POD POSĄGIEM SOBIESKIEGO

GOSZCZYŃSKI153

Wiatr dmie, że ogród cicho łka

za każdym liści szelestem...

1. GŁOS

Idą.

2. GŁOS

O, teraz słychać gwar...

3. GŁOS

W pałacu gasną sale.

GOSZCZYŃSKI

Zapada mgła. — — Ty jesteś, bracie?

1. GŁOS

Jestem.

GOSZCZYŃSKI

Policz nas.

1. GŁOS

Szesnastu ludzi.

GOSZCZYŃSKI

Po drzewach jakaś arfa gra

i ogród jęczy tłumem mar.

1. GŁOS

Jeśli się książę obudzi..?

2. GŁOS

A jeśli nie przyjdą cale154 — ?

GOSZCZYŃSKI

Niepokój, ogień piersi żre

jak Harpia; złość ssie krew.

Przysięgi, jako słowa czcze;

na marne poszedł siew.

1. GŁOS

Już idą...

GOSZCZYŃSKI

Słyszę.

3. GŁOS

To szum drzew.

1. GŁOS

Nie przyjdą.

GOSZCZYŃSKI

W ogród wstąpił czar.

1. GŁOS

Będziem wszystko bić w łeb,

w łeb i na odlew z obu stron.

GOSZCZYŃSKI

Gałązki obsiadł lśniący szron

i coraz gęstsze smugi mgły.

1. GŁOS

Już idą — —

2. GŁOS

Czy to ty?

1. GŁOS

Tak ciemno.

GOSZCZYŃSKI

Ulituj się ty Boże nade mną; —

Sądzisz, że już koszar dopadli?

1. GŁOS

Tak sądzę.

GOSZCZYŃSKI

Ta cichość mnie zabija. —

Nie wraca nikt.

1. GŁOS

Wicher szumi.

GOSZCZYŃSKI

Czas mija.

1. GŁOS

Na zimnie stoję godzin dwie.

GOSZCZYŃSKI

Milcz. — Ogień piersi pali,

ręka się niecierpliwa rwie.

1. GŁOS

Byleśmy się tam w pałac dostali,

tego łotra z pościeli zwlec.

2. GŁOS

Co powiesz, jakbyśmy go porwali — ?

1. GŁOS

Co powiesz, jeśliby zdążył zbiec — ?

3. GŁOS

Mgieł gęstwa na ogród spada.

GOSZCZYŃSKI

Stoimy jako orłowie w chmurze.

Drzewa szepcą — miotem gałęzi

a krzewy w słomianej uwięzi

przystanęły, równie jako my,

w oczekiwaniu i lęku.

3. GŁOS

Idą mgły.

GOSZCZYŃSKI

Wicher powiał szumem...

CHÓR

Ogród gada:

Przystanęli tak bohaterowie młodzi

na ogrodzie w bolesnej zadumie.

A oto przy drzew śpiewnym szumie

posąg staje we świateł powodzi.

GOSZCZYŃSKI

Wszakże on wskazuje — — tam.

NABIELAK

W stronę Belwederu wskazuje.

GOSZCZYŃSKI

Jak gdyby rozkaz daje nam.

NABIELAK155

On wie i czuje

to, co czujemy my.

GOSZCZYŃSKI

Widzisz — ręka mu drży.

NABIELAK

To księżyc cień rzucił liści

i cień liści przemknął po ramieniu.

GOSZCZYŃSKI

Jak śnieg on biały w tym odzieniu...

NABIELAK

Wskazuje tam, a patrzy żywym okiem.

GOSZCZYŃSKI

Przykuł mnie wzrokiem.

NABIELAK

On wie i czuje.

GOSZCZYŃSKI

Patrz — drgnął — to koń się wspina — !

NABIELAK

To cienie drzew.

GOSZCZYŃSKI

Bije godzina.

