LIV
I synam do piersi przytulił przy zbroje
i zerwę się duchem w gęstwiny
i tulę i niosę przez sośnie nad zdroje,
zali żyw, — patrzy, a obie ręczyny
na szyję, za głowę zakłada mi moję, —
i oczy! — a w ustach krwi czarne maliny.
I biorę go nanoś i składam na wrzosy. —
Usypia.... I dłonią muskając mu włosy:
«To żem ja was tak porzucił,
wy się o to smęcicie kochani;
straciliście to wiarę, żebym wrócił.
Żeśmy krwią tą rzeźną pokalani,
że się we mnie duch zaląkł, posmucił;
że mnie czarni opadli szatani.
Bóg odemnie oblicze odwrócił»
«Żem ja zabył żony, syna, macie —
żem ócz waszych unikał we trwodze,
żem w rodzonym ujrzał wroga bracie;
żem jest rzucon na rozstajnej drodze
a wy za mną spłakani szukacie;
żem się w nieszczęść ogromnej szrężodze
zapamiętał, — że teraz po leśnym ugorze
krzyk jeno słychać mój i rozpacz gorze».