SCENA 11

JAKÓB

Dziewczę, twe usta.

RACHEL

Usta twoje.

JAKÓB

Chylisz się ku mnie pełny kwiecie.

RACHEL

Pij słodycz kwiatu, mężu miły.

Z daleka ku nam snać idziecie?

JAKÓB

Skrzepiłem źródłem moje siły.

Przyszłaś ku źródłu, kędy stoję.

RACHEL

Ramieniem dajesz mi osłonę.

JAKÓB

Już wędrowanie me skończone.

RACHEL

Tęsknotę sycisz serca mego

i słowem pieścisz uszy miłem.

JAKÓB

Słowem mi dźwięczysz rajski ptaku.

Z rozkazu idę tu Bożego.

RACHEL

Wyrozumiałam twe wołanie.

Ze mną do ojca pójdź mojego.

JAKÓB

Wola się twoja niechaj stanie.

Długom Bożego czekał znaku;

w wołaniu twojem go zgaduję.

RACHEL

Rzec chciałam: ino was miłuję.

JAKÓB

Rachelo.

RACHEL

Miłośny panie.

Bywało śniłam przybysza,

że wichry go przygonią,

że jego przyniosą wołanie.

JAKÓB

Rachelo!

RACHEL

Gdy gnałam stada,

w wodę krynic patrzę ustaloną,

czyli ujrzę krasej mojej twarzy

i człowiek, co za mną się schyli,

z głębin wody pojrzy ku mnie zjawion,

mój będzie mąż.

JAKÓB

Od ojców jestem wyprawion,

bym szedł przed dom Bathuela,

macierzy ojca i pana.

RACHEL

Gdy dzisiaj nadeszłam z rana,

oto studnię zakryli

kamienia ciężką przywałą,

a moje tam skryte obilcze

pod głazem żywe ostało.

Tyś kamień odwalił strumienia,

tyś mnie zawołał z imienia;

patrz, jako obraz mój znika

pod wody szklącą topielą,

jak kręgi się farbią i dzielą

od świateł mdłego promyka.

JAKÓB

Rachelo, — Rachelo, — Rachelo.

RACHEL

Gdy patrzyłam ku polom i skałom,

ku słońcu przez kierz topoli,

gdzie ptacy trzęśli śpiewem gałęzie,

cale rannym oddani chorałom, —

a pasterze stada wodzą po roli,

flety wiążąc w rzemienne uwięzie,

pieśń wodzą ku bożym chwałom,

upatrywałam, czyli

przybysz się zjawi z tej strony

i wołaniem zawoła mnie żony,

gdy się słońcu gałązki rozdzielą.

JAKÓB

Rachelo!

RACHEL

Panie mój z woli.

JAKÓB

Rachelo, — Rachelo, — Rachelo.

LABAN

w otoczeniu niewiast i mężów wyszedł z podwojów katedry i przystanął na progu.

JAKÓB

podchodzi i chyta jego bioder

LABAN

ujmuje jego bioder

JAKÓB

powstaje