Przystanęli tak bohaterowie młodzi

na ogrodzie w bolesnej zadumie,

a oto przy drzew śpiewnym szumie

niewiast dwie pośrodkiem przechodzi.

Idą środkiem, śród młodych szeregu,

idą wolno ujęte uściskiem...

Nie powstrzymać tajemnic w ich biegu...

Noc ta dziwnym przemawia zjawiskiem:

DEMETER156 Z CÓRKĄ KORĄ157 ŻEGNA SIĘ

KORA

Powiedzie mnie Orkus158 w noc,

w świat ciemny wichrów, burz;

nie zaznam słońca już,

nie zaznam twoich ust, twych ócz;

o matko, żegnaj dziecię.

DEMETER

Żegnaj mi dziecię, żegnaj córo;

Orkus cię czeka, Orkus wzywa,

musisz zejść k’niemu nieodbycie159;

zejdziesz w kraj śmierci, poślubiona,

kędy160 cię żenie161 Moc straszliwa,

Moc niezbłagana, bezlitośna.

Pomnisz, pamiętasz wielą laty,

jakom płakała lubej straty

i skargi wodziłam żałośna.

KORA

Orkus mnie wzywa, idę żona,

przez letni jeno162 czas szczęśliwa,

gdy z tobą matko, bliska tobie; —

a oto dzisiaj znów w żałobie,

drogą, co wiedzie do podziemu,

idziem i płaczem obie.

DEMETER

Pocałuj usta, całuj oczy;

także163 się smutkiem lice mroczy

i całun biały cię otula

a przedsię164 róż z twych lic nie płoszy — ?

KORA

O matko, przykrać165 ta koszula,

którą przywdzieję, ślubna jemu,

przemieszkująca tam w pustoszy.

O matko, przykreć to wezgłowie,

które podadzą służebnice,

gdy legnę w jego łożnice166.

Jakoż uchylę moich losów?

Orkusa miłość jak oddalę?

Ja Orkusowi ślubowana,

czarem miłości zniewolona;

oto się już tajemnie palę

i oto już tajemnie płonę,

bym jego uznała pana

a on przytulił mnie żonę.

DEMETER

O córo, żegnaj ukochana;

matczyne serce pogardzone;

już mnie nie trefić167 twoich włosów,

ostatni raz twe plotłam kosy168;

już mnie nie stroić tobie szatki,

już idziesz precz od matki;

jeno mi dziwno, że twarz płonie,

że twoja twarz w rumieńcach;

tyżeś169 się stała rozkochana,

żeś w ślubnych wyszła wieńcach?

KORA

O matko, wstydem przed cię płonę

a żar me piersi pali —

żeście mi poznać miłość dali;

wszakżeż wiedziecie mnie dziś żonę,

więc się ten płomień w licach trwali;

przetom spłoniona i rumiana,

żem matko, mocno zakochana

i tobie wyznać muszę.

DEMETER

Jakoż te więzy twoje skruszę?

KORA

O, nie sąć170 one nieznośliwe.

DEMETER

Teć więzy ciebie mi odbiorą.

KORA

O matko — letnią wrócę porą.

DEMETER

Do lata, wiosny czekać długo.

KORA

Muszę do czasu tam być sługą

i muszę jemu żoną.

DEMETER

Pierwejże171 z matką twą rodzoną

być tobie wolną i dziewiczą,

niż tam w podziemiu niewolniczą.

KORA

O matko, przedsięś przepomniała172:

w ogniach miłości stoję cała —

czas, bym odeszła już.

Żegnaj mi — żegnaj matko dziecię;

z wiosną mnie drugą znów ujrzycie.

Odchodzę precz w kraj snów.

DEMETER

Odchodzisz w ciemnie wichrów, burz;

nie zaznasz słońca już...

KORA

Za drugą wiosną wrócę znów.

