Część II

WOŹNY

uderza halabardą

Przedstawiciele narodu!

Wchodzą Vadier i Billaud. Sąd wstaje. Wojsko salutuje. Tłum cichnie zupełnie.

VADIER

Prezydencie, oto świeżo wydany dekret Konwencji.

gwałtowny wstrząs wśród oskarżonych — szalone napięcie — iskry nadziei. Stłumiony szmer

BILLAUD

Obywatele! Wykryliśmy szeroko rozgałęziony spisek, oskarżeni drętwieją. Parę — z całej siły tłumionych — westchnień przerażenia mający za cel uwolnienie oskarżonych i zamach na rząd Republiki.

na całej sali elektryczny wstrząs

Żona Desmoulinsa ostry krzyk Camille’a wydaje wielkie sumy na przekupienie ludności przedmiejskiej. — Strzeżcie się, obywatele! Od agentów wroga roi się wśród was!

CAMILLE

Bandyci! Lucyllę chcą mi zamordować!

DANTON

Nie dajcie się...

Spiskowcy w popłochu starają się ukryć. Uwidocznieni przez izolację; wszystkie oczy ku nim zwrócone.

OSKARŻENI, RZĄD 2

wściekły wybuch

Milcz! — Teraz dość! — Cicho nareszcie, przeklęte bydlę! — Stul pysk! — Przez ciebie giniemy wszyscy!

HERMAN

czyta

Konwencja Narodowa dekretuje, że Trybunał Rewolucyjny doprowadzi rozprawy w kwestii spisku Chabota, Dantona, Delaunaya i innych do końca bez dalszych przerw. Że prezydent użyje wszelkich środków legalnych, by utwierdzić autorytet własny i Trybunału, w razie gdyby się zamach ze strony oskarżonych miał powtórzyć.

Dekretuje, że oskarżony, który by stawiał opór sprawiedliwości narodowej lub jej uwłaczał, zostanie bezzwłocznie wykluczony od udziału w rozprawach.

szmer respektu — grozy — zdumienia i podziwu

DANTON

zrywa się

Obywatele, biorę was za świadków: czyśmy stawiali opór sprawiedliwości narodowej? Czyśmy jej uwłaczali?...

GŁOS

namiętny, młodzieńczy, wśród lodowej ciszy, z groźnym pomrukiem na dnie

Nie! Nigdy!

szmer groźby; liczniejsze wyrazy ironii

GŁOS

ironiczny

O, tylko od czasu do czasu!...

Wybucha śmiech, stłumiony przez szacunek dla deputowanych — lecz niepowstrzymany.

DELACROIX

półgłosem

Powinszowanie, Danton.

FABRE

Chwała Bogu, że koniec. Już ledwo żyję.

Osłupiałe przygnębienie przeważa wśród oskarżonych. Westermann ściska pięści i klnie cicho, siny z gniewu; Camille ma oczy obłąkane. Philippeaux patrzy nań w zamyśleniu.

Parę sekund zawieszenia. Danton, zrazu spieniony, rozejrzał się po twarzach. Na ich widok uspokaja się raptem zupełnie.

DANTON

tak spokojny, że aż łagodny

Podła, tchórzliwa zgrajo: ciebie nikt nie zmieni. Na bezbronnych rzucasz się jak lew, lecz widok kukły w mundurze przejmuje cię szałem popłochu. — Znam cię, tłuszczo. Wiem, ile wart twój zapał i twoje przysięgi. Wiedziałem, że będziesz stać i gapić się o tak — jak stado wołów — gdy mnie związanego powloką pod nóż.

Ale żeby w tej sromotnej chwili — zamiast konać z wstydu za własną nikczemność — rechotać śmiechem kretynów... to już coś więcej niż sama podłość. To twoja niezgłębiona, niechlujna, nieprzemożona jak wał betonowy głupota, bezmyślna trzodo.

POMRUK

gniewny

Przestań no bredzić! — Stul już raz gębę! — Bezczelność! zdumiony Co?... — O czym on gada? — Czego on chce? — Do kogo to?... Co to znaczy?

DANTON

miękko

Pogarda moja przebacza ci nikczemność, motłochu — wieczny Judaszu. Kto umie grać na twych odruchach, ma cię w garści; może cię użyć, do czego tylko zechce. — Za to głupota twoja, motłochu — to żywioł. Rozsiadła się nadęta na ziemi całej, bo pełno cię na każdej piędzi lądu; trzęsie światem. Podmywa i zalewa wszystko, co nią nie jest. Ani Bóg, ani Szatan z miejsca jej nie ruszą. krótka pauza Więc za to jedno, żeś głupie jak but — za to przeklinam cię, pospólstwo, ty mierzwo ludzkości.

zmistyfikowana publiczność stoi rzeczywiście bez ruchu, z otwartymi ustami

Zostawiam was zatem na pastwę tygrysa, który wam wskrzesze czasy Tyberiusza128. Wolny narodzie! Ukąpiesz się po oczy we własnej krwi, nim spełnisz wolę, którą ci wszczepiłem. Ale ją spełnisz! Tułów Robespierre’a przyjdzie wnet gnić obok mojego!

nagły, krótki poszum oburzenia

FOUQUIER

A skończże pan już raz!

