej zażądać.

ACHILLES

Tak — — tyś ode mnie młodszy i chciałbyś się wsławić.

PATROKLOS

Maszli ty sławy dosyć?

ACHILLES

Ludźmi chcę się bawić.

Łotrów karać, szlachetnym dłoń podawać śmiele,

choćby to mieli moi być nieprzyjaciele.

PATROKLOS

Co ty mówisz?

ACIHLLES

To mówię, ku czemu myśl wzrosła.

PATROKLOS

Bo, mój bracie, powtarzasz zdanie tego osła.

ACHILLES

Tersytesa! — On jak pies u nóg moich leżał

i bawił mnie szczekaniem.

PATROKLOS

Głosi, żeś się zwierzał.

ACHILLES

Ja się temu durniowi zwierzałem? I z czego?

Ten robak śmiał powiedzieć, żem dzielił myśl jego.

Że co się w mojej piersi obudziło duszą,

jest tym samym, co podłe policzki wykrztuszą.

Gniew mnie próżny porywa. Na kogóż się złoszczę?

Pies, co się czołgał tu za moją nogą,

a dzisiaj jest ostoją tym, których ja chłoszczę

czynem, że mnie naprzeciw wszyscy nic nie mogą!

Obić jego powrósłem, rzemieniem czy płazem — ?

Śmieć nie godzien, bym moim jego tknął żelazem.

Nie godzien, bym ja karcił go. — Śmieją się ze mnie!

Bo wszystko, com powiedział tam, rzekłem daremnie.

Bo jeźli takie błazny mnie dziś posłuch dają,

czym są ognie, co w piersi Achilla powstają — ?

Bo jeźli takie płazy, robactwo i brudy

garną się k’mojej myśli — skalane me trudy.

Gdy Achilles w swej dumie żagle w lot rozwinął,

wśród oklasków narodu Tersytes odpłynął!

płacze

PATROKLOS

Płaczesz...?

ACHILLES

Bo teraz widzę, żem jeno do miecza.

Żem wtedy jeno panem, gdy miecz w rękę chwycę;

że gdy mówię — me słowa obrócą na nice,

że słowa są ciężarem. — Wezmę młot i zwalę,

wpadnę w ich rojowisko i myśl mą ocalę!!

zrywa się

biegnie

PATROKLOS

Co chcesz czynić?!

ACHILLES

Rzecz wielką. Na wszystko się ważę

W sojuszu będę żył z tym, co mnie godny.

Jestem równie, jak Hektor, na podłą krew głodny.

Pozostanę — lecz łotrów pokryją cmentarze.

PATROKLOS

Ne Zewsa, co chcesz czynić!?

ACHILLES

Przez Zewsa się stanie.

Tej chwili Hektorowi poślę tarcz, wyzwanie.

I przed Hektorem duszę mą odsłonię całą.

Niech się dzieje, co dawno trza, żeby się stało.

I niech jeno szlachetni władają nad światem,

powiem, że przyjacielem chcę mu być i bratem!

PATROKLOS

się chwieje

klęka

ACHILLES

Dziecko moje najmilsze, co tobie?

PATROKLOS

Nic bracie.

Lecz myślę, że jednego mnie tutaj kochacie,

że jednego mnie jeno lubicie. — Gdy wola,

pozwólcie, bym Achilla tarcz ja wiódł do pola.

Bym ja wezwał Hektora.

ACHILLES

Przysięgasz?

PATROKLOS

Twej sławie

ACHILLES

Wiedz, że śmierć czeka tego, kto przysięgę łamie.

PATROKLOS

Sądzę, że jeden za cię ja godnie się sprawię.

ACHILLES

Przysięgnę sojusz ludom, co dotąd walczyły.

Na hańbę złu szlachetne dziś połączę siły.

Już z dawna Poliksenę dają mi tam w Troi.

Niech poznają, kim jestem dziś, wrogowie moi!

Poliksenę dla ciebie przeznaczam, mój synu.

Dla ciebie jestem gotów wyrzec się wawrzynu:

nieśmiertelnej mej sławy w zabójstwie Hektora.

Teraz, dziecko, dla ciebie jest działania pora.

Jestem na to, bym tępił zło i siłę podłą.

Nie co inne, to jeno, płynąć mnie tu wiodło.

Dziś, gdy widzę, jak podłość mnie oplotła sidłem,

nie czas, bym ja oszustwa cudze skrywał skrzydłem.

Spiesz się, mój ty najmilszy, duszy mojej gończe.

Nieś mą tarcz — niech ja wojnę narodów zakończę!

PATROKLOS

podszedł ku wejściu

daje komuś znaki

znika na chwilę

i tejże chwili wraca

ACHILLES

Czy ty wierzysz, mój chłopcze, ażeby Bryzejka

tak kochała Atrydę, jak mnie — ?

PATROKLOS

Bracie, nie wiem.

ACHILLES

Czy ty wierzysz, by ona z tem samem zarzewiem

w oczach patrzyła k’niemu, co patrzyła ku mnie?

PATROKLOS

I po cóż myśleć o niej.

ACHILLES

Westchnąłeś.

PATROKLOS

Rozumnie

byłoby milczeć.

ACHILLES

Szydzisz.

PATROKLOS

Żal mi może

Lecz jeszcze nie wiem czego, czyli jej, czy ciebie?

Czyli tego, co było, gdy była tu z nami?

Czyli tego, że padnie razem z Atrydami,

jako słuszny łup śmierci, który wszystkich sięże,

skoro się zaczniesz mścić.

nadziewa na się pancerz Achillesa

ACHILLES

Zostaw oręże.

PATROKLOS

Co się gniewasz? — Tę twoją polubiłem zbroję

i szczęk ten lubię dźwięczny twojego pancerza.

ACHILLES

Przestań — już mi mówiłeś — o ciebie się boję.

Nie bierzże mojej zbroi.

PATROKLOS

Nie chcesz, bym rycerza

udał, gdy na się wezmę twój strój. Czyś zazdrośny?

ACHILLES

Nie. Jedno wiem, że Hektor łuk dalekonośny

dzierży jako nikt inny i oszczep potężny.

I gdybyś ty na chwilę mą zbroją orężny

wybiegł — toby na ciebie przypadli czeredą,

zanimbyś jeszcze sprawił to poselstwo moje.

PATROKLOS

Jedno błagam, Pelido — daj mi dziś twą zbroję.

Postraszę ich Pelidą.

ACHILLES

który posłyszał turkot przed namiotem

A wóz komu wiedą?

PATROKLOS

Jechać chcę wzdłuż Skamandru. Opodal nad rzeką

zjadę ku źródłom; konie napoję i wrócę.

Będą myśleć, że jedzie Pelida. Zasmucę

wszystkich, gdy ujrzą, żem wozem zawrócił.

ACHILLES

Wracaj. Tu ciebie czekam. Nie skręcaj daleko.

Wracaj.

PATROKLOS

Czy bardzo o mnie byś się smucił?

ACHILLES

Pleciesz, dziecko — pozwalam — nadto-żeś mi miły.

PATROKLOS

w pełnej zbroi

A ty zawsze myślałeś, że nie mam dość siły,

by te płaty udźwignąć...

ACHILLES

A stroją cię pięknie.

PATROKLOS

Zda mi się, żem Achilles, jak zbroja ta dźwięknie.

wybiega