Tu przystanęła zapłoniona,

Z objęć się matki uchyli;

przejrzysta kryje ją zasłona,

a w zadumanej jej postawie

widać, że łzami mówi prawie;

a z ócz i czoła to zgadywać,

że jakąś tajemnicę sili,

którą kazano jej ukrywać.

Łzy te, co jej do ócz się cisną,

dziwnym weselnym blaskiem błysną.

Na ustach palec położyła

i tak do matki swej mówiła:

Pamiętasz, matko, jako lecie173

ustroiłam się w żywe kwiecie

i biegłam do cię w śpiewie, z pola...?

DEMETER

Spominasz darmo dzień wesoły

na dniu, gdy obie płaczem społy174,

że nieodmienna tobie dola,

że giniesz dla mnie, twej macierze175,

gdy cię za żonę Orkus bierze

i za Styg176 wiedzie, ku otchłani,

gdzie będziesz włada i pani.

KORA

O matko, Hymen177 mnie powiedzie

w orszaku sług na przedzie;

pochodnię smolną spali jasną.

Sługom na czoła wieńce włoży

i śpiew zanuci pochodowy,

jako mam zacząć żywot inny,

zasiadłszy tron królowy178.

DEMETER

O córko, rzucasz matkę własną;

w pochodniach, które dla cię płoną,

żywoty onych gasną.

KORA

Z wiosną, gdy pierwsze lody spłyną,

gdy pierwsze wichry powioną,

wrócę i żywot zacznę nowy.

DEMETER

Rzucasz mnie — to ostatnie chwile,

jako na ciebie patrzę żywą — ?!

KORA

Ja, matko, będę tam szczęśliwą.

DEMETER

A przedsię179 droga to cmentarna.

KORA

Tajemnic tobie część uchylę:

Nie jestem ci ja matko ubogą;

bogate podziemu śpichlerze:

z każdego owocu się bierze

nasienie i skrzętnie kryje;

tam przechowują się ziarna

a jak je przyniosę na świat,

to każde kwiatem odżyje

i owoców urodzi mnogo.

DEMETER

Patrz! Wszystkie pędy pomarnieją,

gdy nocą wichry powieją;

patrz, oto martwy konar drzew.

KORA

Pamiętaj, matko, wczesny siew.

Spieszno mi odejść, spieszno tam,

gdzie stróżką180 ziarn być mam

i zgarnąć wszystek płód.

Rzeczy tajemne tam się dzieją;

nie mogą się beze mnie stać.

DEMETER

Opuszczasz mnie, mnie twoją mać —

do serca podszedł chłód;

już idziesz, biegniesz, spieszysz...

Marnieją moje letnie chudoby181;

o bezlitośna, ty się cieszysz,

a mnie ostawiasz groby.

KORA

Z tajemnic moich, matko, znaj:

Jest inny tamten kraj,

kędy są wiecznotrwałe siły;

z tych coraz nowy rośnie pęd

i wzejdą i będą rodziły.

Tam wszelki żywot ma swój byt

i czeka, aż dlań błyśnie świt

i czeka, aż dlań przyjdzie czas:

zajaśnieć pełnią kras.

DEMETER

A te zwarzone, kędyż legną;

imże182 w barłogu zimnym gnić...?

KORA

Umierać musi, co ma żyć...

DEMETER

Ty na śmierć wiedziesz twe służebne!

Poznaję miłość twą przeklętą

i moc i słowa twe wróżebne.

KORA

My oto, matko, zmartwychwstaniem

na wielkie siewu święto.

DEMETER

Już palą dla cię pochodnie!!

Wchodzi Hymen i jego orszak z pochodniami i muzyką i otaczają Korę.

KORA

Z tajemnic moich, matko wiedz:

Gdy wszystko żywe musi lec

pod ręką, która znaczy kres;

śmierć tych użyźnia nowe pędy

i życie nowe sieje wszędy.

Więc smutna, matko, tym rozstaniem,

ale weselna tajemnicą,

szaty przyoblekłam godnie. —

Poniechaj żalu, niechaj183 łez.