DANTON

obraca się błyskawicznie

A tobie, świetny Trybunale, tobie, zbiorniku złodziei, szantażystów i alfonsów, wam, hycle Robespierre’a — powiem już tylko to jedno: że splunąć na was — nie warto.

FOUQUIER

zamieniwszy znak z prezydentem

Wykluczamy pana od rozpraw. Wyprowadzić go.

Danton wstaje z śmiechem i odchodzi, eskortowany przez żandarmów. Wśród oskarżonych szmer oburzenia i rozpaczy.

CAMILLE

zrywa się, drze zeszyt zawierający obronę, rzuca strzępy na prokuratora

Ty koszmarna małpo prokuratora, masz, a masz, a masz! Oficjalnie angażowani mordercy! Tfu! na znak Hermana chwytają go żandarmi. Wpada w szał Nie! Nie wolno wam mnie tknąć!

Tłum odzyskuje swobodę i zaczyna objawiać lekceważenie. Drwiny, przedrzeźnianie.

CAMILLE

Puść! Puść do diabła!! Nie dam się zarżnąć za plecami!!!

Galerie: wybuch szalonego śmiechu.

CAMILLE

Macie mnie wysłuchać, sędziowie! Dajcie mi się bronić!! Jestem kompletnie niewinny!! Sędziowie!!!

Żandarmi odczepiają go i wloką.

Gaudium129 tłumu.

HÉRAULT

szarpie go

Głupcze! A bądźże cicho! Nie ośmieszaj się!!

CAMILLE

prawie niesiony w powietrzu

Aeech... bydlęta, świnie, nie ludzie!!

FABRE

podnosi się i przeciąga, ziewając

No, prześwietny sądzie — pozwól, że się wykluczę sam.

Tłum cichnie i uważa, ubawiony. Potem wyraża każdemu wesołe uznanie.

HÉRAULT

I ja. Zresztą można było od tego zacząć, zamiast nas tu piłować po szesnaście godzin dziennie.

Phïlippeaux odchodzi bez słowa.

DELACROIX

idzie z nimi, ignorując sąd

Nie, Hérault. Oskarżonego słuchać nie potrzeba, lecz wyliczając mu jego zbrodnie — wypada jednak na niego patrzeć.

WESTERMANN

do wszystkich

Na pożegnanie, hołoto, pocałujcie mnie gdzieś wszyscy razem.

Zachwyt, nawet oklaski. Rząd pierwszy wychodzi gremialnie.

równocześnie:

OSKARŻENI, RZĄD 2

szmer tępej rozpaczy

Koniec. — Wszyscy pójdziemy. Lepiej wiedzieć z góry. — A wszystko przez to bydlę ryczące! — Bodaj tego furiata!...

Galerie:

SZMER

1: ożywiony

No, gładko poszło... — Uff, ale uszy mi spuchły. — Warto czasem takie emocje... No, na chwilę potracili głowy...

2: tajemniczo, przejęci

Wiecie, to prawda, chcieli ich porwać. — Widziałem na pewno, miał pistolet!... A co, nie ostrzegałem was?! — Teraz się pochowali, szukaj ich! — Wczoraj gadał na rogu ulicy, z pewnością jeden z nich...

tłum przerzedza się szybko, gwarząc

3: niespokojni — szept

Co on bredził o Robespierze?... Ty, hm... kto wie?... Mnie też już od pewnego czasu... To fakt, że Robespierre z każdym dniem potężniejszy...

4: oburzeni

Nieprawda! Robespierre nigdy... Wiecie, jak żyje, jak robotnik! — A to ci łotr dopiero! — Hołota! — A chcieliście jeszcze pomagać, durnie!

5: swobodnie, beztrosko

Czekasz na jury? A po co? — Mowy nie ma, wszyscy pójdą. — Po takim skandalu! — Oni tam w karty grają, po co mieliby się naradzać? — Przedstawienie skończone, wracajmy. — Ja już nie czekam...

6: zamyśleni, poważni

Trzeba teraz bardzo uważać... i milczeć. — Ten spisek, wiecie... to zły znak. — Zaczyna się fatalny okres. — Taka jatka sądowa, to znak, że rząd ledwo się już trzyma. — Oj tak, coś się psuje w naszym wolnym państwie. — C-ciszej, na Boga!...

HERMAN

podaje wodę wyczerpanemu Fouquierowi

No, chwała Bogu... ale diabli wiedzą, jakie będą skutki. Lud nie zapomni...

FOUQUIER

Och... dziękuję. Mam zawrót głowy. — Ta świnia nie narobiła przez pięć lat tyle szkody, co dziś!

HERMAN

z nagłym przestrachem

Byle go tylko przysięgli nie chcieli... ech, nie. Zraził sobie wszystkich. Zresztą sprawa zbyt jasna.

FOUQUIER

Ale z Robespierre’em czeka nas przeprawa, nno! naśladuje go Odbierzecie mu głos! wybucha nerwowym śmiechem Ha, ha! Odbierz no głos piorunom, jak zaczną walić! — Odbierzże głos puszczonej sforze, jak się raz rozwyje! A odbierz!

HERMAN

ponuro i cicho

To początek, Fouquier... wnet poznamy jeszcze gorsze rzeczy.

FOUQUIER

Cholera, nie rzemiosło!...