DEMETER

Obłędna, stamtąd nikt nie wraca;

Przysięgą zguby więzisz duszę.

KORA

Gdy więzy śmierci skruszę

i zieleń pędów nowych rzucę

na niwy, łęgi184, na zagony —

o matko, Bogów godna praca! —

sposobić każ lemiesze, brony...

DEMETER

Śmierć biorąc żywa, spełniasz zbrodnię!

KORA

stała się poważna

Zaś w nieśmiertelnych wieńcu wrócę.

MUZYKA

weselna zaczyna grać

DEMETER

Noc cię uwodzi w wieczność ciemną!

KORA

stała się rozkazująca

Pochodnie święte nieść przede mną!!

Przede mną weselne pochodnie!!!!

Orszak muzyką weselną otacza Korę i uprowadza

do podziemu

DEMETER

przepada na ogrodzie

1. PODCHORĄŻY

wbiega nagle

Piotr nas Wysocki śle.

Sam idzie.

GOSZCZYŃSKI

Gdzie?

1. PODCHORĄŻY

We mgle.

Ku koszarom kawalerii na bój.

Chce ich dopaść uśpionych co tchu.

Gdzie twoi?

GOSZCZYŃSKI

Czekają tu.

1. PODCHORĄŻY

To wszyscy?

GOSZCZYŃSKI

Tylu wystarczy.

1. PODCHORĄŻY

A reszta?

GOSZCZYŃSKI

Czekać daremno.

1. PODCHORĄŻY

Ja drogę wam wskażę do domu.

2. PODCHORĄŻY

nadbiega

1. PODCHORĄŻY

Wysocki przydzielił nas dwóch.

My znamy przejścia pałacu.

Strzec bacznie wszystkich wyjść,

by książę sam po kryjomu

nie uciekł.

GOSZCZYŃSKI

Patrzaj, drga we wichrze liść

i drzewa grają szumem.

A przyniosłeś naboje, ładunki?

2. PODCHORĄŻY

W tej puszce — rozdzielcie, bierz.

GOSZCZYŃSKI

Więc Wysocki dobędzie koszary?

1. PODCHORĄŻY

By ino185 wpadł znienacka do leż.

NABIELAK

Gotowi?

GOSZCZYŃSKI

Gotowi.

1. PODCHORĄŻY

Za mną!

pada strzał w pobliżu

GOSZCZYŃSKI

Słychać strzał!

2. PODCHORĄŻY

To Wysocki już wyszedł z ogrodu.

Wystrzałem sygnał wam dał.

GOSZCZYŃSKI

A pokłońmy się białemu królowi...

2. PODCHORĄŻY

Gotowi?!

NABIELAK

Gotowi!

CHÓR

Gotowi!

wybiegają.

DEMETER

wchodzi

Gdzieżeś córo, co byłaś mi ptakiem,

radosnym letnim śpiewakiem — ?

Zda mi się jeszcze płacz twój słyszę

i słuchem gonię w głuchą ciszę

i zapłakana żalem dzwonię

i w skardze słucham własnych jęków,

jakoby twoich córko lęków.

A tyżeś może tam wesoła — ?

Płoniesz Hymenu płomieniami — ?

Cóż będzie córo z mymi dniami?

Cóż będzie z długą ciemną nocą

dla mnie, gdy cale186 światłem ninie187

oczy twe dla mnie nie migocą

i jeden dzień za drugim spłynie

i noc za nocą spadnie

a ciebie przy mnie nie będzie — ?

Tyżeś już zaszła w te otchłanie,

gdzie Orkus straszny władnie,

skąd moc cię moja nie dobędzie — ?

nawołująco

Hekate188, córko Tytana Taurydy; światłonośna niewiasto, dzierżąca pochodni dwoje — zjaw się ty, czujna wszelkim skargom i żalom; ty, co obecna jesteś, gdy matki rodzą; ty, co samotnych strzeżesz pustkowi i drogom rozstajnym stróżujesz. Zjaw się!

spod ziemi wychodzi:

HEKATE

pochodni dwoje dzierży w ręku

Oto stoję!

DEMETER

Córkę mi wydarto, porwano i uwięziono; straciłam ją sprzed oczu, pięknolicą i młodzieńczą. Gdzie jest, gdzie zanikła, zatraciłam pamięć i nie wiem i przeto ciebie wzywam, leć, goń, szukaj; o ty, która odgadujesz tajemnice bogów i ludzi przywodzisz do utraty rozumu i do szału, leć ty i świeć dwojgiem świateł głowni płonących i odnaleź córkę moją najmilszą.

oddala się w ogród

HEKATE

Do mnie, Eumenidy189 lotne; wy, które zamieszkujecie Tartaru190 rozległe pustkowia skalne. Dalej! Wy, kroczące w mroku i chmurą otoczone ciemną.

Przybądźcie! Krzywda się stała!

EUMENIDY

wychodzą spod ziemi

HEKATE

Wy, wylęgłe z kropel krwi, padłych na ziemią czarną; ze krwi mordowanego zrodzone a przeto krwawymi łzami płaczące.

Porwano oto pełne życie

w pełni świeżości kras

i uwiedziono w noc i grób

i uwiedziono na rozdroża i łęgi zapadłe.

Patrzajcie, krzywda się stała:

Oto wszystko widzicie umarłe,

powiędłe i zgasłe i zbladłe;

ziemia się stała jako trup,

drzewa obnażone z szat,

zdeptany owoc i kwiat.

Hej, wy Eumenidy lotne,

do zemsty! do zemsty mściwe!

Krzywdy się stały straszliwe.

Zburzona spokojność chat

i cichość małżeńskiego łoża.

Szałem obejmujcie dusze,

niechaj w obłędzie krwią poją się ciała

i duch się świetli zbrodniami,

pognany w męczarń katownie.

Do zemsty! Krzywda się stała!

Zapalcie czerwone głownie!!

EUMENIDY

Już zapalają swoje żagwie

i nagle w blasku łun czerwonym,

oczy ich świecą krwią ociekłe.

Na głowach węże, w splot wiązane,

czoła im bolem prężą

a one bolem, raną wściekłe,

wsłuchane w słowa te wołane.

HEKATE

Nie spoczniem, aż trzykroć razy

księżyc się odmieni złoty.

Poprzysięgnijcie loty,

nie spocząć, wy niestrudzone,

aż krzywdy będą pomszczone.

Wojna, wojna, wam żer i wasza obiata191!

Na świat, na świat, wy mściwe!

Upadajcie ludziom na pierś i kark

i ssajcie ze serca krew,

niech znają Boży gniew.

Wężami przegońcie park

i dalej, dalej i dalej,

lotami sięgnijcie świata!

Rózga niech mściwa obali!

Ziemia oto we skardze zadrżała:

Krzywda, krzywda się stała!!!!

EUMENIDY

rozbiegają się po ogrodzie

HEKATE

zapada się.

SALON W BELWEDERZE

Ciemno. Na ogrodzie noc księżycowa

GENDRE

pijany, leży na kanapie

LUBOWIDZKI192

chodzi po salonie

GENDRE

Przynosisz wiadomości — ? — Masz relacje czyje?

LUBOWIDZKI

Gdy pora się nadarzy — wszystko mu odkryję.

GENDRE

Patrz — by nie było późno. — I cóż wiesz nowego?

LUBOWIDZKI

Wiem dla samego księcia. Cóż tobie do tego?

GENDRE

Nie wiesz nic.

LUBOWIDZKI

Wiem dla siebie.

GENDRE

To i schowaj sobie.

LUBOWIDZKI

Dla książęcia pracuję. — Zysku zazdrość tobie — ?

GENDRE

A może by partyjkę?

LUBOWIDZKI

Nie mam dzisiaj głowy.

GENDRE

To szkoda, że bez głowy wychodzisz na łowy.

Książę, choćby cię nawet przyjął najłaskawiej,

rogi, jak rogi — głowy nie przyprawi.

LUBOWIDZKI

Gadaj zdrów — chcesz wyłudzić ode mnie pieniędzy.

GENDRE

Masz dukata, łajdaku — tuczysz się na nędzy.

LUBOWIDZKI

goni za dukatem

Dukat zawsze dukatem, piechotą nie chodzi.

GENDRE

Najlepiej go ocenisz ty, książęcy złodziej.

LUBOWIDZKI

odrzuca dukat w kierunku Gendra

Przestań pijaku, bo to mnie już nudzi.

GENDRE

Pyskuj ciszej — bo książę jeszcze się obudzi...

głuchy łoskot

LUBOWIDZKI

Cóż to? Biją do bramy?! Rozwalają wrota?!

GENDRE

A cóż mnie to obchodzi? — To twoja robota.

LUBOWIDZKI

Trzeba obudzić księcia!

wpada do sypialni

KAMERDYNER FRIEZE

wpada ze drzwi w głębi

Trzeba księcia budzić!

wpada do sypialni

GENDRE

Niech książę śpi spokojnie — na co ma się trudzić?

Co być ma, niechaj będzie. —

FRIEZE

ze sypialni

wywleka W. Księcia pół ubranego

wlecze go po ziemi przez salon

do drzwi w głębi

gdzie znikają

LUBOWIDZKI

w sypialni

Ha! na pomoc! Zbóje!!

PODCHORĄŻY

w sypialni

Masz łajdaku! — Już uciekł!!

SPRZYSIĘŻENI

w kilkunastu wpadają ze sypialni na salon

przebiegają do innych pokoi w głębi

NABIELAK

Któż to tu wartuje?

nastaje na generała Gendra.

GENDRE

powalony

Ja nie winowat193 — — —

NABIELAK

Milcz, ty synu wraży194.

GENDRE

A czy wy wiecie, wy — czyja śmierć znaczy?

Może ta moja śmierć szalę zaważy

i napiętnuje was piętnem siepaczy — ?

GOSZCZYŃSKI

Jeśliś niewinny, winujesz się słowem.

GENDRE

Wot słowo u was — dym. Zabij gotowem.

NABIELAK

Chcesz, by rozważać twą śmierć — rozważyłem.

uderza bagnetem

GENDRE

Nieszczęście!

GOSZCZYŃSKI

Sława!

GENDRE

Przeklnij Bóg —

NABIELAK

Łajdaki.

Ty kartowniku, złodzieju...

GENDRE

Rycerzu.

Ty mordujesz; czy myślisz, że z Bogiem w przymierzu?

Znajdzie się na was sąd.

NABIELAK

Sądu nie będzie.

Od dzisiaj my jesteśmy sądem i my sędzie

a wam się znaczy kres. — Ty wziąłeś swoje.

GOSZCZYŃSKI

Pójdź — dalej — musim przebiegnąć pokoje.

Tamci tam już pobiegli — my w te drzwi — bacz pilnie,

byśmy jak w labiryncie błędnym nie zbłądzili.

przy drzwiach u przodu z lewej

Drzwi zaparte.

NABIELAK

Poszarpnij.

GOSZCZYŃSKI

Ktoś trzyma.

NABIELAK

Ciąg195 silnie.

GOSZCZYŃSKI

Czekaj. Księżnej pokoje — może — ?

NABIELAK

Pchnijmy razem.

Słyszysz — tamci wracają — ? Czasu nie ma chwili.

Jeśli tam zdołał umknąć — ?

SPRZYSIĘŻENI

wbiegają ze drzwi w głębi z lewej

przebiegają ku sypialni

GOSZCZYŃSKI

Patrzaj, ktoś mnie sili.

NABIELAK

Kolbą we drzwi — uderzaj!

GOSZCZYŃSKI

Już klucz przekręcony

i zasuwka zapadła — osób kilka słyszę — —

odbiegają — —

NABIELAK

Uderzaj!

GOSZCZYŃSKI

Ha!

NABIELAK

Któż jest na progu — ?

drzwi się roztwierają

pada przez nie światło świec

JOANNA

Jestem książęcia żoną.

GOSZCZYŃSKI

Polka.

JOANNA

Wy morderce.

NABIELAK

A jeśli łotra żoną ty — ranionaś w serce.

JOANNA

Ustąpcie — tam po moim trupie!

GOSZCZYŃSKI

Egzaltowana lalko — lwico sentymentu,

bierz uczucie pogardy.

JOANNA

Bierz uczucie wstrętu.

NABIELAK

Ukryłaś tchórza — dosięgniem — dzierz siłą.

JOANNA

Precz stąd — to podłość.

GOSZCZYŃSKI

Milcz — odejdziem sami.

Niechże dla cię ostanie — twój mąż; — ty kobieta,

jeśli nie wiesz, że miłość podła ciebie plami,

żebyś piękniejsza była ty: Judyta196.

JOANNA

Ja Polka — i jeżeli Bóg miłość rozpali,

to ja kocham i bronię, choć dwór mój się pali.

GOSZCZYŃSKI

Tu jest człowiek raniony.

JOANNA

podbiega, gdzie leży Gendre

Boże.

NABIELAK

Był omdlały.

JOANNA

A to ten — był pijany —

słychać strzały

NABIELAK

Co to?

GOSZCZYŃSKI

Padły strzały.

NABIELAK

Jakiś tętent...?

JOANNA

To jadą księcia kirasjerzy.

NABIELAK

My jesteśmy tu sami — już nasi uciekli.

biegnie ku drzwiom z prawej, w głębi

GOSZCZYŃSKI

biegnie za nim

JOANNA

Nie tamtędy —

GOSZCZYŃSKI

Chcesz szydzić — ?!

JOANNA

Ha, bądźcie wy wściekli,

rycerze czynu — — — ocalę rycerzy.

Przez te drzwi!

wskazuje drzwi sypialni

NABIELAK

Więc tam nie ma!?

JOANNA

Spiesznie!

GOSZCZYŃSKI

Już w podwórzu!

wybiegają

JOANNA

Ha, trup we drzwiach sypialni.

W. KSIĄŻĘ

wbiega z głębi, z lewej

przypada jej do nóg.

Polkà Polkà!

JOANNA

Tchórzu!

W. KSIĄŻĘ

Wolałabyś ty mnie zagrać notturno197

sentymentalne nad popiołów urną,

gdyby ja padł — ?

JOANNA

Jak padł twój wierny.

W. KSIĄŻĘ

Mój wierny pies — — zsiniały, tak już — czerny.

Ha — a! — Wywlec go precz!

LOKAJE

wynoszą ciała Gendra i Lubowidzkiego

JOANNA

Zawiążcie mu rany.

W. KSIĄŻĘ

Pomarł już — takoj sczezł198 wot posiekany.

Tak bym ja był... Wyrzucić — trup — trup — zimny, siny.

Poszedł. A diabeł tam spisuje jego winy.

Przegrał! — Ja jeszcze gram — stawka ostatnia.

OFICER KIRASJERÓW

wchodzi

salutuje

Wasza Wysokość. Wsio buntowszczyki199 uciekli.

W. KSIĄŻĘ

Uciekli!! — Ha, ha, ha. — A on — ten z posągu?

Uciekł takoj? — A!

głos mu się łamie

OFICER

Kto? Wasza Cesarska?

JOANNA

O kim ty mówisz?

W. KSIĄŻĘ

Wot — koń jego parska

pianą i wyrzuca mnie krew na koszulę.

On na koniu, sam śnieżny król — wskazał buławą

a koń kopytem w pierś — w pierś moją bije —

tratuje mnie — na moje wdarł się łoże!

A rycerz, król z kamienia krzyknął: Heliodorze!!!

przypada do ziemi

Ratunku!

KURUTA

Do stu diabłów.

JOANNA

Jezus Maria! Mdleje!

W. KSIĄŻĘ

Czujecie wy woń siarki w powietrzu? Wonieje — —

LOKAJE

przynoszą ubiory W. Księcia

1. LOKAJ

podając

Wasza Cesarska Mość...

2. LOKAJ

podając

Wasza Wysokość...

1. LOKAJ

Niech Wasza Miłość wdzieje — rękaw — drugi...

2. LOKAJ

podając

Inexpressible200 Waszej Wysokości...

1. LOKAJ

Wstęgi....

2. LOKAJ

Gwiazda.

1. LOKAJ

Szpada.

W. KSIĄŻĘ

Kto wy jesteście — ?

1. LOKAJ

My pokorni...

2. LOKAJ

Sługi.

W. KSIĄŻĘ

Myślałem — że koło mnie szatański śmiech gada.

JOANNA

Uspokój się —

W. KSIĄŻĘ

kładzie na głowę pióropusz

Spokojna ty! — Żmijo — cudowna!

Ty byłaś w zmowie z nimi.

JOANNA

Z kim? — Pleciesz, głupcze.

W. KSIĄŻĘ

Z nim! — Ty byłaś w zmowie! — Z białym królem.

JOANNA

Ach, drwisz szydersko — gdy pierś moja bólem

się pełni201, za ten czyn spełniony —

że to są moi.

W. KSIĄŻĘ

Bracia!!!

JOANNA

Ty szalony.

W. KSIĄŻĘ

Szalony ja. — Wiesz, z kogo ja szaleństwo wziął?

dobywa szpady

Ja wyjął dzisiaj miecz — — i będę klął!

SZWADRON WOJSKA

wchodzi do salonu

W. KSIĄŻĘ

komenderuje

Stać tam!

JOANNA

Wydaj rozkazy!

W. KSIĄŻĘ

Polska czarownico,

Któż to piekielnym ogniem ogrzał twoje lico?

Nadzieja! Węże, żmije w oczach twych się prężą.

Ty może myślisz, że oni...

JOANNA

Zwyciężą!

W. KSIĄŻĘ

Polska... ty polska krwi, przeklęta jędzo!

Ty myślisz może, że oni mnie...

JOANNA

Wypędzą!!

W. KSIĄŻĘ

Ha! —

biegnie ku niej

by uderzyć ręką

JOANNA

mdleje

opadając na ręce panien

W. KSIĄŻĘ

Vraiment — c’est une dame.

Je deviens Polonais202 — i chcę bić, jak cham.

KURUTA

salutując

Generał Potocki203 — na czele swego pułku — jest —

otoczył domek — i sprowadził działa.

W. KSIĄŻĘ

w przerażeniu

Otoczył!! Staś Potocki?!

KURUTA

śmieje się

Nie — idzie z pomocą.

W. KSIĄŻĘ

Z pomocą? — Podły — ach charmant garçon204.

STANISŁAW POTOCKI

wchodzi

Bon soir, mon ami, cher prince205?

W. KSIĄŻĘ

Que dit-on

de moi? — — Varsovie va se taire!

On parlera de vous auprès de l’empereur!

Donnez l’ordre! mon vieux-beau — que la Pologne meurt!

Marchez — sur Varsovie — et massacrez tout!206

POTOCKI

milczy

posępny

W. KSIĄŻĘ

Comment? — Tu restes muet?207

drży

patrzy na Joannę

przerażony

krzyczy

Zbudźcie ją ze snu!!